<?xml version='1.0' encoding='UTF-8'?><?xml-stylesheet href="http://www.blogger.com/styles/atom.css" type="text/css"?><feed xmlns='http://www.w3.org/2005/Atom' xmlns:openSearch='http://a9.com/-/spec/opensearchrss/1.0/' xmlns:georss='http://www.georss.org/georss' xmlns:gd='http://schemas.google.com/g/2005' xmlns:thr='http://purl.org/syndication/thread/1.0'><id>tag:blogger.com,1999:blog-3935343907532337425</id><updated>2012-01-17T23:26:13.507-08:00</updated><title type='text'>KRYTYKA LITERACKA</title><subtitle type='html'>pod redakcją Witolda Egertha i Tomasza Sobieraja ● ISSN 2084-1124</subtitle><link rel='http://schemas.google.com/g/2005#feed' type='application/atom+xml' href='http://krytykaliteracka.blogspot.com/feeds/posts/default'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default?max-results=100'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://krytykaliteracka.blogspot.com/'/><link rel='hub' href='http://pubsubhubbub.appspot.com/'/><link rel='next' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default?start-index=101&amp;max-results=100'/><author><name>____________________</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01758159771234876142</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><generator version='7.00' uri='http://www.blogger.com'>Blogger</generator><openSearch:totalResults>131</openSearch:totalResults><openSearch:startIndex>1</openSearch:startIndex><openSearch:itemsPerPage>100</openSearch:itemsPerPage><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3935343907532337425.post-3321112543664890924</id><published>2012-01-02T01:43:00.000-08:00</published><updated>2012-01-02T01:47:19.788-08:00</updated><title type='text'>Konkursy: O WAWRZYN SĄDECCZYZNY</title><content type='html'>&lt;strong&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;VIII Ogólnopolski Konkurs Poetycki&lt;br /&gt;„O Wawrzyn Sądecczyzny”&lt;br /&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;Grupa Literacka „Sądecczyzna”, Starostwo Powiatowe w Nowym Sączu oraz Sądecka Biblioteka Publiczna im. J. Szujskiego w Nowym Sączu ogłaszają konkurs poetycki pod hasłem:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Człowiek przed lustrem&lt;br /&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;Zasady:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;1. Konkurs ma charakter otwarty, mogą w nim wziąć udział wszyscy piszący po polsku autorzy.&lt;br /&gt;2. Na konkurs należy nadesłać nawiązujące do hasła wiersze, w ilości od jednego do dwóch w czterech egzemplarzach. Powinny to być teksty nigdzie niepublikowane, nienagradzane i niewysyłane na inne konkursy.&lt;br /&gt;3. Utwory prosimy opatrzyć godłem słownym. Winno być ono powtórzone na zaklejonej kopercie zawierającej imię, nazwisko, adres, numer telefonu, e-mail autora i krótką informację o nim.&lt;br /&gt;4. Autorów, którzy nie ukończyli 20 lat, prosimy o podanie obok tych danych, również daty urodzenia, nazwy szkoły, uczelni, lub zakładu pracy oraz oznaczenie swoich wierszy literą „M” (pod godłem).&lt;br /&gt;5. Autorów mieszkających na Ziemi Sądeckiej prosimy o napisanie na pracach konkursowych litery „S” (pod godłem).&lt;br /&gt;6. Mieszkańcy Sądecczyzny i młodzież rywalizują o statuetki oraz pozostałe nagrody i wyróżnienia.&lt;br /&gt;7. Prace konkursowe należy nadsyłać do 15 maja 2012 roku na adres: Sądecka Biblioteka Publiczna, 33-300 Nowy Sącz, ul. Franciszkańska 11 - z dopiskiem na kopercie: Konkurs Poetycki.&lt;br /&gt;8. Pokłosie konkursu znajdzie się w almanachu pokonkursowym. Oprócz utworów nagrodzonych autorów, opublikowanych w nim zostanie kilkadziesiąt innych wartościowych wierszy nadesłanych na konkurs. Ich autorzy nie otrzymują honorarium.&lt;br /&gt;9. Ogłoszenie wyników konkursu i wręczenie nagród odbędzie się we wrześniu 2012 roku w Nowym Sączu. Nagrody należy odebrać osobiście w dniu finału. Nieobecność na tej uroczystości sprawia, iż nagroda staje się wyróżnieniem honorowym, a gratyfikacja pieniężna zostanie przeznaczona na wspieranie twórczości literackiej w regionie.&lt;br /&gt;10. Udział w konkursie jest równoznaczny z akceptacją jego regulaminu.&lt;br /&gt;11. Interpretacja niniejszego regulaminu należy do organizatorów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jury przyzna następujące nagrody i wyróżnienia:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I nagroda - 700 zł&lt;br /&gt;II nagroda - 500 zł&lt;br /&gt;III nagroda - 400 zł&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;2 statuetki Starosty Nowosądeckiego „Srebrne Pióro Sądeckie” dla:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- najlepszego autora w kategorii młodzieży do lat 20&lt;br /&gt;- najlepszego w tej edycji konkursu autora mieszkającego na Ziemi Sądeckiej&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wyróżnienia drukiem w almanachu pokonkursowym.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jury zastrzega sobie prawo innego podziału kwoty przeznaczonej na nagrody.&lt;br /&gt;Dodatkowych informacji udziela sekretarz jury (Grupa Literacka „Sądecczyzna”) - tel. 606 957 138, e-mail: &lt;a href="mailto:oksymoron2@gmail.com"&gt;oksymoron2@gmail.com&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Konkurs odbywa się pod patronatem Starosty Nowosądeckiego.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3935343907532337425-3321112543664890924?l=krytykaliteracka.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/3321112543664890924'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/3321112543664890924'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://krytykaliteracka.blogspot.com/2012/01/konkursy-o-wawrzyn-sadecczyzny.html' title='Konkursy: O WAWRZYN SĄDECCZYZNY'/><author><name>____________________</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01758159771234876142</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3935343907532337425.post-1787887885483658709</id><published>2012-01-02T01:24:00.000-08:00</published><updated>2012-01-02T01:41:39.147-08:00</updated><title type='text'>Esej: Tomasz Sobieraj RZECZ O „PODRÓŻACH Z TEJ I NIE Z TEJ ZIEMI” JÓZEFA BARANA I KILKA OKOŁOLITERACKICH DYGRESJI</title><content type='html'>&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;W swojej autobiograficznej książce &lt;em&gt;Rude Assignement&lt;/em&gt; Wyndham Lewis dzieli sztukę na tę dla wielkiej publiczności, narodową (Hugo, Dickens, Tołstoj) i na sztukę dla wąskiego grona koneserów (Flaubert, Baudelaire). Zauważa też wzrastającą obojętność tak zwanej szerokiej publiczności dla dokonań twórców sztuki uważanej za elitarną, którzy to twórcy – czy to z przekory, czy ze zwykłego braku umiejętności – wydają się brnąć coraz bardziej w niezrozumiałość. Dzisiaj, sześćdziesiąt lat po ukazaniu się znakomitej intelektualnej biografii angielskiego pisarza, eseisty i malarza można mieć pewność, że nieprzystępność tak zwanej sztuki elitarnej jest w przytłaczającej większości przypadków wynikiem braku umiejętności a często nawet możliwości jej autorów, zaś to, co Lewis nazwał sztuką dla wielkiej publiczności, w zasadzie nie powstaje, bo niewielu współczesnych ludzi pióra potrafi połączyć w dziele wyborny styl, czystą formę[1], wagę słów, istotny problem i zajmującą treść tak, jak czynili to – ograniczę się do polskiej literatury – na przykład Słowacki i Prus, a z bardziej współczesnych Herbert i Herling Grudziński. Oczywiście klasyfikacja Lewisa nie jest idealna – istnieli przecież tacy pisarze jak Hemingway czy Conrad, którzy z twórczością elitarną dotarli do szerokiej rzeszy czytelników, i tacy jak Hašek czy Čapek, piszący książki z pozoru popularne, a w istocie stanowiące arcyważne dzieła literatury, poddające ironicznej wiwisekcji jednostkę i społeczeństwo. Z kolei w Polsce pojawiło się ostatnimi laty zjawisko interesujące z powodu swojego endemicznego czy raczej swojskiego charakteru, mianowicie literatura nieporadna, nazywana przez krytyków wielką i elitarną a jednocześnie – popularna; przypadek ten dowodzi niezwykłej siły zarówno gorliwego marketingu jak i mętnej argumentacji, wspieranych przez system państwowych stypendiów dla wybranych i wiernych beneficjentów; niewątpliwie są to zabiegi wystarczające, by przekonać tych czytelników, którzy kierują się stadnym instynktem, jednak ludziom myślącym od razu nasuwa się podejrzenie, że w tym przypadku zamiana alternatywy wyłączającej: „wielkość albo popularność” w koniunkcję: „wielkość i popularność”, jest zabiegiem naiwnym lub hochsztaplerskim, więc albo wskazana wielkość jest fałszywa, albo głoszona popularność podejrzana i wątpliwa.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zdarzają się jednak współcześni autorzy bezspornie dowodzący, że niekiedy logika formalna ustępuje przed artystyczną rzeczywistością, i że można połączyć cechy zwykle się wykluczające. Rozmiar tego zjawiska mierzony liczbą sprzedanych egzemplarzy jest rzecz jasna mniejszy niż w przypadku autorów uważanych za popularnych – czyli należących do koterii, i popularnych w ścisłym słowa tego znaczeniu – tzn. piszących kryminały, fantastykę i romanse, niemniej to właśnie ono zasługuje na baczną uwagę i analizę, bo jak uczy nas literaturoznawstwo, właśnie ci oryginalni, suwerenni twórcy, funkcjonujący poza obecnie modną konwencją, wraz z tymi, którzy tworzą drugi, ba, nawet trzeci obieg, ci zajmą – z dużym prawdopodobieństwem, prędzej czy później – ważne miejsce w dziejach literatury, obecnie okupowane (jakież to adekwatne i cudownie wieloznaczne słowo!) przez literackich modnisiów i prowincjonalnych dandysów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jednym z takich niezależnych, osobnych twórców, jednocześnie popularnych i wyrafinowanych, który w naszej współczesnej literaturze zajmuje, jak pisał Zbigniew Chojnowski, „niszę jedyną w swoim rodzaju, bardzo osobistą” jest Józef Baran. Zdobył uznanie zarówno pośród wybrednych znawców poezji, jak i między naznaczonymi wrażliwością, smakiem i wyobraźnią „zwykłymi” odbiorcami liryki. Jego utwory – sugestywne, czułe, emocjonalne, zabarwione świeżą metaforyką, łączą według Czesława Miłosza „tradycyjne polskie wartości z nowoczesną formą”, jednocześnie nie stronią od lekkiej, ciepłej ironii i mądrej refleksji; to wielowymiarowe wiersze bystrego obserwatora, stanowiące wyraz jego zachwytu nad światem, banałem, nawet marną istotą, ale też niekiedy pełne bólu i uniesienia, zwątpienia i wiary; według jednych są kontynuacją poetyki Twardowskiego, Harasymowicza a nawet Leśmiana, według innych brzmią głosem skrajnie osobistym[2]. Zapewne rację mają jedni i drudzy, bowiem prawdziwy, poważny człowiek pióra, choćby największym był indywidualistą, raczej nie żyje w próżni i dziwnym by było, gdyby w twórczości Barana nie dało się słyszeć dyskretnie brzmiących nut poetów najwyżej przez niego cenionych – i zapewne nie powinien też dziwić ten whitmanowski i frostowski ton, wyraźnie dla mnie obecny w „amerykańskich” wierszach poety, ton, który siłą rzeczy musi pojawić się u człowieka obdarzonego ogromną wrażliwością na przyrodę w sytuacji bliskiego, niemal intymnego z nią obcowania; to swoiste doświadczanie przez poetę komunii z naturą znajduje wyraz także w wierszach zainspirowanych polskim krajobrazem i wsią – utworach autonomicznych i świeżych, często przekształcających przestrzeń realną w pejzaż wewnętrzny, równocześnie przywołujących smaki, zapachy, nastroje z mocą, jaką w naszej literaturze prezentował kierunek impresjonistyczny Młodej Polski, a później arkadyjska twórczość Józefa Czechowicza.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jednak Józef Baran to także prozaik, autor kilku książek[3] poświęconych „ludziom pióra i palety”, w tym wspomnień o Arturze Sandauerze i rozmów z tym równie świetnym jak kontrowersyjnym krytykiem i tłumaczem. W ostatnich latach ukazały się balansujące na granicy różnych gatunków literackich &lt;em&gt;Koncert dla nosorożca&lt;/em&gt;, &lt;em&gt;Przystanek Marzenie&lt;/em&gt; a jesienią 2010 roku &lt;em&gt;Podróże z tej i nie z tej ziemi&lt;/em&gt;. Dwie pierwsze książki zdobyły należne im uznanie, pisali o nich profesor Bolesław Faron i Ryszard Kapuściński, podkreślając ich intelektualną samodzielność, szczerość i rzetelność, Anna Dymna zaś – wybitna interpretatorka poezji Barana – doceniła umiejętność poety zamieniania bolesnych przeżyć w czystą poezję i jego wspaniały zmysł obserwatora. Nie mniej istotne wydaje mi się w tych na poły dziennikach, na poły reportażach, umiejętne połączenie opisu mniej lub bardziej egzotycznej rzeczywistości z rzeczywistością swojską, liryki z anegdotą, humoru z refleksją, a wszystko to zaznacza dziennikarski pazur – jakże by zresztą inaczej, skoro pracy dziennikarskiej Józef Baran poświęcił znaczną część życia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I to dziennikarskie doświadczenie, którego przejawami są między innymi umiejętność obserwacji i wyciągania wniosków oraz lekkość pióra, uwidacznia się w &lt;em&gt;Podróżach z tej i nie z tej ziemi&lt;/em&gt; z dużą wyrazistością. Jeśli dodać do tego skłonność Barana do zabawy formą i właściwy poetom dar pozazmysłowego postrzegania rzeczywistości, otrzymamy właśnie tę „formę bardziej pojemną”, której poszukiwał (i, o ile wiem, nie znalazł) Czesław Miłosz. Każdy z rozdziałów tej książki to reportaż z innej części świata, części niekiedy nam bliskiej, niekiedy egzotycznej, bez wyjątku jednak opisanej interesująco, ze swadą, niemal gawędziarsko, ale zarazem rzetelnie i z Człowiekiem na pierwszym planie – istotą u Barana jednocześnie wzniosłą i tragiczną, piękną i szpetną, niczym w genialnych fotoreportażach Sebastiao Salgado, zawsze jednak, niezależnie od jej kondycji, stanowiącą dla autora Podróży centrum zainteresowań i źródło refleksji. Każdy z reportaży przedstawia wycinek świata gruntownie poznany: dotknięty, posmakowany, objęty, opisany z wrażliwością poety i ciekawością badacza sięgającego głęboko pod powierzchnię rzeczywistości; to nie popularny ostatnio naskórkowy reportaż telewizyjnego globtrotera, upudrowanej gwiazdy półgodzinnego one-man/woman show, której produktem ubocznym z zagranicznego wyjazdu jest pełna naiwnych zachwytów i spostrzeżeń książka, okraszona banalnymi zdjęciami imitującymi artystyczne czy reporterskie fotografie – to bezpretensjonalny, solidny, rzetelny obraz wybranych przez Barana miejsc na Ziemi – ale Ziemi przytulonej przez niego w tańcu, dlatego pomimo całej swojej solenności to równolegle obraz nie pozbawiony wdzięku subiektywności i intymności. W pierwszym rozdziale &lt;em&gt;Podróży&lt;/em&gt; Józef Baran zabiera nas na dawne polskie kresy, leżące w dzisiejszej zachodniej Ukrainie; zagłębia się w złożoną i ciekawą historię oraz skomplikowaną, często bardzo trudną teraźniejszość tych ziem; opowiada o życiu zwykłych ludzi i o ludziach niezwykłych, jak np. Borys Woźnicki, Ukrainiec, dyrektor lwowskiego muzeum, który ocalił od zniszczenia setki znajdujących się na Kresach zabytkowych pomników nagrobnych, obrazów i innych dzieł sztuki polskiej, ukraińskiej a nawet włoskiej. W części drugiej trafiamy z autorem na Cypr, miejsce narodzin Afrodyty i wyspę o burzliwych dziejach, gdzie ścierały się kultury: fenicka i grecka, perska i rzymska, arabska i normańska, angielska i turecka, tworząc konglomerat jedyny w swoim rodzaju. I ponownie Baran z dziennikarskim zacięciem zanurza się w historię i współczesne problemy podzielonej na część grecką i turecką wyspy, często przytaczając fakty i spostrzeżenia, jakich nie znajdziemy w podręcznikach i przewodnikach. W kolejnym rozdziale, wraz z przyjacielem, poetą Adamem Ziemianinem, bawi w Toskanii, Ziemi Obiecanej wszelkiej maści artystów; autor wychodzi poza konwencję opisu toskańskich przygód i krajobrazów, przybliżając czytelnikowi klimat małych miasteczek, gdzie mieszka się w czternastowiecznych kamieniczkach i obcuje z dziełami największych mistrzów sztuki tak, jak w Polsce z bohomazami graficiarzy i kibiców; niezmiennie też wynajduje interesujące polonica. Rozdział czwarty i szósty to odkrywanie Ameryki, a konkretnie USA, kraju przemierzonego przez Barana parokrotnie, od Nowego Jorku, przez Idaho, Utah, Arizonę po Montanę, Oregon i Kalifornię; docieramy z nim do Yellowstone i Wielkiego Kanionu Kolorado, w Góry Skaliste i do Parku Yosemite, oglądamy metropolie i prowincjonalne miasteczka, wybieramy się na łososie i do rezerwatu Indian, poznajemy zwyczajnych Amerykanów, i amerykańską inteligencję – poetów, pisarzy, nauczycieli i pracowników naukowych, tłumaczy, wydawców (m.in. nieocenionego dla budowania międzykulturowych mostów Stanleya Barkana) – ludzi pełnych pasji, otwartych na innych, radosnych, wolnych, tolerancyjnych, jakże odmiennych od naszych przedstawicieli tychże profesji. Jak przystało na rasowego dziennikarza (rasowego, czyli obiektywnego), Baran naświetla przedstawiane zagadnienia z różnych stron, pokazuje więc także mniej ekscytujący obraz tego kraju: niepewność zatrudnienia, plagę otyłości i depresji, zadłużenie obywateli w bankach, powszechny stres, czyli zjawiska, z których nie bardzo zdajemy sobie sprawę, zapatrzeni w wizerunek kreowany przez seriale telewizyjne i hollywoodzkie kino klasy popularnej. Pozostałe rozdziały książki są podróżą równie ciekawą – to Australia, Singapur, Maroko i Brazylia, miejsca mimo globalizacji nadal egzotyczne, i odległe; Baran eksploruje je z zacięciem globtrotera i wręcz z chłopięcą ciekawością, trafiając to w głuszę interioru, to do małych miasteczek lub do wielkich aglomeracji, często odnajdując w czasie tych wypraw polskie akcenty. Ponownie siłą tych reportaży, esejów i dzienników poety jest wynajdywanie i opisywanie bytów (w szerokim znaczeniu tego terminu) mało znanych, tajemniczych, często endemicznych, niekiedy wręcz reliktowych, o których nie informują gazety, popularne programy i kolorowe książki, bytów takich, jakie można poznać jedynie zbaczając z utartych szlaków i zagłębiając się w tajemnicze wnętrze australijskiej pustyni, brazylijskiej selvy czy azjatyckiej metropolii; w Maroku trafiamy nawet na arabskie, muzułmańskie wesele – niepostrzeżenie staje się ono pretekstem zarówno do porównań z weselem polskim, jak i do ogólnokulturowych i historyczno-religijnych rozważań; także i w tych rozdziałach spotykamy poetów, pisarzy, tłumaczy, studentów oraz zwyczajnych ludzi: robotników, farmerów, urzędników, poznajemy fascynującą historię i piękną, ale groźną często przyrodę. W tym nawale egzotycznych miejsc urzeka powrót do Borzęcina, rodzinnej wsi poety, która w jego opowieściach i lirykach staje się ziemią dziewiczą, Rajem – jednak ani nie utraconym, ani nie odzyskanym, ale Rajem Objętym, przytulonym mocno niczym w tańcu prywatnym Edenem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wielowymiarowość i szeroko rozumianą niezależność tej książki podkreśla zawarta w niej poezja. Autor umieścił tutaj kilkadziesiąt wierszy, w dużej części niepublikowanych, powstałych w czasie podróży transpozycji aktu poznawania świata na język poetycki. Stanowią one interesujące, liryczne dopełnienie prozatorskiej części &lt;em&gt;Podróży&lt;/em&gt; i nadają im niezwykły, bardzo osobisty klimat oraz potwierdzają znakomitą umiejętność Barana przełożenia impresji na poetycką frazę czy przekazania ważnej treści w słowach oszczędnych, mądrych i trafnych, bez ornamentów metaforyki, a to w poezji cenię najwyżej. Przykładem niech będzie żartobliwy i przekorny wiersz &lt;em&gt;Chwila osobliwa z pieskiem preriowym&lt;/em&gt;:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;ten piesek preriowy myśli sobie&lt;br /&gt;że przyleciałem do niego&lt;br /&gt;specjalnie po to&lt;br /&gt;żeby go nakarmić jabłkiem&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;chrupie je w skupieniu&lt;br /&gt;stojąc słupka&lt;br /&gt;przed swoją norką&lt;br /&gt;na dwóch łapkach&lt;br /&gt;a ja pozuję mu do fotografii&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;(w tle Ameryka&lt;br /&gt;Góry Skaliste&lt;br /&gt;Ocean Spokojny&lt;br /&gt;i takie inne&lt;br /&gt;nieważne dla pieska&lt;br /&gt;imponderabilia)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wielkość poety można poznać nie tylko po jego poezji, ale także po jego prozie, po swobodzie poruszania się pomiędzy rodzajami i gatunkami literackimi. To ryzykowne z pozoru twierdzenie można łatwo udowodnić, podając za przykład pisma Cypriana Kamila Norwida, dziennikarskie wyczyny Walta Whitmana, artykuły i recenzje Józefa Czechowicza, eseje Zbigniewa Herberta, zapiski z podróży Tomasza Venclovy czy inne, niestety nieczęste przykłady szerokich intelektualnych horyzontów i doskonałych umiejętności pisarskich poetów, umiejętności, które w istocie stanowią potwierdzenie ich literackiej klasy, a których brak często dowodzi poważnych ograniczeń, tym samym zaś może wzbudzić nieufność co do twórczości wierszowanej. Bo czy może być dobrym, a tym bardziej wielkim poetą ktoś, kto nie potrafi jasnym, barwnym, logicznym a nade wszystko poprawnym językiem napisać relacji z podróży, dziennika, listów do ukochanej, politycznej polemiki? Czy jest poważnym i wiarygodnym poetą ktoś, kto nie ma przyrodniczych lub historycznych zainteresowań, kogo możliwości pisarskie i intelektualne przerasta filozoficzny dyskurs, esej o Atgecie lub chociażby interesujące opowiadanie, o powieści nie wspominając? Niby można odpowiedzieć „tak”, uzasadniają to nawet nieliczne przykłady (F. Villon, Rimbaud, Wojaczek) ale zasadniczo odpowiedzi na te pytania są przeczące (a wymienione wyjątki potwierdzają regułę). No, może Platon by się do końca nie zgodził z moją tezą, znany bowiem jest jego sąd o poetach i ich umysłowych niedoskonałościach oraz wynikających stąd konsekwencjach, ale już Arystoteles i Goethe zgodziliby się ze mną na pewno[4].&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W dzisiejszych czasach ograniczonych specjalizacji (o zgrozo, nawet w humanistyce!; „witkacolog” niewiele powie o tematyce frapującej „orzeszkologa” i odwrotnie, a obaj nie będą zgodni, gdzie postawić przecinek) wydaje się nieco &lt;em&gt;demode&lt;/em&gt;, że poeta, dziennikarz, prozaik, eseista Józef Baran należy do tej nielicznie reprezentowanej kategorii twórców uniwersalnych, to jest takich, którzy realizując się w różnych rodzajach pracy literackiej dali (i dają) rzecz rzadko spotykaną – świadectwo wszechstronnego talentu i wysokich umiejętności warsztatowych. I nawet jeśli każdy z tych twórców poruszał się w odmiennej estetyce, zajmowały go odmienne sprawy, cechował inny światopogląd i temperament, różniły marzenia i wartości, to wszyscy zachowali intelektualną i artystyczną suwerenność, nie ulegając konwencjom i tworząc w sumie dzieło pełne, jednolite w swej wielości, nie do podważenia w sensie artystycznym i intelektualnym.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pośród całej masy modnych, ale szybko przelatujących meteorytów literatury, znajdują się spokojne (chociaż często tylko z pozoru) gwiazdy i planety (przypominam czytelnikom z nową maturą, a szczególnie tym z jej giertychowską odmianą, że pierwsze świecą światłem własnym, drugie odbitym, co nie jest bez znaczenia dla zrozumienia tej metafory). Niektóre można dostrzec gołym okiem, inne za pomocą teleskopu, istnienia wielu z nich dowodzi się wyłącznie metodą obliczeń. Jedną z takich gwiazd na firmamencie polskiej literatury jest Józef Baran. W zależności od dostępnych czytelnikowi narzędzi intelektualnych, może on być gwiazdą dobrze widoczną na nocnym niebie lub tą dostrzeganą z wysiłkiem, ale może też być niemożliwą do pojęcia matematyczną enigmą. Będą zapewne też i tacy, według których określenie planeta wydaje się bardziej właściwe; to już kwestia względna, niemożliwa do rozstrzygnięcia ani tym bardziej do ścisłego udowodnienia w jałowych humanistycznych dysputach i, w istocie, bez znaczenia, bo twórczość Józefa Barana, obfita i różnorodna, broni się sama, a każda następna jego książka, czy to prozatorska, czy poetycka, jest potwierdzeniem wysokiej klasy i indywidualności artysty.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Józef Baran, &lt;em&gt;Podróże z tej i nie z tej ziemi&lt;/em&gt;, Zysk i S-ka, Poznań, 2010.&lt;br /&gt;_____________________________________________________&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;[1] Nie mylić z „Czystą Formą” S.I. Witkiewicza.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;[2] Zagadnienie twórczej suwerenności lub jej braku jest poważne, ciekawe i, niestety, bagatelizowane z podejrzaną wręcz nonszalancją; a przecież to pasjonujące odkrywać, kiedy mamy do czynienia np. z dialogiem, twórczą kontynuacją, polemiką, kiedy z inspiracją, erudycyjnym tropem, celową imitacją, a kiedy z zapożyczeniem lub, co najczęściej spotykane, ze zwykłym epigoństwem. Kwestia ta dotyczy nie tylko literatury – Szanowny Czytelnik zapewne zadał już sobie kiedyś pytanie, czy mielibyśmy Błękitną rapsodię Gershwina bez Koncertu a-moll Griega (szczególnie bez pierwszego &lt;em&gt;Allegro&lt;/em&gt;) albo kubizm Picassa bez późnych obrazów Cezanne'a i sztuki afrykańskiej? Przykłady i omówienia takich, eufemistycznie rzecz nazywając, artystycznych stymulacji, mogłyby śmiało posłużyć za temat dla interesującej książki; tylko czy współczesny niby-edukowany i niby-myślący &lt;em&gt;homo consumatus felix&lt;/em&gt; zniósłby taką dawkę upadających mitologii?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;[3] &lt;em&gt;Autor! Autor!: Rozmowy z ludźmi pióra i palety&lt;/em&gt; – Warszawa, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, 1986; &lt;em&gt;Śnił mi się Artur Sandauer: rozmowy i wspomnienia&lt;/em&gt;, Kraków, Centrum Kultury Żydowskiej Na Kazimierzu, Hereditas Polono - Judaica, 1992; &lt;em&gt;Tragarze wyobraźni&lt;/em&gt; – Podkarpacki Instytut Książki i Marketingu, 2006.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;[4] Według Platona źródłem poezji jest Duch, dlatego poeci nie rozumieją, co piszą, sens ich słów jest często nieokreślony, są bełkotliwe niczym delficka przepowiednia; Arystoteles uważał, że źródłem poezji powinna być Myśl, za którą idą wiedza i umiejętności; natomiast Goethe pisał: „Platon nie tolerował w swojej szkole żadnego άγεωμέτρητον. Gdyby mnie stać było na założenie szkoły, nie tolerowałbym uczniów, którzy nie zajęliby się poważnie i wytrwale jakąś dziedziną przyrodoznawstwa”. Nic dodać, nic ująć. Wielostronny erudyta Herbert czy afirmator świata Zagajewski, ulubieńcy zarówno Kaliope jak Klio i Euterpe, to też wspaniałe kamienie do tego ogrodu.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3935343907532337425-1787887885483658709?l=krytykaliteracka.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/1787887885483658709'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/1787887885483658709'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://krytykaliteracka.blogspot.com/2012/01/esej-tomasz-sobieraj-rzecz-o-podrozach.html' title='Esej: Tomasz Sobieraj RZECZ O „PODRÓŻACH Z TEJ I NIE Z TEJ ZIEMI” JÓZEFA BARANA I KILKA OKOŁOLITERACKICH DYGRESJI'/><author><name>____________________</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01758159771234876142</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3935343907532337425.post-4796456703215078145</id><published>2012-01-02T01:19:00.000-08:00</published><updated>2012-01-07T07:18:33.273-08:00</updated><title type='text'>Klasyka: Julian Tuwim</title><content type='html'>&lt;strong&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Wiersz, w którym autor grzecznie, acz stanowczo uprasza liczne zastępy bliźnich, aby go w dupę pocałowali&lt;br /&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Absztyfikanci Grubej Berty&lt;br /&gt;I katowickie węglokopy,&lt;br /&gt;I borysławskie naftowierty,&lt;br /&gt;I lodzermensche, bycze chłopy.&lt;br /&gt;Warszawskie bubki, żygolaki&lt;br /&gt;Z szajką wytwornych pind na kupę,&lt;br /&gt;Rębajły, franty, zabijaki,&lt;br /&gt;Całujcie mnie wszyscy w dupę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Izraelitcy doktorkowie,&lt;br /&gt;Widnia, żydowskiej Mekki, flance,&lt;br /&gt;Co w Bochni, Stryju i Krakowie&lt;br /&gt;Szerzycie kulturalną francę !&lt;br /&gt;Którzy chlipiecie z “Naje Fraje”&lt;br /&gt;Swą intelektualną zupę,&lt;br /&gt;Mądrale, oczytane faje,&lt;br /&gt;Całujcie mnie wszyscy w dupę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Item aryjskie rzeczoznawce,&lt;br /&gt;Wypierdy germańskiego ducha&lt;br /&gt;(Gdy swoją krew i waszą sprawdzę,&lt;br /&gt;Werzcie mi, jedna będzie jucha),&lt;br /&gt;Karne pętaki i szturmowcy,&lt;br /&gt;Zuchy z Makabi czy z Owupe,&lt;br /&gt;I rekordziści, i sportowcy,&lt;br /&gt;Całujcie mnie wszyscy w dupę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Socjały nudne i ponure,&lt;br /&gt;Pedeki, neokatoliki,&lt;br /&gt;Podskakiwacze pod kulturę,&lt;br /&gt;Czciciele radia i fizyki,&lt;br /&gt;Uczone małpy, ścisłowiedy,&lt;br /&gt;Co oglądacie świat przez lupę&lt;br /&gt;I wszystko wiecie: co, jak, kiedy,&lt;br /&gt;Całujcie mnie wszyscy w dupę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Item ów belfer szkoły żeńskiej,&lt;br /&gt;Co dużo chciałby, a nie może,&lt;br /&gt;Item profesor Cy… wileński&lt;br /&gt;(Pan wie już za co, profesorze !)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I ty za młodu nie dorżnięta&lt;br /&gt;Megiero, co masz taki tupet,&lt;br /&gt;Że szczujesz na mnie swe szczenięta;&lt;br /&gt;Całujcie mnie wszyscy w dupę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Item Syjontki palestyńskie,&lt;br /&gt;Haluce, co lejecie tkliwie&lt;br /&gt;Starozakonne łzy kretyńskie,&lt;br /&gt;Że “szumią jodły w Tel-Avivie”,&lt;br /&gt;I wszechsłowiańscy marzyciele,&lt;br /&gt;Zebrani w malowniczą trupę&lt;br /&gt;Z byle mistycznym kpem na czele,&lt;br /&gt;Całujcie mnie wszyscy w dupę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I ty fortuny skurwysynu,&lt;br /&gt;Gówniarzu uperfumowany,&lt;br /&gt;Co splendor oraz spleen Londynu&lt;br /&gt;Nosisz na gębie zakazanej,&lt;br /&gt;I ty, co mieszkasz dziś w pałacu,&lt;br /&gt;A srać chodziłeś pod chałupę,&lt;br /&gt;Ty, wypasiony na Ikacu,&lt;br /&gt;Całujcie mnie wszyscy w dupę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Item ględziarze i bajdury,&lt;br /&gt;Ciągnący z nieba grubą rętę,&lt;br /&gt;O, łapiduchy z Jasnej Góry,&lt;br /&gt;Z Góry Kalwarii parchy święte,&lt;br /&gt;I ty, księżuniu, co kutasa&lt;br /&gt;Zawiązanego masz na supeł,&lt;br /&gt;Żeby ci czasem nie pohasał,&lt;br /&gt;Całujcie mnie wszyscy w dupę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I wy, o których zapomniałem,&lt;br /&gt;Lub pominąłem was przez litość,&lt;br /&gt;Albo dlatego, że się bałem,&lt;br /&gt;Albo, że taka was obfitość,&lt;br /&gt;I ty, cenzorze, co za wiersz ten&lt;br /&gt;Zapewne skarzesz mnie na ciupę,&lt;br /&gt;Iżem się stał świntuchów hersztem,&lt;br /&gt;Całujcie mnie wszyscy w dupę !…&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3935343907532337425-4796456703215078145?l=krytykaliteracka.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/4796456703215078145'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/4796456703215078145'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://krytykaliteracka.blogspot.com/2012/01/klasyka-julian-tuwim.html' title='Klasyka: Julian Tuwim'/><author><name>____________________</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01758159771234876142</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3935343907532337425.post-7540329755736237181</id><published>2012-01-02T01:12:00.000-08:00</published><updated>2012-01-17T23:26:13.518-08:00</updated><title type='text'>Esej: Krzysztof Jurecki PRZESTRZENIE WEWNĘTRZNE. O ARCHETYPIE FOTOGRAFII. FROESE, MATSUBARA, PRZYBOREK.</title><content type='html'>&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;Co powoduje, że trzej autorzy: Joachim Froese, Ken Matsuabra i Grzegorz Przyborek mieszkający w różnych części świata wykonują prace w podobnej materii artystycznej, dotyczące stanu kultury, w tym przestrzeni symbolicznej? Szczególnie ważny jest tu stan namysłu artystycznego. Nie jest łatwo znaleźć odpowiedź, być może nawet jest to niemożliwe. Przyjrzyjmy się koncepcji fotograficzno-fizoficznej poszczególnych autorów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Froese - niemiecka kultura na nowym kontynencie&lt;br /&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;„Od końca lat 90. śmierć była dominującym tematem prac Joachima Froese, Niemca urodzonego w Kanadzie, który w 1991 wyemigrował do Australii. Jego seria &lt;em&gt;Rhopography&lt;/em&gt; (1999-2003) ukazuje martwe natury jako &lt;em&gt;tableaux vivants&lt;/em&gt;, gdzie nieżywe insekty oraz starzejące się owoce występują w zastępstwie ludzi” – jak pisał Gordon Craig[1]. Inspiracja w działaniach Froesego jest prosta do konstatacji – to przede wszystkim XVII-wieczne malarstwo holenderskie, w mniejszym stopniu flamandzkie, a w innym cyklu renesans włoski. Z wielką wnikliwością podchodzi do fotografowanego obiektu, przybliżając go, monumentalizując, ale przede wszystkim symbolizując. Poszukuje przestrzeni wewnętrznej, mentalnej między dawnymi czasami a obecnymi, w których pojęcie śmierci zniknęło się ze świadomości ponowoczesnego człowieka.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Propozycja Froesego jest bardzo ciekawa, ponieważ ukazuje to, jak kruche i znikome jest fizyczne życie ludzkie, odwołuje się także do starożytnego – greckiego znaczenia słowa &lt;em&gt;rhopos&lt;/em&gt; oznaczająceo „zwykłe, trywailne rzeczy”. Czym różni się nasze życie od przemijania zwierząt i owadów? Odpowiedzi można poszukiwać w następnym cyklu.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;W kolejnym cyklu &lt;em&gt;Written in the Past&lt;/em&gt; (&lt;em&gt;Napisane w przeszłości&lt;/em&gt;) (2007) artysta korzysta z innej estetyki, zdecydowanie dalekowschodniej, ale podobnie jak w innych cyklach nie korzysta z perspektywy matematycznej, ukazując wybrane sytuacje odnoszące się do głębokich pokładów pamięci - zmarłej matki i swego dzieciństwa. Listy, naczynia, ręczniki, krzyżówka są bohaterami skromnych prac, w których mamy albo spokój, porównywanie i analizowanie prostych przedmiotów, albo dynamizm, który świadczy o dramatyczności sytuacji.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Ten fotograf niemieckiego pochodzenia przywiązany do malarstwa renesansowego i barokowego poszukuje odpowiedzi na pytanie, czym jest życie, jak określić jego spokój lub przeciwnie dramatyzm! Jego prace zanurzone są w prywatnej pamięci, ale także w świadomości zbiorowej, archetypowej.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;strong&gt;Matsubara – japońska formuła lunatyczności?&lt;br /&gt;&lt;/strong&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Ken Matsubara od lat 80. interesuje się inscenizacją w fotografii, która początkowo miała walor związany z rysunkiem i malarstwem (&lt;em&gt;Vertical and Horizontal&lt;/em&gt;, 1993). Igrał z zasadami perspektywy, ukazując ich anachronizm czy wręcz iluzyjność. Kontynuacją były prace o charakterze instalacyjnym, w których wykorzystywał szklane naczynia z wodą. Ale z biegiem czasu stał się coraz bardziej fotograficzny (cykl &lt;em&gt;Sleepwalker&lt;/em&gt;, 2006), o surrealistycznym rodowodzie, podobnie jak Froese, rezygnując z trójwymiarowego odwzorowania świata. Świadomie inspiruje się snem, tam poszukuje inspiracji i tłumaczenia obecnego życia. Prace odwołują się do poetyki marzeń sennych i wspomnień, poszukują metafizycznego symbolu a służą do wytyczania swego przyszłego życia. Fotografie sprawiają wrażenie nieruchomych obiektów na białym tle, ukazujących, jak w filozofii Zen i we śnie lunatycznym, że to, co niemożliwe, staje się tym, co realne lub jest na granicy tzw. świata racjonalnego. Prace są bardzo wyrafinowane, pokazują np. płonący okrąg ognia lub rozpadającą się szklankę z wodą.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;strong&gt;Przyborek – śródziemnomorskie mity w wersji „fotografii inscenizowanej”&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Twórczość fotograficzna Grzegorza Przyborka odnosi się do bardzo szerokiego repertuaru możliwości medialnych, z jakich obecnie korzysta artysta, łącząc za pomocą zapisu fotograficznego różne dyscypliny i techniki. Jego postawa od lat 80. XX wieku jest jednak rzadkością w najnowszej polskiej twórczości intermedialnej. Ważna jest w niej potencjalność odwoływania się do myślenia rzeźbiarskiego oraz korzystanie z możliwości, jakie stwarza rysunek.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Pod względem formalnym jego działalność artystyczna związana jest z kategorią „fotografii inscenizowanej”, ale zaznaczyć należy, że ideowo sytuuje się na odrębnej pozycji, ponieważ nie ma w niej aspektu nihilizmu oraz ataku na podstawowe wartości humanizmu, które zazwyczaj związane są z tym rodzajem fotografii. Z tego powodu jest to twórczość wyjątkowa, podbudowana klarowną myślą teoretyczną. Artysta powołuje się m.in. na przemyślenia Sandy Skoglund, należącej do ważniejszych przedstawicieli fotografii inscenizowanej w USA. W tym przypadku Przyborek podkreśla rolę marzenia sennego, będącego dla niego jednym z podstawowych odniesień i znaczeń.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Na ekspozycjach Przyborek wystawia fotografie, rysunki i rzeźby wykorzystywane przy powstawaniu skomplikowanych zazwyczaj aranżacji, których ostatecznym wyrazem jest zdjęcie. Odżywają mity śródziemnomorskie dotyczące podstawowych kwestii filozoficznych, odnoszących się zwłaszcza do dobra i zła w takich pracach jak: &lt;em&gt;Madonna&lt;/em&gt;, &lt;em&gt;Pielgrzym&lt;/em&gt;, &lt;em&gt;Stwórca&lt;/em&gt; czy &lt;em&gt;Demon&lt;/em&gt;. Różne rekwizyty poprzez ułożenie, odpowiednie usytuowanie nawiązują do konkretnych słynnych dzieł albo wyobrażeń i stereotypów kulturowych.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;strong&gt;Podsumowanie&lt;br /&gt;&lt;/strong&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;„Dziwne” ale w pozytywnym sensie tego słowa, prace trójki autorów: Joachima Froese, Kena Matsuabra i Grzegorza Przyborka, są podobne w stylu, który wyrasta z analogicznej konstrukcji duchowej, w tym z oceny dawnej sztuki wynikającej z humanistycznej postawy, co można określić mianem „archetypu fotografii”. Ich styl nie poddaje się żadnej modzie artystycznej, choć można wskazać inspiracje dadaizmem, surrealizmem i konceptualizmem. Minimalizując znaczenie perspektywy matematycznej podporządkowują ją swej skrajnie introwertycznej wizji, w której diagnozują stan umysłowości i duchowości z przełomu XX i XXI wieku.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;[1] G. Craig, Joachim Froese, “Kwartlanik Fotografia“, 2007 nr 23, s. 44.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tekst pochodzi z katalogu wystawy &lt;em&gt;Archetyp fotografii. Joachim Froese, Grzegorz Przyborek, Ken Matsubara&lt;/em&gt; (CSW Łaźnia, Gdańsk, 2010) &lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3935343907532337425-7540329755736237181?l=krytykaliteracka.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/7540329755736237181'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/7540329755736237181'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://krytykaliteracka.blogspot.com/2012/01/esej-krzysztof-jurecki-przestrzenie.html' title='Esej: Krzysztof Jurecki PRZESTRZENIE WEWNĘTRZNE. O ARCHETYPIE FOTOGRAFII. FROESE, MATSUBARA, PRZYBOREK.'/><author><name>____________________</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01758159771234876142</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3935343907532337425.post-4276668485694299074</id><published>2012-01-02T01:06:00.000-08:00</published><updated>2012-01-02T01:09:32.319-08:00</updated><title type='text'>Jest Poezja! Jan Siwmir, wiersze najnowsze</title><content type='html'>&lt;strong&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;ptakom podobni&lt;br /&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;nad cichą wielką wodą przycupnęły ptaki&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;strojne&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;w niedostępne ludziom pióra&lt;br /&gt;dwie pary oczu czujnie wpatrywały się w moją twarz&lt;br /&gt;ignorując przestrzeń&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;przestałem oddychać&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;wtedy skała obok zbudziła się podniosła&lt;br /&gt;i zjadła mnie i ptaki&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;życie ze śmiercią często zamieniają się rolami&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;szare plamy&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;powiecie że miałem zwyczajne proste życie odmierzone&lt;br /&gt;od brzegu do brzegu&lt;br /&gt;nic na miarę&lt;br /&gt;nic do zazdrości&lt;br /&gt;żadnych igrzysk&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;zapomniany przez zegary śpiące&lt;br /&gt;w nogach żeliwnego łóżka&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;psom podobne&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;ale szarość czerń i biel&lt;br /&gt;miały tysiące kolorów w moich oczach widocznych&lt;br /&gt;tylko dla mnie&lt;br /&gt;zbieranych garściami z ominiętych pól&lt;br /&gt;przygarniętych z lasów które prześlepiliście&lt;br /&gt;zawłaszczonych&lt;br /&gt;zbyt ułomnych&lt;br /&gt;dla tych co mnie nie zauważyli&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;miałem zwyczajne szare życie&lt;br /&gt;po waszej stronie rzeczywistości&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;smutek&lt;br /&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;kiedy odwracasz się od szarugi przed szybą&lt;br /&gt;wychodzisz w głąb ogrodu&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;tak wiem trzeba podlać kwiaty przyciąć gałęzie pomalować płot&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;powietrze gęstnieje jakby pierze było darte w ciasnej izbie&lt;br /&gt;pamięć sięga dalekich krajobrazów&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;siedzieliśmy na brzegu&lt;br /&gt;szare wino nasze ulubione nie wymagało kieliszków&lt;br /&gt;nie trzeba było rozmów wystarczyło że patrzyliśmy&lt;br /&gt;w tym samym kierunku&lt;br /&gt;na bezmiar wyciętej z krzyku ciszy&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;dziś został tylko krzyk&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;i twoje milczenie bardziej twarde niż moje złożone&lt;br /&gt;ze słów&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;pamięć&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/strong&gt;pamiętacie te chłodne twarze&lt;br /&gt;wykute z brązu jedną emocją&lt;br /&gt;ponad czasem&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;zastygłe pośród ludzi w muzeum&lt;br /&gt;gdzie każdy przejaw życia jest profanacją&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;udaję kamień&lt;br /&gt;w nim światło rozszczepia się na słońce i na deszcz&lt;br /&gt;nie ma mgły a hałas tylko słowem budowany&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;galeria postaci&lt;br /&gt;ten umarł nim odtrąciło go lustro&lt;br /&gt;inny właśnie dostaje się w szarość dziecięcych wspomnień&lt;br /&gt;a najlepsza w klasie pilnie wyciera gumką kolejne marzenie&lt;br /&gt;i jeszcze Helena&lt;br /&gt;ta ma najgorzej&lt;br /&gt;wszyscy patrzą na nią szukając pocieszenia&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;niewidzialne słońce&lt;br /&gt;zapowiedź deszczu&lt;br /&gt;kamień&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;pamiętacie te twarze&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;ja nie pamiętam&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3935343907532337425-4276668485694299074?l=krytykaliteracka.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/4276668485694299074'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/4276668485694299074'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://krytykaliteracka.blogspot.com/2012/01/jest-poezja-jan-siwmir-wiersze.html' title='Jest Poezja! Jan Siwmir, wiersze najnowsze'/><author><name>____________________</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01758159771234876142</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3935343907532337425.post-8363073245355351334</id><published>2012-01-02T00:40:00.000-08:00</published><updated>2012-01-02T00:47:28.996-08:00</updated><title type='text'>Jest Poezja! Bohdan Wrocławski</title><content type='html'>&lt;strong&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Urodzony w nocy&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Prawdopodobnie ktoś kto urodził się w środku nocy&lt;br /&gt;w momencie w którym wiatr przyciska oddech do ziemi&lt;br /&gt;a stada średniowiecznych czarownic&lt;br /&gt;opuszczają nas&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;zrozumie&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;nadszedł czas sztormu&lt;br /&gt;najbardziej intymne sny cofają się w głąb lądu&lt;br /&gt;śpimy w zdumieniu które charakteryzuje&lt;br /&gt;niemowlęta z zaciśniętymi koło głowy piąstkami&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;nikt nie grzeszy grzech pierworodny&lt;br /&gt;został zmazany lub zaginął tak&lt;br /&gt;jak ginie echo wśród oszalałych&lt;br /&gt;piasków pustynnych&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;powoli wymijamy się z naszymi pragnieniami&lt;br /&gt;potrzebą biegania na bosaka po porannych trawach&lt;br /&gt;osypanych rosą&lt;br /&gt;chęcią trzymania kobiecych dłoni&lt;br /&gt;przy swoich wargach&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;oddechem&lt;br /&gt;starszym niż groty skalne na obrzeżach Pienin&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;w gruncie rzeczy&lt;br /&gt;wiecznie budzi się w nas to&lt;br /&gt;co jest najbardziej kruche&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;jakieś gesty na peryferiach cywilizacji&lt;br /&gt;imperium rzymskiego odłupane fragmenty ceramiki&lt;br /&gt;na których nie zdążyliśmy zapisać własnego imienia&lt;br /&gt;z nadzieją że odczytają je inni&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;klucze bocianów&lt;br /&gt;w ciągłej wędrówce między kontynentami&lt;br /&gt;cień nieuchwytnego natchnienia&lt;br /&gt;które czasami odwiedza nas w dni świąteczne&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;ale przecież dostrzegamy to aż nazbyt wyraźnie&lt;br /&gt;umierają wiersze&lt;br /&gt;ich skrzydła trzepocą nerwowo&lt;br /&gt;w poprzek naszej zadumy&lt;br /&gt;i rozwieszonej w kącie pajęczyny&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;lub odwiedzają&lt;br /&gt;pola bitew pełne rudych mchów&lt;br /&gt;w ciszy tak skondensowanej&lt;br /&gt;że nikt nie może jej odczytać&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;pragniemy powracać nawet wtedy&lt;br /&gt;kiedy zamarzną w nas&lt;br /&gt;wszystkie nieodczytane myśli&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;milczysz zafascynowany swoją obecnością&lt;br /&gt;palce w głębinach odczytują ostrość wrzosów&lt;br /&gt;traw nadbrzeżnych&lt;br /&gt;pawich oczu na skrzydłach&lt;br /&gt;schnącego od wiatru motyla&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;rdzy rozkładającej nasze wzruszenia&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;trzeszczą poszycia dachów pęka więźba&lt;br /&gt;niczym bukiet rozlanego mleka&lt;br /&gt;stygnie niebo osypane spróchniałym drewnem&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;w poprzek naszych ciał otwierają się autostrady&lt;br /&gt;w upalne poranki wysycha krwioobieg&lt;br /&gt;alfabet zbyt ciasny abyśmy mogli w nim&lt;br /&gt;zapisywać nasze zdumienie&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;być może&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;tymczasem spadł pierwszy wiosenny deszcz&lt;br /&gt;na krawędzi dachu starego domu usiadł anioł&lt;br /&gt;ruchem pełnym zniecierpliwienia&lt;br /&gt;poprawiał opadające pióra&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;był garbaty&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;coś szeptał zbyt jednak odległego&lt;br /&gt;od czasu w który zabłądził&lt;br /&gt;abyśmy stojący na poboczu jego westchnień&lt;br /&gt;mogli to odczytać i zrozumieć&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;jego twarz rozkapryszonego dziecka&lt;br /&gt;nieskoordynowane ruchy skrzydeł&lt;br /&gt;krople uderzające w rynnę ich muzyka&lt;br /&gt;w środku gwarnego miasta&lt;br /&gt;dotarły do mnie w tym czasie&lt;br /&gt;kiedy niebo spurpurowiało&lt;br /&gt;od wysiłku zachodzącego słońca&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;zrozumiałem nigdy nie uda mi się odlecieć&lt;br /&gt;skrzydła nasączone wodą i niespełnieniem&lt;br /&gt;w czasie zamieci śnieżnej przemarzły&lt;br /&gt;strzępią się&lt;br /&gt;z nich kolorowe sny fantazyjne piaskowe wydmy&lt;br /&gt;zamki&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;ołtarze&lt;br /&gt;składające się do wewnątrz rozgorączkowanego ciała&lt;br /&gt;szkwał oczyszczający maszty&lt;br /&gt;z resztek żagli i naszej zadumy&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;cóż można czcić bardziej od własnego pogaństwa&lt;br /&gt;i barbarzyństwa&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;milkną w nas pałace Rzymu&lt;br /&gt;błagania gwałconych kobiet dym pożarów&lt;br /&gt;oczyszczający ulice z zarazy&lt;br /&gt;galerie pełne&lt;br /&gt;wyobraźni starych mistrzów&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;cóż można czcić bardziej od własnej niechęci&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;być może nic nie znaczące skrzywienie warg Hamleta&lt;br /&gt;kłus małych tatarskich koników&lt;br /&gt;dochodzący do naszych pragnień&lt;br /&gt;ze środka średniowiecza&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;stosy palonych przyzwyczajeń&lt;br /&gt;cywilizacji osieroconej z naszej godności&lt;br /&gt;ciał niebieskich wypalonych przerażonych&lt;br /&gt;brakiem światła i tlenu&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;wiecznie krążących wokół obojętności wszechświata&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;jak my spadający ze szkolnych tablic&lt;br /&gt;w głąb własnej dorosłości&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;wiecznie szukający miłości i spełnienia&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3935343907532337425-8363073245355351334?l=krytykaliteracka.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/8363073245355351334'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/8363073245355351334'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://krytykaliteracka.blogspot.com/2012/01/jest-poezja-bohdan-wrocawski.html' title='Jest Poezja! Bohdan Wrocławski'/><author><name>____________________</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01758159771234876142</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3935343907532337425.post-6982896032605617532</id><published>2012-01-02T00:11:00.000-08:00</published><updated>2012-01-02T00:38:05.593-08:00</updated><title type='text'>Esej: Dariusz Pawlicki KRÓTKA ROZPRAWA O... PŁOTACH</title><content type='html'>&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;Nie zrażaj się ewentualny czytelniku tematem tego szkicu. I daj szansę autorowi przedstawić nieco szerzej temat, którym jest płot, czyli „ogrodzenie, zwykle z wbitych w ziemię słupków połączonych żerdziami, do których przytwierdzone są deski, paliki itp.”[1]. Zgadzam się z opinią, że na pierwszy rzut oka temat wydaje się być bardzo prozaiczny. Ale z pewnością wielu z nas wie z własnego doświadczenia, iż na „drugi rzut” owego oka, wiele rzeczy ukazuje się już w zupełnie innym świetle. Może więc i w tym wypadku tak będzie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z powyższej, słownikowej definicji jednoznacznie wynika, że nie każde ogrodzenie jest płotem; nie jest nim na przykład palisada, murek. Pierwsze, prowizoryczne ogrodzenia wykonane z gałęzi, służyły ochronie przed groźnymi dzikimi zwierzętami. Ale płot miał już na celu odgrodzenie się jednego człowieka od drugiego, jednej rodziny od drugiej. Nie bez przyczyny termin „odgrodzić się” znaczy także (w przenośni): „odizolować się, odseparować się od czegoś (kogoś)”[2]. Po palikach, stertach kamieni, miedzach, płoty jak i inne rodzaje ogrodzenia, były kolejnym krokiem na drodze do wydzielenia prywatnej własności.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pozwolę sobie w tym miejscu zauważyć, że mur zamkowy, bez względu na swą wysokość i grubość, nie jest niczym innym niż ogrodzeniem. Tyle tylko, że specjalnego rodzaju.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;*&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jeśli płoty w naszej części świata, jednak znikną, to pozostaną po nich, przynajmniej przez pewien czas, ślady. Takie jak np. wyrażenia, przysłowia itd. w polszczyźnie, które Władysław Kopaliński podaje w &lt;em&gt;Słowniku mitów i tradycji kultury&lt;/em&gt;:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„koło płotów chodzić (mówić nie na temat, dywagować, odbiegać od rzeczy, mówić nieszczerze), ktoś jest jak kołek w płocie (samotny, bez przyjaciół, rodziny); pierwsze koty za płoty (przysł. pierwsze niepowodzenia nie powinny zrażać, pierwsze próby zwykle bywają nieudane); płot trzy lata, kot trzy płoty, koń trzy koty, człek trzy konie (przeżyje); pod płotem umrzeć/zdechnąć (w nędzy, marną śmiercią); smaż, póki masz, pal płotem, zagrodzisz potem; stać płotem (dawniej: ciasnym szeregiem,, blisko siebie)”. Do powyższych przykładów można jeszcze dodać nst.:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„słowo się rzekło, kobyłka u płota/płotu (trzeba ponieść konsekwencje danego słowa); trafić jak kulą w płot (użyć nietrafnego argumentu); trzymać się, czepiać się czegoś jak pijany płotu; jak żerdź po płocie, Maciek Dorocie (przysłowie: dziesiąta woda po kisielu; o urojonym, zmyślonym albo dalekim pokrewieństwie); śmiały jak baba za płotem (o kimś kto udaje odważnego, kiedy wie, że nic mu nie grozi)”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;*&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czy można napisać historię płotu? Można. Z tym, że najpewniej będzie ona upstrzona wieloma białymi plamami. Ewentualny kandydat na jej autora napotka bowiem poważny problem w znalezieniu źródeł pisanych. Bo kogóż w epokach wcześniejszych interesował, tak pospolity i prosty element otoczenia człowieka, jakim niewątpliwie był płot. Nie inaczej zresztą jest obecnie. W porównaniu z pałacami, świątyniami bądź mostami, drewniane czy jakiekolwiek inne ogrodzenia, to nic. Ale najprawdopodobniej informacje o nich pojawiały się w dawnych dokumentach. Przykładowo w księgach sądowych, kiedy chodziło o rozgraniczenie spornej nieruchomości.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ubóstwo źródeł pisanych, w których by choćby wspominano o płotach, to jeden związany z tym problem. Drugim jest brak źródeł materialnych. Owszem, na ślady budynków mieszkalnych i gospodarczych natrafimy. Lecz na pozostałości po którymś z płotów, absolutnie nie. Ogrodzenie tego typu, w porównaniu z innymi, szybko bowiem niszczeje. Zaś obecność w ziemi fragmentów zbutwiałego drewna i zardzewiałych gwoździ można rozmaicie interpretować. Do tego historia płotu z całą pewnością nie zaczyna się od zastosowania do ich wznoszenia gwoździ. Albowiem jest ona dłuższa. W tym miejscu zaznaczę, że jak podaje nieoceniony Władysław Kopaliński słowo „płot” pochodzi od słowa „pleść”. Z tego zaś wynikałoby, że pierwotnie płotem była „plecionka z wikliny łącząca z sobą wbite w ziemię kołki”. W późniejszym okresie, do wbitych lub wkopanych w ziemię kołków, przy użyciu sznurów bądź rzemieni, dowiązywano przynajmniej trzy poprzeczne źerdzie. I to między nie przeplatywano wspomnianą wiklinę, a także giętkie pieńki drzewek lub gałęzie. Następnym etapem było zastąpienie rzemieni i sznurów, właśnie gwoździami. Tak wykonane płoty, i to przy użyciu niewielu gwoździ, coraz rzadziej, ale wciąż jeszcze, można napotkać we wsiach wschodniej Polski.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;*&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Płot, jak i każdego innego rodzaju ogrodzenie, może zainteresować swoją estetyką (z pewnością jest coś takiego jak estetyka płotu), rodzajem materiałów użytych do jego wzniesienia, solidnością lub nie, wykonania. Gdy stoi od strony drogi bądź ulicy informuje również o tym, w jakim najprawdopodobniej stanie jest sam dom, a także cała posesja. Jeśli najpierw zauważymy, że zaczyna niszczeć ogrodzenie, a później, iż proces ten pogłębia się, możemy spodziewać się, że wkrótce proces niszczenia zacznie dotyczyć budynku mieszkalnego, albo już go dotyczy. Z pewnością każdy z czytających ten tekst, mógłby wywołać ze swej pamięci obraz płotu, w którym brakuje wielu sztachet, a pozostałe są spróchniałe, albo przegniłe. A samemu domowi, mimo że stojącemu w pewnym oddaleniu, wiele brakuje do miana zadbanego.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ale nadeszła już pora, aby jednoznacznie i kategorycznie stwierdzić: płoty będące elementem naszego otoczenia, dotąd dosłownie napotykanym na każdym kroku, stają się rzadkością. I dzieje się to w tym samym czasie, kiedy szybko przybywa ogrodzeń, przede wszystkich czaso- i materiałochłonnych. Wynika to z potrzeby uniemożliwienia osobom postronnym dostania się na teren prywatny. Dużą rolę odgrywa też niejednokrotnie chęć podkreślenia: To moje! Stać mnie!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W miastach płotów już się nie widuje (no, może gdzieś na obrzeżach, gdzie miasto przenika się jeszcze ze wsią). Ale wbrew pozorom, niewiele lepiej jest pod tym względem we... wsiach. Płoty zostały w nich najczęściej zastąpione, mniej lub bardziej, solidnymi ogrodzeniami innych rodzajów: a to wykonanymi z płyt betonowych (niekiedy ażurowych), bądź z metalowych słupków i takiej siatki, a to z cegły.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Często obecność klasycznego płotu we wsi, związana jest z potrzebą zdecydowanego podkreślania, że wieś to nie... miasto. Szczególnie na takim uwydatnieniu zależy tym mieszkańcom wsi, którzy przybyli z... miasta; szczególnie, gdy nastąpiło to niedawno. To właśnie oni, chcąc wieść życie w pełni wiejskie, pragną obecności w swym nowym otoczeniu elementów jednoznacznie wskazujących na dokonany przez siebie wybór. A prosty płot, takim składnikiem niewątpliwie nadal jest (podobnie jak na przykład dom drewniany).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na szczęście płoty wciąż są, a ich obecność nie tylko jest rezultatem powyższej mody. Najczęściej decyduje o tym ekonomia – jest on najtańszy (że nie jest najtrwalszy, to już inna sprawa). Napisałem: na szczęście, gdyż jestem przyzwyczajony do ich obecności w świecie, z którym jestem zżyty (jest on przy tym bardzo konkretny). W wioskach tego świata, płotów wciąż jest wiele. Natomiast znacznie rzadziej można natknąć się na nie poza terenami zabudowanymi. Te ogrodzenia, którymi otoczone są obecnie pastwiska, na których pasą się krowy i konie (chyba, że ogrodzeń nie ma w ogóle, a zwierzęta są uwiązane), prawie zawsze składają się z tkwiących w ziemi żerdzi i rozpiętego między nimi drutu (niekiedy jest on kolczasty). Nierzadko jest on podłączony do urządzenia elektryzującego. Takie ogrodzenie nazywa się płotem elektrycznym, albo „pastuchem” (w domyśle: elektrycznym). Jego dotknięcie każdorazowo działa odstraszająco. Natomiast dużo rzadziej można obecnie natknąć się na pospolity kiedyś, a równocześnie najprostszy z możliwych, płotów. Jego konstrukcja sprowadza się do dwóch kołków połączonych długą żerdzią; zużycie gwoździ jest przy tym minimalne.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wędrując drogami polnymi można niekiedy dostrzec pozostałości płotów - tkwiące wciąż w ziemi, pojedyncze słupki. Są śladami po czyjejś pracy i związanych z nią nadziejach. Takie resztki, z dala od zabudowań, przyciągają każdorazowo uwagę. I to nie tylko pozostałości ogrodzeń, ale również resztki fundamentów widoczne w trawie, samotne zdziczałe drzewa owocowe. Wzbudzają one zainteresowanie szczególnie tam, gdzie nie ma innych atrakcji wzrokowych, albo jest ich niewiele. Gdy kogoś znuży już lustrowanie dziesiątków hektarów pól, łąk i pastwisk, ciągnącej się kilometrami ściany lasu, (nie wspominając o ruinie zamku), jego wzrok, choćby na chwilę, może zatrzymać się na wbitym lub wkopanym, kiedyś przez kogoś, pojedynczym kołku. Wykonany pewnie z odporniejszego drewna (może nawet jest to fragment pnia młodego dębu) ostał się, w przeciwieństwie do pozostałych, tworzących kiedyś ogrodzenie, a po których nie pozostał żaden ślad.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Płot wyznacza granicę obejścia. A w jego obrębie, niejednokrotnie kolejne ogrodzenie chroni na przykład przed zwierzętami (przede wszystkimi domowymi) ogród kwiatowy, jak i warzywny. Bywa, że ogranicza również dostęp do owoców tkwiących jeszcze na drzewach lub już opadłych. Ileż prób ich kradzieży, często uwieńczonych sukcesem, mają na sumieniu kolejne pokolenia dzieci (zresztą osób dorosłych również). A na przeszkodzie w konsumowaniu cudzych jabłek, gruszek lub śliwek, najczęściej stało ogrodzenie, którym bardzo często był płot. W tym, aby spełniło ono swoje zadanie, pomagał jeszcze pies (przysłowiowy „pies ogrodnika”).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie można pominąć też nieco innej roli ogrodzeń, szczególnie jednak płotów ze względu na tworzące je sztachety, ewentualnie druty lub drągi. Owa inna funkcja nie ma jednak absolutnie związków z dziećmi. Dotyczy bowiem „pomocy” w poruszaniu się osób będących w stanie zatrucia alkoholem. Niejednokrotnie tylko ogrodzenia bądź ściany budynków umożliwiają takim osobom przemieszczanie się, albo zachowanie jakiej takiej pozycji pionowej (bardzo często jest to „pion”, który cechuje wyraźna niestabilność). Kontynuując wątek alkoholowy należy stwierdzić, że to właśnie płoty pełniły rolę swoistego, ale bardzo realnego arsenału. I to jeszcze do niedawna. Z nich bowiem pochodziła „broń” tak bardzo charakterystyczna dla osławionych zabaw wiejskich (na szczęście odchodzących już w przeszłość). Ta ich zła sława była m. in. rezultatem bijatyk, do których dochodziło podczas ich trwania. Niektórzy twierdzili nawet, że nie ma dobrej zabawy bez bójki. Ich główną przyczyną, rzecz zrozumiała, był alkohol, jako że były to imprezy mocno zakrapiane. W takiej zaś sytuacji nie było trudno o nieporozumienie. I dochodziło do niego szybko, tym bardziej, że powodem do jego powstania mogło być, dosłownie, wszystko. Rychło zaprzestawano argumentacji słownej i zaczynano posługiwać się pięściami, albo rozglądano się za „odpowiedniejszym argumentem”. I prawie zawsze, jak to jeszcze niedawno miało miejsce na wsi, w pobliżu stał jakiś płot. Należało tylko wyrwać sztachetę. Silniejszy, popisując się przy tym swą siłą, mógł wyciągnąć z ziemi kołek (taka inscenizacja mogła podziałać odstraszająco na przeciwnika, a wzbudzić podziw, u niektórych kobiet, co było dodatkowym efektem). I tak zaopatrzony mógł niezwłącznie przystąpić do przekonywania do swoich racji oponenta, ewentualnie oponentów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Należy koniecznie wspomnieć o roli, jaką podczas śnieżnych zim odgrywały płoty śródpolne, także pozostałości po nich. Podobnie zresztą jak drzewa, krzewy, krzyże przydrożne. Wyznaczały bowiem wędrowcom, woźnicom, kierowcom przebieg dróg we wszechobecnym morzu bieli. A były dla nich jeszcze istotniejsze podczas opadów śniegu i zamieci. Z pewnością przyczyniły się do uratowania niejednego życia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;*&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Obecności płotów na stronach utworów literackich sprowadza się najczęściej do roli elementu przedstawianej scenerii, w której rozgrywa się zdarzenie opisywane przez poetę czy prozaika. Tak jak przykładowo ma to miejsce w poniższych, początkowych fragmentach dwóch wierszy[3]:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Chang Chi&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Przybywając nocą do chaty rybaka&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Chata rybaka przy ujściu rzeki.&lt;br /&gt;Woda jeziora aż do chruścianego płotu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Allen Ginsberg&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Dziwny nowy domek w Berkeley&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Całe popołudnie wycinałem jeżyny zarastające chwiejny&lt;br /&gt;murszejący płot&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie inaczej jest w &lt;em&gt;Zaczarowych miejscach&lt;/em&gt; Christophera Milne’a, w których opisał świat swego dzieciństwa. Świat ten pojawia się, zresztą w znanych na całym świecie książkach dla dzieci, napisanych przez jego ojca Alana Aleksandra Milne’a: &lt;em&gt;Kubuś Puchatek&lt;/em&gt; i &lt;em&gt;Chatka Puchatka&lt;/em&gt; (nie wpominając o dwóch zbiorach wierszy). I w tych to &lt;em&gt;Zaczarowanych miejscach&lt;/em&gt; płot jest, a jakże, wspominany. Chociażby w takim fragmencie: „Dwieście jardów mniej więcej od Smoczego Mostu idąc w górę rzeczki był płot, na granicy naszej ziemi”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wyznacznikiem roli płotów w życiu człowieka jest na przykład i to, że zostały utrwalone na niejednym obrazie. Trudno jednak wskazać jakąś pracę plastyczną, której główny temat stanowią właśnie one (stąd brak prac zatytułowanych &lt;em&gt;Płot&lt;/em&gt; czy &lt;em&gt;Płoty&lt;/em&gt;). Nie to, co mury chętnie utrwalane, najczęściej w stanie ruiny. Ale typ ogrodzenia stanowiący temat tego szkicu pojawia się na wielu pracach jako tło, element kompozycji. Przykładem może być namalowana w 1875 r. przez Józefa Chełmońskiego &lt;em&gt;Jesień&lt;/em&gt;. Zdecydowanie ciemna kolorystyka tej pracy, z sinym niebem i czarnymi chmurami, bezlistnymi drzewami, nie zachęca oglądającego do przeniesienia się w świat utrwalony farbami olejnymi. Stojący tuż przy chacie, częściowo zniszczony płot i kilka wychudzonych psów wskazują jednoznacznie na biedę, z którą zmagają się mieszkańcy obejścia. Nad całą tą scenerią dominuje nastrój smutku, opuszczenia. Z kolei na olejnej pracy Władysława Podkowińskiego zatytułowanej &lt;em&gt;Spotkanie&lt;/em&gt;, a namalowanej w 1892 r., płot stoi wzdłuż drogi. Z całą pewnością zasługuje na miano prostej konstrukcji: kołki, do których końców przybito długie żerdzie. Ogrodzenie otacza pastwisko. Nie widać wprawdzie ani jednego konia, jak też żadnego innego zwierzęcia, lecz siedzący na płocie młody mężczyzna (potwierdza w ten sposób dobry stan ogrodzenia) ma na sobie, prawie na pewno, strój do konnej jazdy. Obok niego stoją dwie młode kobiety, a kolejne trzy zbliżają się. Po ubiorach można zorientować się, iż osoby te należą do lepszych sfer. Nastrój tej pracy jest zdecydowanie pogodny. Utrwalone zostało na niej, prawdopodobnie, późne popołudnie. Z kolei obecność młodych ludzi obojga płci pozwala snuć domysły o rodzących się między nimi, a może już istniejących uczuciach, czyli nadziejach.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na powstałej w 1791 r. akwareli Zygmunta Vogla &lt;em&gt;Widok Poczajowa od przyjazdu Ledóchowskiego&lt;/em&gt;, na pierwszym planie widzimy fragment płotu przydrożnego, w całości drewnianego. Natomiast nieco dalej – ogrodzenie wykonane z witek, gałęzi przeplecionych pomiędzy kołkami. Otacza ono rozległe pole. Na drugim planie widać fragmenty poczajowskiego klasztoru i kościoła.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;*&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W malarskich wyobrażeniach Raju jakie powstały w kulturze Zachodu, nie ma miejsca dla płotów (jak również wszelkich innych ogrodzeń). Co można tłumaczyć tym, że w Raju nie istnieją wszystkie te przyczyny, które uzasadniają istnienie płotów na tzw. ziemskim padole. Znamienne jest jednak to, że także w wizjach Piekła nie pojawiają się ogrodzenia. Tymczasem gdzie jak gdzie, ale w nim moglibyśmy się ich spodziewać.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;[1] &lt;em&gt;Słownik języka polskiego&lt;/em&gt;, Warszawa: PWN, 1979.&lt;br /&gt;[2] tamże.&lt;br /&gt;[3] oba wiersze w tłumaczeniu Czesława Miłosza, &lt;em&gt;Wypisy z ksiąg użytecznych&lt;/em&gt;, Kraków: Wyd. Znak,1994.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3935343907532337425-6982896032605617532?l=krytykaliteracka.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/6982896032605617532'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/6982896032605617532'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://krytykaliteracka.blogspot.com/2012/01/esej-dariusz-pawlicki-krotka-rozprawa-o.html' title='Esej: Dariusz Pawlicki KRÓTKA ROZPRAWA O... PŁOTACH'/><author><name>____________________</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01758159771234876142</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3935343907532337425.post-7453960861125958442</id><published>2012-01-02T00:05:00.000-08:00</published><updated>2012-01-02T00:11:32.398-08:00</updated><title type='text'>Pogranicza: Łukasz Jasiński FATUM</title><content type='html'>&lt;div align="justify"&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;To jest tak bardzo straszne… Ludzka pogarda, nienawiść i mściwość jest niewiarygodna. Wielu wolałoby umrzeć, ale jak tak można – jest to przecież niezgodne z własnymi zasadami?&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;„Tam, gdzie ostatnia świeci szubienica,&lt;br /&gt;Tam jest mój środek dziś – tam ma s t o l i c a,&lt;br /&gt;Tam jest mój gród.”&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;To jest tak bardzo straszne, że człowiek mocno publicznie upokorzony zatraca instynkt samozachowawczy – jest jak mysz upolowana przez kota, który zamiast ją pożreć – znęca się nad nią. Jak można żyć w tym świecie? Zostałem kiedyś zmuszony ogromną siłą nacisku do przeprosin. Za co? Za niewinność! Za to, że mam tupet żyć!&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;„Od wschodu – m ą d r o ś ć-k ł a m s t w a i ciemnota,&lt;br /&gt;Karności harap lub samotrzask z złota,&lt;br /&gt;Trąd, jad i brud.”&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;To jest tak bardzo straszne, że podświadomie słyszysz rechot Lucyfera – nic nie możesz ze sobą zrobić: masz kompletnie związane ręce. Jesteś bezwolną kukłą w rękach, które robią z Tobą co chcą, a największą przyjemność mają wtedy, kiedy zadają Ci ogromny ból. Jest to tak wyjątkowo podłe i chore, że nie jesteś nawet zdolny płakać – wszystko w Tobie zamiera. Stajesz się wtedy kamieniem, na którym można wykuwać dłutem różne łatki – z przyzwyczajenia nie zwracasz już na to uwagi. Tak, to gorsze niż piekło – tam przynajmniej masz towarzyszy niedoli. A tutaj jesteś izolowany, ignorowany i odrzucany – tak jakbyś w nieskończoności gonił własny ogon. Zamęt, rozdwojenie i zawroty w umyśle – czujesz jak Twoja dusza jest rozrywana na pół.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;„Na zachód – k ł a m s t w o-w i e d z y i błyskotność,&lt;br /&gt;Formalizm prawdy – wnętrzna bez-istotność,&lt;br /&gt;A pycha pych!”&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;To jest tak bardzo straszne, że wolałbyś, aby diabeł zabrał całą Twoją duszę. Tak było w szkole, a teraz w pracy – kolczaste cięgi zostają na całe życie. Trzeci raz człowiek mógłby coś takiego nie przeżyć – ten system zabija w ludziach nadzieję, godność, miłość, honor i wiarę. Tworzą z Ciebie hipokrytę na całe życie – tracisz najważniejsze cechy do przetrwania na ziemi: instynkt, intuicję i inteligencję. Stajesz się nieświadomym niewolnikiem tego systemu – nie ma już dla Ciebie żadnego ratunku prócz śmierci, ale oni zrobią wszystko, aby do tego nie doszło. Pomału, krok po kroku uświadamiasz sobie, że tacy ludzie jak Dariusz Ratajczak, Filip Adwent i Lech Kaczyński, a przede wszystkim bł. ks. Jerzy Popiełuszko – mieli po prostu szczęście.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;„Na północ – Zachód z Wschodem w zespoleniu,&lt;br /&gt;A na południe – n a d z i e j a w z w ą t p i e n i u&lt;br /&gt;O z ł o ś c i z ł y c h!”&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;To jest tak bardzo straszne, że w końcu musiałem po raz kolejny dla poprawy humoru obejrzeć film „Lot nad kukułczym gniazdem” w reżyserii Miloša Formana. Tyle tylko o kraju tym, gdzie nie znajdziesz bez układów… Spokoju?&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3935343907532337425-7453960861125958442?l=krytykaliteracka.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/7453960861125958442'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/7453960861125958442'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://krytykaliteracka.blogspot.com/2012/01/pogranicza-ukasz-jasinski-fatum.html' title='Pogranicza: Łukasz Jasiński FATUM'/><author><name>____________________</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01758159771234876142</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3935343907532337425.post-7060064490326165079</id><published>2011-12-06T00:27:00.000-08:00</published><updated>2011-12-06T00:37:01.736-08:00</updated><title type='text'>Rozprawa: Klaudia Bączyk CZY SŁUCHANIE MUZYKI METALOWEJ MOŻE PRZYCZYNIĆ SIĘ DO WIELBIENIA SZATANA?</title><content type='html'>&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;em&gt;Ten zaś samego siebie odkrył, kto powiada:&lt;br /&gt;oto jest moje dobro i zło –&lt;br /&gt;tym zmusił do milczenia kreta i karła,&lt;br /&gt;mówiącego: „dla wszystkich dobry, dla wszystkich zły”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/em&gt;[F. Nietzsche, &lt;em&gt;Tako rzecze Zaratustra&lt;/em&gt;]&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Ostatnimi czasy coraz częściej słyszy się o sektach oraz zagrożeniach z nimi związanymi. Media wielokrotnie demonizują wizerunek tych grup, tworząc obraz przerażający i niekoniecznie zgodny z prawdą. Już samo zdefiniowanie pojęcia sekty staje się czymś trudnym, często związanym z lobbingiem religijnym[1]. Początkowo terminem tym określano małe grupy, które odłączywszy się od większych, zdecydowały się pójść za swym mistrzem. Jean-Marie Abgrall wskazuje jednak na szersze znaczenie:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kilka tropów dostarcza nam etymologia. Słowo „sekta” pochodzi od rdzenia łacińskiego sequi, czyli „iść za”. Uczeń sekty wkracza na wytyczoną przez mistrza drogę, co czyni z niego adepta, czyli kogoś, kto osiągnie cel. „Idzie za” mistrzem, a jednocześnie odcina się do reszty ludzi i staje się wyznawcą, czyli odłączony[2].&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Istnienie sekt nie jest czymś nowym. Już bowiem w starożytności zaobserwować można fanatycznych wyznawców Platona, Arystotelesa bądź Jezusa. Odgrywają one bardzo różną rolę (np. filozoficzną bądź polityczną) i mogą ograniczać się nawet do kilku członków. Większość prób definiowania owych grup wiąże się z teologią, co wynika z historii i socjologii sekt. Powtarzając za Maxem Weberem, stworzono dychotomię Kościół – sekta, podkreślając przy tym jej opozycyjny charakter[3]. Dziś, większość sekt stara się o uzyskanie statusu Kościoła, co dodatkowo zwiększa złożoność problemu. Jak zaznacza jednak Paweł Królak:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;To, czy dana grupa jest zarejestrowanym związkiem wyznaniowym, nie ma żadnego wpływu na fakt, czy jest szkodliwa dla swoich wyznawców, czy też nie jest. Aby zarejestrować nowy związek wyznaniowy, wystarczy zdobyć stu członków i przedstawić odpowiednie dokumenty. Jeżeli byłoby to jedynym kryterium, to każda, nawet destrukcyjna, sekta bez problemu uzyskałaby status „nie-sekty”, ale zarejestrowanego związku wyznaniowego[4].&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ów autor proponuje ogólniejszą definicję sekty, uznając ją za: „grupę, w której występuje jednocześnie wysoki poziom totalności oraz wysoki poziom manipulacji”[5]. Wśród jej cech charakterystycznych wymienia się: tajny charakter związku, brak zaufania i niechęć w stosunku do obcych, wykorzystywanie różnych technik manipulacyjnych w celu pozyskania i zniewolenia członków, prozelityzm[6] oraz obecność charyzmatycznego przywódcy. Istotne staje się tutaj istnienie guru, czyli czcigodnej jednostki objawionej, która znajduje się najwyżej w hierarchii, będąc najbliżej doskonałości[7]. Daleka jestem od wskazywania różnić pomiędzy guru-geniuszem a guru-szaleńcem, z całą pewnością jednak wie on jak: „opatrywać zranione ego adepta”[8]. W wyniku troski ze strony opiekuna, postaci bez zastanowienia decydują się na bezapelacyjne posłuszeństwo[9]. Guru bowiem wie, jak zajmować się adeptem, szczególnie jeżeli znajduje się on w sytuacji granicznej[10].&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jean-Marie Abgrall zamiast klasyfikacji sekt, proponuje dokonać ich zestawienia wraz z pochodzeniem i doktrynami:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- sekty o inspiracji judeochrześcijańskiej, odnoszące się do Biblii (sekty ewangelickie, sekta Waco),&lt;br /&gt;- sekty wywodzące się z chrześcijaństwa, jednak uzupełnione o nowe źródła wiedzy (świadkowie Jehowy, mormoni, Rodzina miłości, sekta Moona),&lt;br /&gt;- prądy marginalne, kościoły paralelne, fundamentalistyczne grupy przedstawiające siebie jako ugrupowania katolickie albo ortodoksyjne (Kontrreforma katolicka),&lt;br /&gt;- sekty inspirowane prądami orientalnymi lub bliskowschodnimi, głoszące szczególną interpretację islamu, buddyzmu albo hinduizmu, zgrupowane wokół nowego proroka albo nowego mesjasza (Aum, Mandarom),&lt;br /&gt;- grupy gnostyczne, ezoteryczno-okultystyczne, inicjacyjne o inspiracji ezoterycznej, alchemicznej, astrologicznej oraz korzystające z rozmaitych mitologii (Zakon Świątyni Słońca, Graal, scjentologia),&lt;br /&gt;- grupy ufologiczne,&lt;br /&gt;- grupy okultystyczne (magia),&lt;br /&gt;- grupy modlitewne i uzdrowieńcze (IVI),&lt;br /&gt;- grupy zdrowia psychicznego i cielesnego (ECK),&lt;br /&gt;- grupy rozwoju osobowego (scjentologia),&lt;br /&gt;- grupy fundamentalnej ekologii (Silo),&lt;br /&gt;- grupy neopogańskie (klub Ukx),&lt;br /&gt;- grupy satanistyczne[11].&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W Polsce szczególną uwagę zwrócono na problem satanizmu, ukazując ogrom zła, który za sobą niesie[12]. Wypowiedzi polityków nie pozbawiają złudzeń ludzi myślących, że jest to jakaś religia bądź styl życia. Powszechnie przyjęło się, że jest to raczej synonim rozpusty, silnie związany z orgiami, masowymi samobójstwami i czarnymi mszami. Pejoratywne znaczenie satanizmu powiązano z aspektem kryminalnym, przypisując mu nadludzką moc[13]. Doszło nawet do tego, iż pojawiają się listy zespołów, których słuchanie powoduje oddanie się Szatanowi, co w następstwie prowadzi do morderstw, niszczenia kościołów katolickich i cmentarzy[14]. Jaki jest cel takiego ujmowania satanizmu? Zdaniem Ryszarda Nowaka, czołowego działacza w tym zakresie, winno się pomyśleć o zakazie organizowania koncertów grup satanistycznych oraz sprzedaży jakichkolwiek gadżetów[15]. Czy taki obraz satanizmu jest prawdziwy? Jak wiele ma on wspólnego z głoszonymi przez La Veya bądź Crowleya tezami? Czy satanizmem można się zarazić poprzez słuchanie muzyki bądź ubieranie koszulek? Czy zawsze musi wiązać się z masowymi mordami i nienawiścią?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Celem niniejszej pracy nie jest próba usprawiedliwienia satanizmu, a jedynie chęć spojrzenia na jego podstawowe założenia oraz zmierzenie się z mitami krążącymi wokół tego tematu. Czy naprawdę wszystko, co wiąże się z tą sektą musi być równoznaczne krzywdzie i nienawiści? Czy rozwieszane plakaty z trupią czaszką i hasłem „sekty to śmierć” nie są zbyt mocno przesadzone?[16]&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Marek Miller w książce „Sekta made in Poland” przytacza wypowiedzi osób, które zetknęły się ze „złymi duchami”, ukazując zagrożenia wynikające z satanizmu[17]. Czy jednak jednostka owładnięta Szatanem na pewno jest satanistą? Czy są to zjawiska synonimiczne? Wielokrotnie w tych wypowiedziach pod nazwą satanizmu przewijają się utrwalone poprzez media stereotypy, silnie oddziałujące na jednostki młode i zbuntowane[18]. Dla nich satanizm to jedynie forma zabawy i urozmaicenia życia. Wielu spośród nich szuka odskoczni od codzienności, bowiem wywodząc się z rodzin patologicznych, nie mają możliwości na zostanie wysłuchanym bądź zrozumianym[19]. Autor opisuje między innymi młodych chłopaków, którzy nie potrafili poradzić sobie z własnymi problemami. Jedyną drogą wyjścia okazała się dla nich biblia La Veya. Sami o sobie mówili:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Opiekowałem się dwoma braćmi (13 i 14 lat), bo moja matka piła i nie wracała na noc. Miałem paru kumpli. Z Marcinem Z. przesiadywaliśmy przed blokiem. Gadaliśmy. Marcin czasami u mnie spał. Miał również kłopoty z matką i takie same zainteresowania[20].&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zdaje się jednak, że nie byli oni odpowiednio przygotowani do interpretacji biblii. Brak zrozumienia podstawowych wartości satanizmu można wywnioskować już na podstawie popełnianych przez nich czynów – bez oporów zabijali zwierzęta (chociaż biblia stanowczo tego zabrania[21]) bądź krzywdzili osoby im bliskie (uderzenie matki za rozbicie przez nią magnetofonu). Czy oby na pewno ci chłopcy należeli do satanistów? Tak oto najbliższe otoczenie oceniało ich postępowanie:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W październiku 1997 r. Karolina P. zaprowadziła mnie do Sławka i tak się poznaliśmy. Pytałam o różne rzeczy. Oni odpowiadali. Uważali się za satanistów...[22]&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czy nie świadczy to o niedojrzałości, pobieżnym rozumieniu przedstawianych teorii? Czy każda religia nie ma wśród swych wyznawców fanatyków, którzy opatrznie rozumieją podstawowe zagadnienia wiary?[23] Czy w takim przypadku można mówić o destrukcyjnym charakterze satanistów, a może tyczy się to każdego rodzaju fanatyzmu? Na licznych forach podejmujących ową tematykę, można zauważyć próbę odpowiedzi na powyższe pytania. Jedna z uczestniczek pisze:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ostatnio bycie „satanistą” stało się modne, szczególnie wśród młodzieży. Nie wiem co ich do tego ciągnie. Satanizm to nie ciągłe orgie jak niektórzy myślą ani niszczenie cmentarzy. Może wszystkich tych „satanistów” przyciąga ta tajemnica. Ale to, że ktoś lubi Archiwum X nie znaczy, że ma zadatki, aby zostać satanistą. Wielu ludzi, którzy się za takowych uważają, w ogóle nimi nie są. Nie rozumieją filozofii życia satanistów[24].&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Moda na pseudosatanizm stała się zjawiskiem niezwykle popularnym, czego dowodzi kolejna przytoczona przez Millera opowieść. Mówi ona o grupie młodych ludzi, którzy będąc tak zaślepionymi rozpowszechnioną przez media ideologią satanizmu, zatracili jakiekolwiek wartości. Zdaje się, że niewielu spośród nich czytało „Biblię Szatana” La Veya. Większość opierała się na własnych wizjach satanizmu, pragnąc poprzez bunt wyzwolić siebie, zniszczyć wszystko, co wpajano im od dziecka. Ich metamorfoza miała dramatyczne skutki – doprowadzała do orgii, ciąży, zabójstwa przyjaciół. Rytualna ofiara stała się dla nich potrzebą silniejszą aniżeli propagowana przez satanistów – potęga życia ludzkiego. Czy to, czego dokonali naprawdę miało związek z jakimikolwiek wierzeniami? Czy nie była to po prostu próba walki z odwiecznymi normami, zdobycie chwilowej władzy?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czy powyższe zachowania mają coś wspólnego z satanizmem? Ze względu na wielość odłamów satanizmu, trudno stworzyć systematykę tych grup. Przykładem takiej klasyfikacji jest rozróżnienie dokonane przez kapitana policji w Tiffen w stanie Ohio, Dala Griffisa, czterech grup: oficjalnej religii szatana, amatorów, kultów przestępczych oraz sympatyków okultyzmu[25]. Zdaje się, że historie zaprezentowane przez Millera wiążą się z grupą drugą, niewiele mając wspólnego z religią[26].&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Często do &lt;em&gt;worka satanistów&lt;/em&gt; zostają wrzucone bardzo różne osoby. Ewa Kosińska i Mariusz Gajewski podkreślają, iż według chrześcijan kryterium rozpoznawania owych osób wiąże się z głoszeniem przez nich buntu wobec nauk Jezusa[27]. Andrzej Zwoliński posuwa się jeszcze dalej, uznając, że odmienność nauk głoszonych przez satanistów wynika z ich nadrzędnego celu, jakim jest: „zniszczenie chrześcijaństwa”[28]. Destrukcyjny charakter tej sekty polegać ma na uwielbieniu zła, któremu nikt nie jest w stanie się przeciwstawić[29]. Przyjmuje się, że do rozwoju grup satanistycznych prowadzą zainteresowania czarną magią i lucyferyzmem. Wciąż istnieje wiele teorii na temat nieodzownej roli czarownic w inicjacjach młodych adeptów. Mają one (zgodnie z tradycją średniowiecznych sabatów) pośredniczyć pomiędzy diabłem a młodymi satanistami. Jak podkreśla Jean-Marie Abgrall: „na szczęście, w naszych czasach członkowie tego typu grup wolą podczas swoich obiadów czarowników spożywać mieszaninę wina i mąki, która zastępuje stężoną krew”[30]. Pomimo zerwania z tym mitem, wciąż pojawiają się informacje na temat czarnych mszy i organizowania sabatów. Tym samym satanizm staje się ruchem tajemniczym i sensacyjnym. Ma on odrzucać racjonalizm jako czynnik negatywny[31]. Jego nieodzownymi elementami są: dewastacja miejsc świętych, niszczenie krzyży oraz liczne zbrodnie. Ponadto zło satanizmu wiązać ma się z tradycyjną już rolą adepta, który bezapelacyjnie musi podążać za sektą, w ostateczności zaś umrzeć[32]. Czy takie postrzeganie nie wydaje się jednak zbytnim uogólnieniem? „Biblia Szatana” nie mówi nic o konieczności śmierci, ceniąc sobie życie i korzystanie z każdego dnia. Jaką zatem wizję przedstawia święta księga satanistów – „Biblia Szatana” La Veya?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„Biblia Szatana” została opublikowana w 1968 roku w San Francisco. Miała ona stać się podstawowym kanonem wiary, pewnego rodzaju katechizmem. Swą tematyką nawiązuje do poglądów jednego z pierwszych okultystów – Crowleya. Jak podkreśla Andrzej Zwoliński, to właśnie zainteresowania magią i okultyzmem doprowadziły La Veya do stworzenia biblii. Za najistotniejszy czynnik uważa jednak pracę autora na Wydziale Kryminologii w City College st. San Francisco, gdzie zetknąwszy się ze zbrodniami, miał zacząć wątpić w Boga i nienawidzić: „świętoszkowego podejścia ludzi do przemocy”[33]. Bez względu jednak na pobudki towarzyszące pisaniu biblii, wzbudziła ona liczne zainteresowania, gromadząc wokół La Veya wielu wyznawców. Księga ta zerwała bowiem z dotychczasowym postrzeganiem człowieka i jego umiejscowieniem w hierarchii bytów. Uznając jednostkę za zwierzę drapieżne, starała się wykazać, jak istotną może być władza człowieka. Według La Veya rządzić powinni jedynie silni, którzy cechują się: potęgą, śmiałością, wielkim umysłem i zdolnością racjonalnego spojrzenia. Nie powinni oni zastanawiać się nad życiem po śmierci, a skupić się na dniu dzisiejszym. Pozostałym osobom nie pozostaje nic innego jak stworzyć boga, który stanie się opiekunem ludzi uciśnionych, niewolników skupionych wokół symbolu nieudolności, jakim jest krucyfiks. La Vey rzuca im wyzwanie, głosząc hasło:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Śmierć dla słabeuszy, bogactwa dla silnych! (B. S., s. 3.)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zgodnie z tą wizją bóg jest jedynie kreacją jednostek słabych i dlatego można go traktować na równi z bogiem martwym, bowiem i tak nie ma wpływu na życie ludzi. La Vey nie neguje zatem postaci boga, wskazując jedynie na jego zakorzenienie w tradycji. Odrzucając wiarę w osobowego boga, sataniści zyskują władzę nad swoim życiem, gdyż sami za siebie odpowiadają, nie szukając odpowiedzi w modlitwie. Jednocześnie autor przypomina, że dogmaty religijne nie wynikają ze świętości, a jedynie z założeń kościoła, czyli ludzi wchodzących w jego skład:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Żadnej wiary nie da się przyjąć na podstawie autorytetu boskiej natury. Religie muszą zostać zweryfikowane. Żadnego dogmatu religijnego nie można brać za pewnik – żadna miara nie może określać, co ma być definiowane. Kodeksy moralne nie posiadają w sobie wrodzonej świętości, są jak drewniane posągi sprzed lat będące wytworami ludzkich rąk, a co człowiek stworzył, człowiek może zniszczyć! (B. S., s. 4.)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jak podkreśla Andrzej Zwoliński: „Negacja roli Boga jest, wg satanizmu, warunkiem realizacji człowieka, w tym sensie, że satanista nie powinien kłaniać się przed nikim i w sobie samym znaleźć wystarczające siły i środki, jakich potrzebuje, by zapewnić sobie szczęście na ziemi”[34]. Moc bowiem znajduje się w ciele satanisty, a kluczem do zwycięstwa okazuje się pozytywne myślenie. Tym samym satanizm:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;nie jest religią światłości; jest religią ciała, ziemskich rozkoszy i zmysłów – tego wszystkiego, czym rządzi Szatan, uosobienie Ścieżki Lewej Ręki. (B. S., s. 13.)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Staje się on formą kontrolowanego egoizmu, nie zapominając jednakże o zaspokajaniu innych jednostek. „Biblia Szatana” mówi:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Postępuj wobec innych tak, jak oni postępują wobec ciebie, ponieważ jeśli: Postępujesz wobec innych tak, jak chciałbyś, żeby oni postępowali z tobą, a oni w zamian źle cię traktują, to dalsze okazywanie im szczególnych względów byłoby wbrew ludzkiej naturze. Powinieneś postępować z innymi tak, jak chciałbyś, żeby postępowali z tobą, ale jeśli twoja uprzejmość nie spotyka się z wzajemnością, powinno się ich traktować z całą surowością, na jaką sobie zasłużyli. (B. S., s. 13.)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Takie traktowanie nie jest jednoznaczne z krzywdzeniem innych. La Vey obala mity dotyczące zabijania dzieci i zwierząt, uznając, że na śmierć zasługują jedynie jednostki słabe, które same chcą być zniszczone. Jak sam pisze:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Każdy, kto niesprawiedliwie wyrządził ci krzywdę, ktoś, kto – aby cię zranić – zszedł ze swej drogi aby świadomie sprawić ci kłopoty i trudności tobie lub bliskim ci osobom. Krótko mówiąc, osoba, która swoimi czynami sama się prosi o przeklęcie jej. Gdy ktoś wskutek swego karygodnego zachowania praktycznie prosi się o to, aby zostać zniszczony, twoim uczciwym moralnym obowiązkiem jest pomóc mu w zaspokojeniu tego życzenia. (B. S., s. 32-33.)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wówczas, takie działanie staje się reakcją na potrzebę wyzwolenia energii, a zatem jest niezbędne do prawidłowego rozwoju. Wśród czynników pomagających uwolnić ową energię, La Vey wymienia: rozpacz, gniew oraz orgazm. Jednocześnie podkreśla, że gniew nie ma nic wspólnego z zabijaniem ludzi bez powodu, a jedynie polega na pozbyciu się odrażającego indywiduum. Zaspokojenie własnego ego staje się celem samym w sobie. W związku z tym należy odrzucić myśli o samobójstwie, uznając życie ludzkie za wartość nadrzędną. Tym samym La Vey odrzuca samobójstwo jako ofiarę samopoświęcenia, dając mu przyzwolenie jedynie wówczas, kiedy śmierć przynosi ulgę jednostce, jest dla niej wyzwoleniem[35]. Pisze:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Spotykamy pewien wyjątek: śmierć przychodzącą jako zaspokojenie, niosącą ulgę w nieznośnej ziemskiej udręce. (B. S., s. 35.)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Znajomość własnego ciała jest niezwykle istotnym czynnikiem w rozwoju satanisty. La Vey podkreśla, iż aktywność seksualna jest indywidualna, przez co nie można narzucać ludziom jednoznacznych reguł. W związku z tym dopuszcza się masochizm, masturbację bądź uczestnictwo w orgiach. Każdy satanista sam ma zdecydować, jak wyzwolić energię, bowiem wstrzemięźliwość seksualna prowadzić może do frustracji i stresu. Hasłem nadrzędnym zatem ma stać się dowolność w zaspokojeniu własnych potrzeb, jednakże nie jest ona koniecznością. „Biblia Szatana” niczego nie narzuca, człowiek bowiem może nie odczuwać potrzeb seksualnych, wówczas nie powinien robić niczego wbrew sobie. Żadne księgi zdaniem La Veya nie mają prawa decydować za człowieka, gdyż naturalne siły życiowe są czynnikiem zdecydowaniem ważniejszym niż słowa spisywane przez ludzi. Różnego rodzaju zakazy, wprowadzane przez inne religie powodują poczucie winy i doprowadzają do tłamszenia jednostki. Jak zaznacza La Vey:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ten, kto odnosi się z szacunkiem do swoich powinności, ma najsłuszniejsze prawo do wybranych przez siebie przyjemności bez narażania się na krytykę ze strony społeczeństwa, któremu służy. (B. S., s. 28.)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ostatnia część „Biblii Szatana” poświęcona została satanistycznym rytuałom. La Vey wyróżnił trzy typy owych rytuałów: seksualny (wzbudzanie pożądania), litości (w celu pomocy innym) oraz destrukcyjny (zaspokojenie gniewu). Każdy z nich wymaga odpowiednich składników oraz inwokacji zaklinających, które opisane zostały w dokładnych instrukcjach[36]. Autor zaznacza, iż magicznym językiem używanym w rytuałach jest język henochiański, przywołując tak zwane klucze henochiańskie wraz z ich tłumaczeniami[37]. Jednocześnie obala mit dotyczący czarnych mszy, jakoby były one rytualnym składaniem ofiar w imię Szatana. Według „Biblii Szatana” są one jedynie wymysłem literackim. Tak naprawdę bowiem mają być parodią mszy kościelnych, mają szokować i nie są elementem niezbędnym. La Vey zauważa, że przez rozpowszechnianie stereotypów dotyczących tych uroczystości, od 1666 roku zauważyć można komercyjne oblicze czarnych mszy, które niewiele mają wspólnego z ideą satanizmu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jaki zatem jest cel istnienia sekt? Wydaje się, iż słuszne jest twierdzenie jakoby najważniejszym czynnikiem było: „stworzenie przyszłej rasy, otwartej na prawa natury i ofiarowanej prawom natury, gdzie wina i niewinności są pojęciami pozbawionymi sensu”[38]. Satanizm pragnie uwolnić ludzi z poczucia winy i wpajanej im moralności. Według „Biblii Szatana” istnienie grzechów i ich klasyfikacja jest czymś nienaturalnym. Zło w jakiejkolwiek postaci interpretowane ma być przez każdego indywidualnie i to od jednostki zależeć ma chęć poprawy bądź &lt;em&gt;nawrócenie&lt;/em&gt;. Pomimo tak jednoznacznej deklaracji, La Vey (po dwudziestu latach istnienia Kościoła Szatana) postanowił wymienić dziewięć tak zwanych grzechów szatańskich, rozumianych jako to: „czego chcemy uniknąć – to, czego nie akceptujemy”[39]. Wśród nich wymienił: głupotę, udawanie, samoistność, samooszustwo, dostosowanie się do stada, brak perspektyw, zapominanie o dawnych przekonaniach, dumę przeciwprodukcyjną oraz brak estetyki[40]. Owe błędy satanistów wynikać mają ze zbyt silnie wpojonej przez kościół (w domyśle katolicki) moralności, odrzucającej przy tym dbanie o samego siebie. Grzechy wymienione przez La Veya niszczyć mają powszechne rozumienie miłosierdzia, zapewniając jednostce władzę nad własnym losem. Pozostaje jednak pytanie, dlaczego autor „Biblii Szatana” pomimo wcześniejszych oporów, zdecydował się stworzyć listę grzechów? Czy nie uderza to w zgodność tego postrzegania rzeczywistości?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Satanizm może być zjawiskiem niebezpiecznym. Szczególne zagrożenie wiąże się jednak nie z samymi poglądami La Veya, ale z opatrznym ich rozumieniem. Należy przy tym pamiętać, iż agresja, masowe mordy, rozpusta nie są wyznacznikami poglądów satanistycznych. Ów pseudosatanizm, tak zwany satanizm amatorski może przybierać bardzo groźne formy, ale prawie nigdy nie bazuje na „Biblii Szatana”. Działa on w taki sam sposób, jak inne sekty, doprowadzając do upadku moralnego człowieka, do jego zniewolenia. W tym przypadku adept staje się zabawką, marionetką w rękach swego pana, uważającego siebie za wysłannika Szatana bądź też samego diabła. Jego czyny dalekie są od działań tak zwanych prawdziwych satanistów, skupiając się raczej wokół pozbywania się jednostek słabych. Należy on do grupy, która: „jest elitą – reszta ludzkości jest chora, zgubiona – o ile nie chce się przyłączyć aby dać się uratować”[41]. Takie myślenie przyczynia się do terroryzmu oraz nadużyć seksualnych, stając się jednym z największych zagrożeń XXI wieku.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;Przypisy:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;[1]Zob. J. Abgrall, &lt;em&gt;Sekty. Manipulacja psychologiczna&lt;/em&gt;, tł. W. Dzieża, Gdańsk 2005, s. 17.&lt;br /&gt;[2]Ibidem, s. 18.&lt;br /&gt;[3]Zob. Ibidem, s. 19.&lt;br /&gt;[4]P. Królak, Sekty. &lt;em&gt;Inwazja manipulacji&lt;/em&gt;, Radom 2003, s. 47.&lt;br /&gt;[5]Ibidem, s. 9.&lt;br /&gt;[6]Bernard Fillaire definiuje prozelityzm jako: „intensywny nabór adeptów, żarliwe przekonywanie do wyznawanych przez siebie idei”. (B. Fillaire, &lt;em&gt;Sekty&lt;/em&gt;, tł. J. Kluza, Katowice 1999, s. 122.)&lt;br /&gt;[7]W sektach zauważyć można specyficzną hierarchizację adeptów: im wyżej się znajdują, tym większy cechuje ich stopień uprzywilejowania. Poprzez swoje działania awansują, stając się sługami mistrza.&lt;br /&gt;[8]Ibidem, s. 40.&lt;br /&gt;[9] Jak podkreśla B. Fillaire: „Adept nie może podejmować żadnych decyzji, musi też niczym dziecko bezustannie zabiegać o miłość guru”. (Ibidem, s. 52.) Jak powiedział lider pseudohinduistycznego stowarzyszenia Sri Chinmoy: „Posłuszeństwo, posłuszeństwo, posłuszeństwo. Żarliwe posłuszeństwo, silny związek z moją wolą i silne postanowienie przypodobania mi się każdego dnia, w każdej chwili, zgodnie z moim życzeniem. Oto czego od was potrzebuję”. (S. Chinmoy, [cyt. za:] Ibidem, s. 53.)&lt;br /&gt;[10] Zob. E. Kosińska, M. Gajewski, &lt;em&gt;Sekty – religijny supermarket&lt;/em&gt;, Kraków 2000, s. 32.&lt;br /&gt;[11]J. Abgrall, op. cit., s. 32.&lt;br /&gt;[12] Przyjmuje się, że w Polsce ów ruch zaczął się rozwijać po 1986 roku. W tym czasie pojawiło się polskie tłumaczenie &lt;em&gt;Biblii Szatana&lt;/em&gt; La Veya. Przełomem jednak miał być kwietniowy koncert na Metalmanii grupy KAT w 1986 roku, przez wielu uznany za publiczne odprawienie czarnej mszy. (Zob. E. Kosińska, M. Gajewski, op. cit., s. 76.)&lt;br /&gt;[13]Zob. M. Miller, &lt;em&gt;Sekta made in Poland&lt;/em&gt;, Warszawa 2007, s. 7.&lt;br /&gt;[14]Lista zespołów propagujących satanizm została utworzona z inicjatywy Ryszarda Nowaka i Ogólnopolskiego Komitetu Obrony przed sektami. Na liście oprócz grup polskich, znalazły się także zespoły z zagranicy. Ponadto zaprezentowano spis imprez, które mają zagrażać młodzieży i zachęcać do nienawiści. Jak podkreśla Nowak zespoły: „nie prezentują jednolitej ideologii satanizmu. Jedne promują satanizm w sposób jednoznaczny, inne natomiast nie mówią o tym wprost, ale głoszą postawy antyreligijne i nihilistyczne”. Za najgroźniejsze wśród nich uznał grupy: KAT i Behemoth. (http://arc.ekai.pl/kultura/?print=1&amp;amp;MID=12851 [30.10.10]) Inną listę zespołów zaproponował w swej książce ksiądz Andrzej Zwoliński, wymieniając wśród artystów satanistycznych między innymi: The Rolling Stones, AC/DC, Led Zeppelin, Depeche Mode, The Doors, Johna Lennona, Eltona Johna oraz Beatlesów. Ich specyfikę opisał w rozdziale pod wiele mówiącym tytułem Muzyka dla szatana. (A. Zwoliński, &lt;em&gt;Satanizm&lt;/em&gt;, Radom 2007, s. 128-150.)&lt;br /&gt;[15]http://arc.ekai.pl/kultura/?print=1&amp;amp;MID=12851 [30.10.10]&lt;br /&gt;[16]Zob. M. Miller, op. cit., s. 7.&lt;br /&gt;[17]Ibidem, s. 20.&lt;br /&gt;[18]Doskonałym przykładem niewiedzy młodego pokolenia i jedynie chęci buntu jest wypowiedź Ireneusza D.: „Cała moja wiedza na temat satanizmu pochodziła z książek – Mastertona, Smitha. Niezwykłe wrażenie robił na mnie Glen Benton z Decise (na czole miał wypalony odwrócony krzyż). To dla mnie wtedy była siła. Lubiał żech przyszpanować!” (Ibidem, s. 23.)&lt;br /&gt;[19]Przynajmniej o takich tylko osobach pisze Marek Miller. Pozostaje zatem pytanie: czy satanizm wywodzi się jedynie ze środowisk patologicznych? W książce Sekta made in Poland autor pozostawia je jednak bez odpowiedzi, całkowicie pomijając ów problem.&lt;br /&gt;[20]Ibidem, s. 182.&lt;br /&gt;[21]„Satanista pod ŻADNYM pozorem nie złożyłby ofiary ze zwierzęcia bądź dziecka! [...] Istnieją zdrowe i logiczne powody dla których sataniści nie mogą składać takich ofiar. Człowiek i zwierzę są dla satanisty czymś boskim. Najczystsza forma cielesnej egzystencji spoczywa w ciałach zwierząt i małych dzieci, które nie stały się na tyle dojrzałe, aby czynić wbrew swoim naturalnym pragnieniom. Są w stanie dostrzegać rzeczy, jakich przeciętny dorosły nigdy nie spodziewa się zobaczyć”. (A. Sz. La Vey, &lt;em&gt;Biblia Szatana&lt;/em&gt;, Wyd. Książki Niezwykłej „Mania”, Wrocław 1996, s. 32. W dalszej części pracy dla powyższego wydania utworu &lt;em&gt;Biblia Szatana&lt;/em&gt; La Veya będę operować skrótem B. S.)&lt;br /&gt;[22]M. Miller, op. cit., s. 255.&lt;br /&gt;[23]Paweł Królak podkreśla, że: „Nawet w ramach Kościoła mogą znajdować się grupy, mające sekciarski charakter (gdy np. twierdzą, że są jedyną, najlepszą drogą do zbawienia lub skupiają członków nie na nauce Kościoła, lecz na osobie lidera). Powinny być one otoczone szczególną troską duszpasterską”. (P. Królak, op. cit., s. 46.)&lt;br /&gt;[24] http://www.gotyk.pun.pl/viewtopic.php?id=5 [30.10.10.]&lt;br /&gt;[25] Zob. A. Zwoliński, op. cit., s. 90.&lt;br /&gt;[26] Praca ta daleka jest od rozpowszechniania stanowisk amatorów bądź też grup przestępczych, których działanie odmienne jest od pierwotnych założeń satanizmu. Dlatego też ograniczę się do analizy założeń przedstawianych przez La Veya, który stworzywszy Biblię Szatana, stał się pierwszą głową Kościoła Szatana. Po roku 1975, kiedy to rozpadł się ów kościół, satanizm racjonalistyczny stał się opozycją do tzw. Kościoła Seta, który przyjął osobowe istnienie szatana. (Zob. Ibidem, s. 98-99.)&lt;br /&gt;[27] Zob. E. Kosińska, M. Gajewski, op. cit., s. 25.&lt;br /&gt;[28] A. Zwoliński, op. cit., s. 77.&lt;br /&gt;[29] Marek Miller zauważa, iż młodzi ludzie przekonani są o sile zła i dlatego tak łatwo mu się podporządkowują. Autor podkreśla, że: „Nie obserwujemy tutaj podstępnej psychomanipulacji”. (M. Miller, op. cit., s. 10.)&lt;br /&gt;[30] J. Abgrall, op. cit., s. 49.&lt;br /&gt;[31] Zob. J. Prokop, &lt;em&gt;Uwaga Rodzice! Sekty&lt;/em&gt;, Warszawa 1999, s. 11.&lt;br /&gt;[32] Zob. B. Fillaire, op. cit., s. 105.&lt;br /&gt;[33] A. Sz. La Vey, [cyt. za.:] A. Zwoliński, op. cit., s. 76.&lt;br /&gt;[34] Ibidem, s. 80.&lt;br /&gt;[35] La Vey podkreśla: „Samopoświęcenie nie jest popierane przez religię satanistyczną. Dlatego też samobójstwo nie znajduje uznania w tej religii”. (B. S., s. 35.)&lt;br /&gt;[36] Rytualne ceremonie scalają grupę, a „uklęknięcia, powitania i pokłony mają swój psychiczny skutek. Wszystkie rytuały pozdrawiania są symbolicznymi postawami wyrażającymi zobowiązanie do wierności, jakie adept winien swemu guru jak rycerz swojemu panu. Rytuały pozdrawiania i znaki przebaczenia są dla członka sekty nieustannym doświadczeniem poddaństwa. Mają rzekomo wprowadzać harmonię między ciałem i duchem”. (J. Abgrall, op. cit., s. 183.)&lt;br /&gt;[37] Jak zauważa Jean-Marie Abgrall: „W sektach glosolalia są uważane za głos z zaświatów albo z kosmosu, a guru oraz jego bezpośrednie otoczenie są posłańcami”. (Ibidem, s. 168.) Jednocześnie stają się istotnym elementem nowomowy danej grupy. (Zob. P. Królak, op. cit., s. 22.)&lt;br /&gt;[38] B. Fillaire, op. cit., s. 112.&lt;br /&gt;[39] A. Sz. La Vey, [cyt. za:] A. Zwoliński, op. cit., s. 81.&lt;br /&gt;[40] Zob. Ibidem, s. 81-82.&lt;br /&gt;[41] J. Prokop, op. cit., s. 10.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Bibliografia podmiotowa:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A. Sz. La Vey, &lt;em&gt;Biblia Szatana&lt;/em&gt;, Wyd. Książki Niezwykłej „Mania”, Wrocław 1996.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Bibliografia przedmiotowa:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;J. Abgrall, Sekty. &lt;em&gt;Manipulacja psychologiczna&lt;/em&gt;, tł. W. Dzieża, Gdańsk 2005.&lt;br /&gt;B. Fillaire, &lt;em&gt;Sekty&lt;/em&gt;, tł. J. Kluza, Katowice 1999.&lt;br /&gt;E. Kosińska, M. Gajewski, &lt;em&gt;Sekty – religijny supermarket&lt;/em&gt;, Kraków 2000.&lt;br /&gt;P. Królak, &lt;em&gt;Sekty. Inwazja manipulacji&lt;/em&gt;, Radom 2003.&lt;br /&gt;M. Miller, &lt;em&gt;Sekta made in Poland&lt;/em&gt;, Warszawa 2007.&lt;br /&gt;J. Prokop, &lt;em&gt;Uwaga Rodzice! Sekty&lt;/em&gt;, Warszawa 1999.&lt;br /&gt;A. Zwoliński, &lt;em&gt;Satanizm&lt;/em&gt;, Radom 2007.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://arc.ekai.pl/kultura/?print=1&amp;amp;MID=12851"&gt;http://arc.ekai.pl/kultura/?print=1&amp;amp;MID=12851&lt;/a&gt;. &lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;a href="http://www.gotyk.pun.pl/viewtopic.php?id=5"&gt;http://www.gotyk.pun.pl/viewtopic.php?id=5&lt;/a&gt;. &lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3935343907532337425-7060064490326165079?l=krytykaliteracka.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/7060064490326165079'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/7060064490326165079'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://krytykaliteracka.blogspot.com/2011/12/rozprawa-klaudia-baczyk-czy-suchanie.html' title='Rozprawa: Klaudia Bączyk CZY SŁUCHANIE MUZYKI METALOWEJ MOŻE PRZYCZYNIĆ SIĘ DO WIELBIENIA SZATANA?'/><author><name>____________________</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01758159771234876142</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3935343907532337425.post-2205947229570233458</id><published>2011-12-06T00:00:00.000-08:00</published><updated>2011-12-06T00:26:29.778-08:00</updated><title type='text'>Opowiadanie: Tomasz Sobieraj OBŁĘD KSIĘCIA VENTOUX</title><content type='html'>&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;Z Marsylii można tam dotrzeć jadąc początkowo autostradą i, omijając od wschodu Awinion, skręcić do Carpentras, stamtąd już wspinającą się stromo lokalną drogą do Malaucène. Za kościołem trzeba skręcić w prawo i górskimi serpentynami wjechać prawie na sam szczyt. Gdy czasu jest więcej, można wybrać drogę ciekawszą, mniej uczęszczaną, wiodącą przez Montage du Lubéron. Po przekroczeniu rzeki Durance zaczyna się kraina górzysta i prawie bezludna, uśpiona zapachem lawendy, sosen i tymianku, śniąca pod czułą strażą zamków, klasztorów, kościołów i kaplic swój sen o dawnej potędze Prowansji. W Sault mały drogowskaz wskaże drogę na północny-zachód, niezwykle malowniczą, ale krętą, miejscami wąską i niebezpieczną, jakby jednocześnie kuszącą i pragnącą zniechęcić do odwiedzenia krainy, o której nigdy do końca nie wiadomo, czy jest bardziej legendą, złudzeniem czy rzeczywistością.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jechał tam na zaproszenie księcia Ventoux, ostatniego potomka Jana de Beauduc, szlachetnie urodzonego rycerza, wsławionego w walce z Albigensami – heretykami brutalnie wytępionymi w pierwszej połowie trzynastego wieku – i jednego z pomysłodawców inkwizycji, tak doskonale później realizowanej przez dominikanów. Historia niewiele o nim mówi, wiadomo jednak z pewnością, że Jan de Beauduc należał do zdobywców Carcassonne, gdzie wsławił się niezwykłym okrucieństwem; był przyjacielem papieża Innocentego III i protegowanym króla Ludwika VIII, który tuż przed śmiercią, w czasie drogi powrotnej z Awinionu, nadał mu ziemię i tytuł księcia Ventoux.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Piotr Wilhelm – bo takie imiona nosił ostatni z książęcego rodu – należał do mężczyzn subtelnych. Niewysoki, szczupły, siwiejący brunet, zawsze zadbany i nienagannie ubrany, wyglądał bardziej na lekarza rodzinnego czy adwokata, niż na człowieka pochodzącego w prostej linii od kogoś, kogo dzisiaj nazwalibyśmy zbrodniarzem. Jednak pomimo pozorów fizycznej normalności, posiadał cechę różniącą go od zwykłych ludzi, a którą obdarzeni byli wszyscy męscy potomkowie Jana de Beauduc – dodatkowe małe palce u obu stóp. Z tego powodu wszystkie buty miał nieco szersze, robione na zamówienie, i poruszał się w sposób bardziej płynny, można by rzec, tygrysi. Jego matka, Teresa de Montfort, chciała pozbawić go tych palców zaraz po urodzeniu, zanim jednak zrealizowała ten zamiar, zginęła tragicznie spadając ze schodów. Wychowywany przez ojca, Filipa Wilhelma oraz liczne, zmieniające się często guwernantki i prywatnych nauczycieli, przystojny i błyskotliwy, wyrósł na młodzieńca, za jakim oglądają się kobiety w każdym wieku. Jak wszyscy mężczyźni noszący nazwisko Ventoux ukończył szkołę wojskową, zrobił doktorat z filozofii i osiadł na zamku w Gordes, jednym z kilku należących do rodu, poświęcając się – z chronicznego braku wypraw krzyżowych i wojen – ornitologii, filatelistyce i pisaniu poezji w języku prowansalskim. Wolne od twórczości literackiej i rysowania ptaków chwile poświęcał na romanse, które pewnie trwałyby długo, gdyby nie Maria Camarès, drobna, ponętna szatynka z Langwedocji. Jej zielone oczy i idealnie gładka skóra na równi z błyskotliwym intelektem opętały go niemal do szaleństwa i doprowadziły do zaręczyn. Tworzyli piękną parę. Młodzi, bogaci, wykształceni, stali się dla całej południowej Francji symbolem szczęścia, aż do chwili, gdy starzejący się już Filip Wilhelm spadł z konia i po kilku dniach zmarł. Piotr i Maria okryli się żałobą, a po dwóch tygodniach zaręczyny zostały zerwane. Maria wstąpiła do klasztoru, a Piotr nigdy nie związał się z żadną kobietą. Wtedy też powstały jego najlepsze wiersze, zaliczane dzisiaj do klasyki literatury prowansalskiej, na równi z pieśniami trubadurów i poezją Mistrala, oraz słynny poemat „Camargue” opowiadający o miłości rycerza – zdobywcy Béziers i pięknej albigenski, którą, wbrew słowu danemu papieżowi, że wytnie wszystkich heretyków, uratował z rzezi i schronił się z nią na niedostępnych bagnach delty Rodanu. Dopiero po czterdziestu latach poemat ten przyniósł mu sławę i deszcz nagród, co dowodzi, jak bardzo potrafią się mylić tak zwani znawcy literatury co do sobie współczesnych poetów i pisarzy, zwykle wynosząc tych, z którymi przestają, a o których historia zapomina szybciej, niż spala się magnezja. Piotr Wilhelm Ventoux stał się dla maleńkiego Gordes tym, kim Kawafis dla Aleksandrii i Mistral dla Arles, i chociaż już od kilkudziesięciu lat mieszkał w Górnym Zamku, właściwej siedzibie rodu, przestał pisać i rzadko opuszczał twierdzę, to mieszkańcy całego Lubéron, ba, całej Prowansji i Langwedocji uważali go za swojego największego poetę i oddawali mu cześć niemal boską.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zgodnie z listowną instrukcją, którą otrzymał od księcia, nie dojechał na sam szczyt, ale kilometr wcześniej zjechał z asfaltowej drogi. Skręcił na południe, w wąskie koleiny, ciągnące się stromymi serpentynami w stronę przysadzistej konstrukcji, sprawiającej wrażenie romańskiego kościoła. Poznał z opisu, że to Górny Zamek – znacznie mniej okazały od kilku innych, należących do Ventoux, ale z jakiegoś powodu stanowiący od roku 1289 główną siedzibę rodu. Postawiony na grani, częściowo wykuty w skale, nie był najwyższym osiągnięciem architektury tamtych czasów, zachłystującej się już wtedy od stu pięćdziesięciu lat strzelistą wyniosłością gotyku. Z trzech stron chroniony urwiskami, z czwartej prowadziła do niego niezbyt szeroka droga, doskonale widoczna z zamku, ponieważ cały teren pozbawiony był w zasadzie roślinności – jeśli nie liczyć kępek z rzadka rosnących sucholubnych traw i ziół. Podobno pod budowlą ciągnął się system labiryntów i korytarzy, którymi obrońcy w czasie oblężenia niepostrzeżenie mogli się wydostać po żywność i pomoc. To przypuszczenie jeszcze bardziej pogłębiało aurę mrocznej tajemniczości, podobnie jak opowieści o ukrytych w zamku skarbach oraz nieszczęśnikach, którzy usiłowali je wykraść, lecz zagubieni pośród skalnych korytarzy umierali w nich z głodu i pragnienia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zatrzymał samochód przed solidną, drewnianą bramą i zatrąbił. Po chwili, z głośnym skrzypieniem otworzyły się wrota. Wjechał na dziedziniec, a właściwie nieduże podwórko. Wysiadł, wyjął z bagażnika torbę podróżną, postawił ją na dachu auta i rozejrzał się dookoła. Dopiero wtedy zrozumiał, dlaczego wieczorami – tylko w domowym zaciszu i wystraszonym szeptem – mówi się o obłędzie księcia, dziedzicznym jak szósty palec u stóp, szaleństwie niemal świętym, przejmującym potwornością swoich zdegenerowanych owoców. Całe podwórze było wybrukowane ludzkimi czaszkami – może prawdziwymi,bva może wykonanymi z dolomitu lub jakiejś innej miejscowej skały. Podobnie wewnętrzne mury zamku, niczym makabryczna mozaika, składały się z tysięcy czaszek, ułożonych jedna na drugiej. Miał wrażenie, że każda jest inna, różniły się wielkością, uzębieniem, stopniem uszkodzeń. Z oczodołów i ust wielu z nich wyrastały rozchodniki i rojniki, skalnice i mak alpejski, a w miejscach nasłonecznionych lawenda i tymianek – nawet dla niespecjalnie zaznajomionego z botaniką człowieka, to pomieszanie roślin, pochodzących z różnych stref klimatycznych, wydawało się dziwne. Niektóre z wyżej położonych czaszek zajmowały ptaki, głównie wróble i jaskółki, znajdując w nich przytulne gniazda.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Stał na środku podwórza i z podziwem wymieszanym ze strachem przyglądał się makabrycznemu widokowi. Gdy otworzyły się drzwi wieży i stanął w nich średniego wzrostu, przystojny mężczyzna po sześćdziesiątce, rozpoznał w nim księcia Ventoux. Ubrany był w nieskazitelnie biały, sportowy garnitur, kapelusz borsalino i czarną apaszkę w srebrne grochy. Nie miał butów i wyraźnie było widać dodatkowy szósty mały palec u każdej stopy, rosnący nieco na zewnątrz. Książę zbliżył się do niego zgrabnie przeskakując z czaszki na czaszkę, w sposób wyraźnie wskazujący nie na przypadkowość, ale na przemyślany i głęboko uzasadniony system kroków. Stanął, zdjął kapelusz, ukłonił się, wymamrotał coś po prowansalsku i zniknął w drzwiach po drugiej stronie małego dziedzińca. Po chwili wyszedł mężczyzna, którego strój wskazywał na pełnioną na zamku funkcję lokaja. Bez słowa wziął torbę i wskazał kolejne drzwi. Poszedł za służącym, małym garbatym człowieczkiem z zastygłym na twarzy diabolicznym grymasem ni to uśmiechu, ni to bólu. Wspinali się po kamiennych, krętych schodach oświetlonych słabymi żarówkami, aż znaleźli się w wąskim korytarzu, na którego końcu ujrzał drzwi pokryte płaskorzeźbami, wskazującymi na niezłe umiejętności rzemieślnicze ich autora, i jego niespożytą wyobraźnię. Wyrzeźbione sceny przedstawiały nagie kobiety z końskimi głowami grające w szachy z delfinami, małpy w królewskich koronach przeglądające się w lusterkach, mężczyzn splecionych w miłosnych uściskach z dwunogimi bykami i erosy oślepiające myśliwskie psy. Klamka z brązu, w kształcie fallusa, wystawała z ogromnego zamka przypominającego waginę. Weszli do środka. Wnętrze pokoju, w którym miał spędzić najbliższe dni, urządzone było ze smakiem, w tonacji sieny i beżu, z elementami stłumionej czerwieni, żółci i błękitu. Pod oknem stało duże dębowe biurko z przyborami do pisania, na ścianach wisiało kilka obrazów – doskonałych kopii późnego van Gogha albo dzieł jego epigona – i kilka pasteli Witkacego, robiących wrażenie oryginalnych portretów. Całość uzupełniały dwa pluszowe fotele, wygodne szerokie łóżko, krzesło i szafa. Za kolejnymi drzwiami znajdowała się łazienka, mała, ale za to z dziewiętnastowieczną mosiężną wanną, urządzona w słonecznych kolorach i ozdobiona stojącymi w trzech wazonach suszonymi kwiatami. Swoim zwyczajem od razu postanowił wziąć szybki prysznic. Gdy wyszedł, jak zwykle niewytarty, znalazł na biurku zostawioną przez garbatego lokaja informację, że obiad jest o szesnastej, w ogrodzie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Książę już czekał, wygodnie rozparty w wiklinowym fotelu, z papierosem w dłoni. Bez kapelusza wyglądał nieco starzej, ale za to godniej, z widoczną siwizną i długimi, przerzedzającymi się włosami. W jakiś niejasny sposób doskonale komponował się z ogrodem, który, ukryty za wysokim wapiennym murem, z jednej strony stanowił absolutnie piękne dzieło sztuki, wspartej ogromną wiedzą o uprawie roślin, z drugiej, jawił się na pierwszy rzut oka jako zbiorowisko najbardziej makabrycznych wytworów rzeźbiarskiej pracowni szaleńca, jakby celowo wyszukanych najpotworniejszych form wykutych genialną ręką w kamieniu. Nigdy jeszcze, w żadnym ze znanych sobie ogrodów, nie widział takiego przedziwnego zestawienia oszałamiających urodą i wonią kwiatów z monstrualnymi i zdeformowanymi ludzkimi postaciami. A wszystko na niewielkiej, wyrąbanej w skale powierzchni, co potęgowało intensywność sprzecznych doznań. Ventoux zauważył jego oszołomienie, wziął go pod rękę i oprowadził po tej swoistej galerii. Z dumą wyjaśniał, że to licząca osiem wieków kolekcja tworzona przez jego przodków, którzy zatrudniali najlepszych artystów swoich czasów, by uwiecznili w białym marmurze owoce bujnej, a niekiedy chorej książęcej wyobraźni. Skuszeni sowitą zapłatą rzeźbiarze tworzyli tutaj w tajemnicy przed światem dzieła, o jakich nie słyszano wśród historyków sztuki. Nic zresztą dziwnego, że historia milczała o tym zbiorze kamiennych arcydzieł. Artyści, ani nikt ze świadków, nigdy o nich nie wspominali, pod groźbą śmierci i potępienia – o tyle poważną, że wszyscy Ventoux byli znani z dotrzymywania obietnic i dobrze ustosunkowani na dworze papieskim, mieli również liczne znajomości pośród możnych i władców. Nie mniej istotna była też ciągle żywa pamięć o pierwszym z nich – okrutnym Janie de Beauduc.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Szli powoli, oglądając rzeźby ustawione zgodnie z porządkiem chronologicznym, przystając kolejno przed dziełami Pisano, Donatella, Michała Anioła, Berniniego; nie brakowało nawet bardziej współczesnych – Rodina i Arpa. Niezależnie od epoki i talentu artysty, przedstawiały one postacie nagie, często zdegenerowane i wynaturzone, z okrutnymi grymasami na twarzach, spółkujące z wężami, mordujące własne dzieci, duszące się wzajemnie – piękne jako formy, potworne jako treść. Szczególną uwagę przykuwała rzeźba dłuta Donatella, przedstawiająca kobietę z głową konia – taką samą jak te na drzwiach jego pokoju. Jednak w wersji z marmuru, kobieta o niezwykle pięknym ciele nie grała w szachy z delfinem, lecz ujeżdżała klęczącego, nagiego i garbatego mężczyznę z nadnaturalnej wielkości fallusem, jedną ręką ciągnąc go za włosy, drugą wbijając mu w odbyt trójząb gladiatora. Interesująca w swej absolutnej potworności była też rzeźba Hansa Arpa, przedstawiająca monstrualną waginę, z której wypełzały Erynie duszące Danae – jak głosił napis wyryty na postumencie przez artystę. Pomiędzy kolejnymi rzeźbami książę opowiadał o Francesco Petrarce, który, bawiąc tutaj z wizytą, 26 kwietnia 1336 roku zdobył szczyt Ventoux dając początek alpinizmowi, jako że wszedł na tę górę tylko po to, aby ją zdobyć. Uczcił to wydarzenie poematem, który wraz z wieloma innymi napisanymi w Górnym Zamku wierszami poety, pozostaje dla świata nieznany i znajduje się w zamkowej bibliotece. Innym sławnym poetą goszczącym w twierdzy był Frederic Mistral, ukochany mistrz Piotra Wilhelma, piszący po prowansalsku, a wcześniej był tu Kawafis, którego homoseksualne skłonności podzielał jeden z Ventoux. Każdy goszczący tutaj artysta zostawiał jakieś dzieło, inspirowane tym miejscem lub okolicą, stąd zamek pełen jest najwspanialszych przykładów prozy, poezji, sztuk plastycznych a nawet fotografii. Wiszące w jego pokoju obrazy van Gogha i Witkacego to, jak zapewnił książę, oczywiście oryginały – van Gogh, uzyskawszy tutaj na krótko pełną równowagę ducha, co potwierdzają jego niepublikowane listy do brata, postanowił powtórnie namalować kilka ze swoich pejzaży, dodając typowe dla tutejszego krajobrazu elementy, jak na przykład boria – chatki pasterskie, zaś Witkacy z upodobaniem malował portrety wszystkich mieszkańców zamku, upijając się nalewką na miodzie lawendowym, i napisał szkic nieznanej, rzecz jasna, powieści „Zapępienie dziwności” oraz dramat „Metafizyczne zgryźbienie Wątułów” – wszystko dostępne w bibliotece i na ścianach zamkowych komnat.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po obiedzie, który upłynął na rozmowach o filozofii średniowiecznej i łagodnej polemice o roli szkoły w Chartres dla współczesnej cywilizacji, książę poprosił go, by został na zamku jak długo zechce, ale także, by napisał coś wierszem lub prozą i zostawił jako ślad swojego pobytu – oczywiście groźba śmierci na wypadek ujawnienia dzieła już od lat nie istniała, ale dyskrecja była mile widziana. Zgodził się na to chętnie, tym bardziej, że towarzystwo było wyśmienite – na jednej półce z Witkacym, Kawafisem, Petrarką – kto by odmówił. Zanim przystapił do pracy, odwiedził bibliotekę. Rzeczywiście, rękopisy wydawały się autentyczne, podobnie jak dedykacje na podarowanych książkach. Zrozumiał, że to są prawdziwe skarby rodu Ventoux, o jakich mówiono we wsiach i miasteczkach Prowansji.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wieczorem zaczął pisać. W końcu wypadało podziękować księciu za zaproszenie, które samo w sobie było wielkim wyróżnieniem. Pierwszy wiersz nosił tytuł „Zamek”. Zadedykował go gospodarzowi, chociaż to strofy osobiste, autobiograficzne i tchnące cudowną arogancją. Ale obaj uwielbiali taką błyskotliwą bufonadę – szczególnie, gdy uderzała w chamów, przebranych za panów. Przeczytał go Piotrowi Wilhelmowi po śniadaniu – książę był zachwycony:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Budowałem swój zamek&lt;br /&gt;na twardej opoce,&lt;br /&gt;wysoko ponad doliną.&lt;br /&gt;Nosiłem gładkie rzeczne kamienie,&lt;br /&gt;czasem ostre głazy z piargów,&lt;br /&gt;by budowla&lt;br /&gt;nie była jednolita.&lt;br /&gt;Praca przyjemna&lt;br /&gt;i niezbyt męcząca.&lt;br /&gt;Szczęśliwy&lt;br /&gt;często siadywałem pod jarzębiną,&lt;br /&gt;podziwiając widok&lt;br /&gt;z mojego szczytu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mieszkańcy doliny śmiali się ze mnie.&lt;br /&gt;Nie wierzyli,&lt;br /&gt;że można budować z kamieni,&lt;br /&gt;do tego tak wysoko i samotnie.&lt;br /&gt;Najbardziej szydzili ci,&lt;br /&gt;którzy nie mieli domów,&lt;br /&gt;wtórowali im żyjący w chatach&lt;br /&gt;z błota i gałęzi.&lt;br /&gt;Tym, którzy mieli domy z cegieł,&lt;br /&gt;nie było już do śmiechu.&lt;br /&gt;Mówili jedynie&lt;br /&gt;o wyższości wypalonej gliny&lt;br /&gt;nad kamieniem.&lt;br /&gt;Właściciele bogatych pałaców&lt;br /&gt;patrzyli zazdrośnie,&lt;br /&gt;czy moja budowla&lt;br /&gt;nie przyćmi urodą i mocą&lt;br /&gt;ich siedzib,&lt;br /&gt;wzniesionych zbiorowym wysiłkiem.&lt;br /&gt;Tylko nieliczni panowie&lt;br /&gt;okolicznych zamków&lt;br /&gt;mieli dla mnie uznanie.&lt;br /&gt;Oni znali rzadką sztukę budowy&lt;br /&gt;na szczytach.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie minął rok,&lt;br /&gt;a gmach już lśnił w słońcu.&lt;br /&gt;Pierwsi strudzeni wędrowcy&lt;br /&gt;zachodzili w moje progi.&lt;br /&gt;Mówili, że droga do zamku trudna,&lt;br /&gt;ale warto ją było pokonać&lt;br /&gt;dla magicznych wnętrz,&lt;br /&gt;wykutych w skale komnat,&lt;br /&gt;ciepła kominka&lt;br /&gt;i herbaty z rumem.&lt;br /&gt;Widok z wieży&lt;br /&gt;też był godną zapłatą&lt;br /&gt;za wysiłek.&lt;br /&gt;Niektórzy&lt;br /&gt;zostawali na noc,&lt;br /&gt;inni znacznie dłużej.&lt;br /&gt;Już nie byłem całkiem samotny.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ludzie z doliny&lt;br /&gt;przestali się śmiać.&lt;br /&gt;Mówili tylko z pogardą&lt;br /&gt;o moim zamku i o mnie.&lt;br /&gt;Podobno też,&lt;br /&gt;opowiadali przyjezdnym historię&lt;br /&gt;mojego szaleństwa.&lt;br /&gt;Niektórzy&lt;br /&gt;sprzedawali pamiątki –&lt;br /&gt;małe zameczki&lt;br /&gt;rzeźbione w drewnie.&lt;br /&gt;Wiem to&lt;br /&gt;od prawdziwych wędrowców.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pewnej nocy miałem sen:&lt;br /&gt;pękła tama w górze doliny,&lt;br /&gt;gniewna woda zmyła lepianki&lt;br /&gt;i zburzyła pałace.&lt;br /&gt;Wszyscy zginęli.&lt;br /&gt;Tylko panowie na zamkach zostali&lt;br /&gt;niewzruszeni.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kilka dni później&lt;br /&gt;zawitał starzec.&lt;br /&gt;Dziwnie znajomy i krzepki.&lt;br /&gt;Mówił o strasznej powodzi,&lt;br /&gt;która oczyściła dolinę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;– Może teraz zaczną budować&lt;br /&gt;jeśli nie z lepszej materii,&lt;br /&gt;to przynajmniej z głową,&lt;br /&gt;nie na samym brzegu rzeki –&lt;br /&gt;powiedział.&lt;br /&gt;– Szkoda tylko,&lt;br /&gt;że smród trupów tak potworny.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W ciągu kilku następnych dni powstały kolejne wiersze. W sumie napisał ich dwanaście, pod wspólnym tytułem „Liryki Prowansalskie”. Opublikował tylko ten jeden, pozostałe skrywa biblioteka rodu Ventoux.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Każdej nocy na zamku dochodziły go dziwne dźwięki, które początkowo uznał za właściwe dla tak starej budowli, gdzie po strychach i korytarzach hula wiatr. Później podejrzewał o ich wydawanie zwierzęta – liczne tutaj nietoperze, żenety, puchacze i orły. Jednak niektórych odgłosów nie mógł przypisać żadnemu zwierzęciu, przeciągom czy drewnianym podłogom i belkom. W końcu postanowił zapytać księcia zarówno o niepokojące dźwięki, jak i o pochodzenie czaszek na zamkowym dziedzińcu i murach. Ventoux nie wydawał się zaskoczony pytaniem. Odpowiedział, badawczo spoglądając na gościa i mrużąc oczy, że czaszki są prawdziwe, zbierali je jego przodkowie oraz on sam. Pochodzą z pól bitewnych całego świata, począwszy od Carcassone a skończywszy na Bośni. Każda czaszka jest zaksięgowana, ma swój numer, opis i znajduje się na planie, który wisi w gabinecie. Niektórym nawet – jeśli dało się to ustalić – przypisane jest konkretne imię i nazwisko. Za najcenniejsze jednak uważa te, które należały do ważnych albigensów, czarownic i dziewic posądzonych o kontakty seksualne z diabłem. Jest ich stosunkowo niewiele i są w najgorszym stanie, ponieważ do wyjątkowego zniszczenia przyczynił się ogień stosów. Wymagają więc częstej konserwacji, szczególnie po zimie, która na tej wysokości potrafi przynieść mróz a nawet śnieg. Natomiast w kwestii dźwięków zaproponował, że wszystko wyjaśni po kolacji, oczywiście, jeśli gość zobowiąże się do zachowania tajemnicy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przed wieczorem udali się do podziemi. Rzeczywiście, jak głosiły prowansalskie opowieści z Montage du Lubéron, korytarze były kręte, oświetlone jak wszystkie przejścia w zamku mdłym światełkiem najsłabszych żarówek. Podczas tej dziesięciominutowej wyprawy poczuł się całkowicie zagubiony i gdyby nie ciekawość i obecność księcia, zawróciłby z przyjemnością. Po kilkunastu krokach zupełnie prostego odcinka skalnego tunelu, dotarli do drzwi, podobnych do drzwi jego pokoju, ale ze znacznie mniej wyrafinowanymi zdobieniami. Po ich otwarciu ukazała się jego oczom sala, w której znajdowały się regały zastawione akwariami. Pływały w nich zanurzone, zapewne w formalinie, najdziwniejsze ludzkie stwory, jakich nigdy by nie wymyślił, istne humanoidalne potwory, zdegenerowane monstra, jednookie, pozbawione kończyn lub mające ich nadmiar, dwugłowe, garbate i pokryte guzami, gęsto owłosione lub posiadające sześć piersi. Wszelkie ponure niedoskonałości, ewidentne pomyłki Stwórcy i Natury znalazły się tutaj, jako kolejna, tym razem naprawdę potworna kolekcja rodu Ventoux. Pomiędzy regałami uwijał się garbaty lokaj, który go tydzień temu zaprowadził do pokoju, podobny zresztą do pozostałej służby, wyglądającej jak jednojajowe pięcioraczki. Przeszli przez to potworne panoptikum i dotarli do kolejnych drzwi, za którymi była wmurowana krata i znajdował się przytulnie urządzony pokój z niedużym oknem wychodzącym gdzieś na południe lub południowy zachód, jak zdążył się zorientować po kierunku światła i kolorach wieczornego nieba. Na łóżku ktoś leżał. Na ich widok podnióśł się leniwie. Było to monstrum, podobne do jednego z tych zanurzonych w akwariach, ale żywe. Niedużego wzrostu, z łysą, pokrytą olbrzymimi guzami czaszką, szpiczastymi uszami, wyrażnym garbem, szponiastymi dłoniami i zdeformowaną twarzą, obdarzony wyjątkowo potężnymi organami płciowymi, zaznaczającymi się pod spodniami. Potwór podszedł do nich, powąchał przez kratę, coś wymamrotał i wrócił do łóżka. Dopiero teraz książę zaczął wyjaśniać, że kolekcję tych dziwacznych okazów stworzył jego dziadek, na którego zlecenie na całym świecie wyszukiwano zdegenerowane ludzkie formy, zabijano i przysyłano do zamku jako eksponaty zoologiczne. Z kolei ojciec, Filip Wilhelm, zdobył kilka żywych egzemplarzy humanoidów w różnym wieku i hodował je tutaj, prowadząc nad nimi badania i próbując dociec przyczyny tak straszliwych deformacji. Jednocześnie usiłował rozwinąć ich możliwości intelektualne, ale te najbardziej pojętne z istot były w stanie co najwyżej pisać nowoczesną poezję i uprawiać malarstwo abstrakcyjne. Początkowo żyły krótko, od niemowlęctwa do śmierci około dwudziestu – trzydziestu lat, z czasem jednak, wraz z postępem farmacji coraz dłużej, nawet do czterdziestu kilku, jak ten, Marcel, ostatnia zdobycz Filipa Wilhelma. Gdy umierały, robiono im sekcje, badano narządy, zaszywano i zanurzano w formalinie. Książę długo nie wiedział o tym procederze, chociaż mieszkał tutaj jako dziecko, kilkanaście metrów nad nimi. Powiedział mu o wszystkim ojciec, dopiero na łożu śmierci, i nakazał, by poświęcił się sześciorgu spotworniałym istotom, zamkniętym w głęboko wykutych w skale i trudno dostępnych zamkowych celach. Wtedy też przyznał się Piotrowi Wilhelmowi, że sam zrzucił ze schodów jego matkę i dobił ją pogrzebaczem – zrobił to, ponieważ uparła się, że amputuje jego synowi szóste palce, na co jako Ventoux nie mógł się zgodzić za żadną cenę. Piotr, poznawszy już wszystkie mroczne rodzinne tajemnice, postanowił rozstać się ze swoją narzeczoną, Marią Camarès, by jej nie narażać na życie w nieustającym koszmarze, i całkowicie porzucił myśl o posiadaniu potomka, uznając, że powoływanie do życia kolejnego Ventoux byłoby krokiem nieodpowiedzialnym, i że najlepszym rozwiązaniem będzie poświęcenie się opuszczonym przez Boga nieszczęśnikom oraz sztuce. Wtedy to zrozpaczona Maria, nieświadoma przyczyn jego decyzji, wstąpiła do klasztoru w Vence, a on przez lata zajmował się poezją i wymierającymi powoli podopiecznymi, z których do tej pory został tylko Marcel, czterdziestopięcioletni i bardzo agresywny okaz. Jego to słyszeli mieszkańcy okolicznych miasteczek, uważając, że to duchy pomordowanych na zamku heretyków wołające o modlitwę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Rankiem pożegnał się z księciem i wyjechał, zostawiwszy przepisane na czysto „Liryki Prowansalskie”, w tym ostatni, chyba najlepszy ze wszystkich, pisany nocą po wizycie w podziemiach, zatytułowany „Lawendowe pola”. Zadedykował te wiersze Piotrowi i Marii. Po kilku miesiącach dostał od księcia list z informacją, że Marcel zmarł. Rok później całą Prowansję obiegła wieść, że ostatni Ventoux nie żyje – jego ciało znaleziono w zamkowej wieży. Pozbawione szóstych palców leżało w miejscu, gdzie zginęła Teresa de Montfort. Przyczyn śmierci nie ustalono. W testamencie zostawił wszystko siostrom z klasztoru w Vence. Przełożona sióstr, Maria Camarès, przyjęła dar z wdzięcznością.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;Opowiadanie jest rozdziałem powieści &lt;em&gt;Ogólna teoria jesieni&lt;/em&gt;, Editions Sur Ner, 2010. &lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3935343907532337425-2205947229570233458?l=krytykaliteracka.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/2205947229570233458'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/2205947229570233458'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://krytykaliteracka.blogspot.com/2011/12/opowiadanie-tomasz-sobieraj-obed.html' title='Opowiadanie: Tomasz Sobieraj OBŁĘD KSIĘCIA VENTOUX'/><author><name>____________________</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01758159771234876142</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3935343907532337425.post-9185803694452111743</id><published>2011-12-05T23:43:00.000-08:00</published><updated>2011-12-05T23:59:53.769-08:00</updated><title type='text'>Pogranicza: Mariusz Bober JESIENNE RYTUAŁY - ROZLICZANIE Z CZASEM</title><content type='html'>&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;W odległości 2 metrów od mojego wzroku leży sterta książek. Wiele z nich od przyjaciół. Piszą przypadkowo lub zawodowo. Tych co zawodowo niewielu. Ten kto pisze, uważa, że zalicza się do określonej kasty. Wielu z tych książek nie przeczytałem. Wielu autorom nie zrobiłem dobrze. Jesteśmy super egoistami. Dlatego osamotnieni? Ale nie samotni! &lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Popatrzyłem na tą stertę książek i własnych zapisków i dociera do mnie, że jest już inaczej. Ten szczenięcy wzrok i podniecanie się na widok książek w witrynach sklepowych. Stoimy śliniąc się przy nich! Kiedyś tutaj stała będzie moja! Czasy się zmieniły. To patrzenie przez szybę jest zdecydowanie bardziej oschłe. Możliwe, że jedno z nielicznych nasyceń to liczba procedur jaką należy przejść nim stanie się szczęśliwym super egoistą. W mojej piwnicy leży ponad 1000 egzemplarzy pewnego pisma literackiego. Nawet nie próbuję rozdawać go za darmo.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Po tych kilku latach powinienem siedzieć z jarzącym się petem i gapić w okno jakieś przytulnej kawiarni. Powinienem w niej coś skrobać ołówkiem może nawet nie udając super egoisty.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Na skroni pojawiły się już pierwsze zmarszczki. Ale 19-sto latki dają mi 25 lat. Jeszcze chodliwy towar. Dobrze, że się mylą. W C.V. nie wpisuję już kolejnych algorytmów doświadczenia bo mówią by ograniczyć swoje życie tylko do dwóch stron. Reszta Twojego życia nikogo nie obchodzi. Przestałem też chodzić w tureckich obciachowych swetrach. Ale tureckie sweterki mogą pamiętać jedynie wybrańcy. Żyjemy obecnie w epoce w której szuka się wybrańców, którzy będą ratować planetę - od najazdu nas samych. Choć mówią, że pewna cześć kosmitów jest wredna to ta lepsza patrzy na nas z politowaniem. I tak trwa ta ludzka krucjata. Jedni niszczą inni budują. Z dwojga złego zawsze jest co robić.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Jeszcze tych kilka lat temu istniało namaszczenie. Wkładałem białą koszulę i myłem nogi. Przed pisaniem. Dzisiaj powaliłem się w dresie. Możliwe, że z Chin!&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Jesienią moje myśli zwykle stawały się brunatne. Nie piję burgunda. Tylko z metalizowanego kubka herbatę z cytryną. Lekkie przeziębienie. Chyba. Od czasu do czasu wybieram się w podróże tzw. astralne. Nie jeżdżę Inter City. Nigdy nie wiadomo, czy rozkład jazdy aktualny. Pociąg astralny zabiera mnie tam gdzie chce. Na życzenie do bezpowrotnego czasu kiedy to wałęsałem się w czarnej bawełnianej kurtce. Przetrwała tyle lat. Ten sentyment do rzeczy dobrych. Do rzeczy dobrej jakości.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Mam wrażenie, że pokolenie przedinternetowe i iPhonowe to zupełnie inna historia. Chodziło się na pocztę i pani wkładała w dziurkę. Kabelki, by zamówić rozmowę. Nie zawsze udawało się za pierwszym razem. Kto by tam wiedział za pierwszym razem. Listy do przyjaciół pisało się nawet kilka godzin. Dzisiaj zdania listów czy wiadomości to skrawek pamięci o tym co miało jakość. Piszę nadal wiecznym piórem.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Może za jakiś czas pochylę się z burgundem, (którego nigdy nie piję, będzie pierwszy raz) nad fortepianem. Przestanę się rozczulać nad ósemkami i zagram kilka piosenek. Z dali będzie sączył się biały reflektor. Na instrumencie kieliszek.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Po chwili wstajesz. Pewnym krokiem zbliżasz się do onieśmielonej kobiety. Patrzysz jej w oczy i mówisz. Wejdę w Twoje życie na zawsze. Wiem, że to Ty.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Scenarzysta tego dnia nie zadzwonił. Choć wstępnie spodobał mu się pomysł. Wcześniej wspominał, że takie scenariusze zdarzają się tylko w filmach. Rzadko w życiu. Niech nam złudzenie pozostanie – przytaknęliśmy.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;My super egoiści, Ci najlepsi, nie poddają się w znoju i swoich marzeniach. Bo przecież jak, skrzydeł się pozbyć? Śmiertelniku! Kiedy idziesz ulicą może zastanawiasz się czy człowiek, który właśnie Cię mija ma jeszcze jakieś marzenia. To straszne! Nie pytaj! Bo powie, żeś wariat. Narkoman albo co. Nawet kiedy nie pytasz wiesz, że nie mają skrzydeł. Naprawdę ich szkoda. W sandałach też mało kto chodzi. Zawsze to lżej.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Chwyciłem za ciężką rdzawą klamkę. Uchyliłem bramkę. Wszedłem po wielu latach w podwórko na Starym Mieście. Stolica kraju. Poczułem się obco. To już zupełnie inny czas.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Postanowiłem jednak zabawić się w barbarzyńcę. Znalazłem w ziemi przyrdzewiały gwóźdź.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Wydrapałem na czerwonej cegle kilka wersów tego expose. Na dole e-mail. Do tego celu założyłem specjalnie chronioną skrzynkę. W razie jakby co. W razie jakby zamiar barbarzyńcy okazał się zgubny w skutkach.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Na skrzyżowaniu ktoś wpada pod samochód. Na szczęście myśl technologiczna projektantów zapobiegła tragedii. Dziewczyna najadła się strachu. Kierowca też, przejechał prawie miłość. A mogło być inaczej.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;[…]&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Jeśli kiedyś spojrzysz na swoje życie i wyda Ci się, że wiele rzeczy jest już przegranych i rdza sypie się z Twojego serca nie trać skrzydeł. To Twoje marzenia! &lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3935343907532337425-9185803694452111743?l=krytykaliteracka.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/9185803694452111743'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/9185803694452111743'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://krytykaliteracka.blogspot.com/2011/12/pogranicza-mariusz-bober-jesienne.html' title='Pogranicza: Mariusz Bober JESIENNE RYTUAŁY - ROZLICZANIE Z CZASEM'/><author><name>____________________</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01758159771234876142</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3935343907532337425.post-734470549000768677</id><published>2011-12-05T23:09:00.000-08:00</published><updated>2011-12-06T22:25:06.113-08:00</updated><title type='text'>Esej: Dariusz Pawlicki O PRZEMIESZCZANIU SIĘ NA WŁASNYCH NOGACH I ŚWIATA POZNAWANIU</title><content type='html'>&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;em&gt;Co jest pod nogami, na to nikt nie patrzy;&lt;br /&gt;śledzą okolice nieba. &lt;/em&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Marcus Tullius Cyceron&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Nie pamiętam dokładnie poglądu wyrażonego przez Edwarda Stachurę na temat najlepszego sposobu na przyglądanie się światu, poznawanie jego. Ale myśl w nim zawarta była taka, że najlepiej jest to czynić, po pierwsze, wędrując, a po drugie, winno się to odbywać boso.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zgadzam się ze Stachurą, że wędrowanie jest o niebo lepszym sposobem na to, niż jazda pociągiem, autobusem bądź samochodem osobowym; szczególnie wtedy, gdy jest się maszynistą, albo kierowcą. A o dwa nieba – od lotu samolotem. Nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Nie mam ich również jeśli chodzi o pokonywanie odległości konno czy na rowerze. W porównaniu z dwoma ostatnimi przypadkami, wędrowiec także będzie tym, który więcej dowie się o miejscach przemierzanych. To, że jeździec lub rowerzysta, nie wpominając o osobach przemieszczających się pojazdami mechanicznymi różnych rodzajów, przemierzy w tym samym czasie zdecydowanie dłuższą trasę niż piechur, jest bez znaczenia jeśli brać pod uwagę efekty „przyglądania się światu” (będzie o tym jeszcze mowa). Lecz turysta siedzący w siodle bądź na siodełku zobaczy nieporównanie więcej niż wtedy, gdy za oknami będzie widzieć jedynie poszczególne elementy krajobrazu, zresztą szybko znikające z pola widzenia. Gdy będzie pędził w jakimś pojeździe dwuśladowym to, co zapamięta ograniczy się bowiem do tych składników mijanej okolicy, które będą najokazalsze. Przyglądnięcie się innym, czyli tym tak naprawdę dominującym, bo najcharakterystyczniejszym, po prostu nie będzie możliwe. Tak jak umknie uwadze wszystko to, do czego odnotowania potrzebne są inne zmysły.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Obrazy utrwalone w czasie lotu samolotem, jeśli chodzi o świat rozpościerający się za oknami, są żałośnie ubogie: nocne niebo usiane bądź nie gwiazdami, plus księżyc; dzienne niebo upstrzone chmurami lub bezchmurne; do tego zarysy lądów w dole, albo warstwa chmur przesłaniających je. To znaczy wszystko to, co poza konturami wysp, bądź kontynentów, i tak dane jest obserwować piechurowi, jeźdźcowi, rowerzyście, pasażerowi pociągu, autobusu, samochodu osobowego. To że chmury będą oni zawsze obserwować z dołu, a nie z góry, jest mało istotne.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Długie loty długo były mało popularne. I to nie tylko ze względu na ich cenę, ale chyba też ze względu na istotny problem: czym zająć się w podróży, gdy nie ma, dosłownie, na co patrzeć za oknem? Bo jak długo można spać (zresztą wielu nie może spać w czasie podróży, szczególnie podniebnej), czytać książki, oglądać kolorowe czasopisma, rozmawiać (jeśli w ogóle jest ktoś siedzący obok, chętny do konwersacji). Możliwość indywidualnego odtwarzania muzyki i słuchania radia, a przede wszystkim oglądania filmów na pokładzie samolotu, spowodowała (obok obniżenia cen przez przwoźników), że znacznie więcej osób zaczęło odbywać długie loty. I to nie tylko ponad jednym oceanem, z jednego kontynentu na drugi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pokonując odległości pieszo, ma się o wiele więcej okazji do wpadania w zachwyt, niż gdy korzysta się ze środków transportu. Chyba że jest się jedną z tych osób, u których podziw mogą wywołać jedynie wielkie obiekty, do tego sławne, jak chociażby Wieża Eiffla, Wielki Kanion rzeki Kolorado, Bazylika św. Piotra. A które pogardliwym prychnięciem skwitują mijany łan zboża. Uznają to bowiem za coś banalnego, codziennego, niewartego choćby chwili uwagi, zastanowienia, refleksji. Tak, dla takich osób czas poświęcony obiektom wspomnianego rodzaju, zawsze będzie czasem straconym.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W dzienniku &lt;em&gt;Z podróżnej sakwy&lt;/em&gt; Matsuo Bashô, mistrz klasycznego haiku, na temat wędrowania wyraził się następująco:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„Przedkładam marsz spokojny nad jazdę powozem (...). Mogę zatrzymać się w drodze tam, gdzie zapragnę i kiedy chcę – odejść (...)”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na temat skłonności do wędrowania Bashô (można o nim wręcz mówić: włóczykij) Mikołaj Melanowicz[1] napisał:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„Za przykładem swych mistrzów, poetów chińskich: Li Po i Tu Fu, oraz japońskich: Saigyô i Sôgi dużo czasu poświęcił wędrówkom po kraju – obserwacje z podróży notował w postaci szkiców prozą i strof poetyckich haiku”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Henry D. Thoreau, autor niezmiennie skłaniającego mnie do przemyśleń &lt;em&gt;Waldenu, czyli życia w lesie&lt;/em&gt;[2], również był za przemieszczaniem się na własnych nogach. W jego przypadku, argumentem za tym, aby tak czynić, obok czerpania przyjemności z samego wędrowania, były finanse. Aby odbyć podróż jakimś środkiem lokomocji, trzeba bowiem ileś godzin przepracować. Natomiast Thoreau uważał, że zamiast przystępować do pracy, lepiej od razu wyruszyć pieszo. Może bowiem okazać się, że wędrowiec przybędzie do celu wcześniej, niż ten, który będzie podróżował pociągiem, albo dyliżansem (w naszych czasach – samochodem, pociągiem). Dlatego w &lt;em&gt;Waldenie&lt;/em&gt; znajduje się poniższe zdanie:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„Przekonałem się, że najszybciej podróżuje się pieszo”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Deklarując na samym wstępie, że zgadzam się ze zdaniem Edwarda Stachury, natychmiast poczyniłem zastrzeżenie, że o „przyglądaniu się światu” będzie jeszcze mowa. Nie chciałem bowiem nazbyt szybko zdradzić na czym, moim zdaniem, owo przyglądanie się winno polegać. Teraz jednak przyszła pora na rozpisanie się na temat pozytywnych stron wędrowania połączonego z poznawaniem otoczenia. A będzie ono najlepszym na to sposobem, gdy będzie urozmaicone, mającymi miejsce, co pewien czas, postojami. Ich częstotliwość i długość winna zależeć od nasycenia otoczenia szczegółami budzącymi zainteresowanie wędrowców. Można w tej sytuacji mówić wręcz o wędrujących obserwatorach.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Rzecz jasna dla dokonania krótkotrwałej obserwacji, wystarczy przystanąć. Jednak jeśli będzie dłuższa, dobrze jest usiąść. I najlepiej, gdy będzie to połączone z wygodą. Wyrażę w tym miejscu pogląd, że dobre warunki towarzyszące obserwowaniu, są ze wszech miar wskazane, a nawet pożądane; niezależnie od tego czy się stoi, czy siedzi. Wówczas to, nie będąc rozpraszanym przez efekty wynikające ze sztywnienia mięśni nóg bądź pośladków, można uważnie przypatrywać się dookolnemu krajobrazowi. Dzięki temu stanie się możliwe, po pewnym czasie, wyłuskanie z otoczenia poszczególnych szczegółów, dotąd niewyodrębnionych, chociażby rzędu odległych drzew mogących sygnalizować obecność rzeki, a także jej przebieg. Dalszym krokiem może będzie podjęcie próby określenia, jakiego gatunku są to drzewa. Istnieje w takiej sytuacji także możliwość rozłożenia planu bądź mapy dla rozstrzygnięcia pojawiających się wątpliwości czy drzewa te, aby na pewno rosną nad rzeką, a nie wzdłuż drogi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Niewątpliwą zaletą takiego sposobu przyglądania się, łączącego wędrowanie z, że tak powiem, przesiadywaniem, jest to, iż bezproblemowo łączy on prowadzenie obserwacji z odpoczynkiem. Choć kryje się w tym sposobie pewne niebezpieczeństwo: od któregoś „posiedzenia”, niektórzy wędrowcy mogą mieć narastające problemy ze wstawaniem i ruszaniem w dalszą drogę. Ale być może dzięki temu ich obserwacje będą jeszcze bardziej szczegółowe; dokonane już nie w makro-, ale w mikroskali. Przedmiotem takich pogłębionych dociekań obserwacyjnych mogą stać się np. małe ptaki (nie tylko, na przykład, okazałe myszołowy krążące nad polami) i owady. Przyglądanie się im zostanie wzbogacone przez efekty dźwiękowe w postaci zróżnicowanych treli skrzydlatych śpiewaków, jak i rozmaitych dźwięków wydawanych przez owady: cykań, bzykań, brzęczeń, buczeń itd.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Siedząc, podobnie zresztą jak idąc (podczas jazdy każdym mechanicznym środkiem transportu, będzie to ograniczone), ma się także bezpośredni kontakt z zapachami: zarówno tymi naturalnymi jak i będącymi efektem działalności człowieka. I będą to zapachy miejsc, przez które akurat będzie się szło, jak i te przyniesione przez wiatr. One zaś, uzupełniając wzrokowe i dźwiękowe spostrzeżenia, złożą się na, w miarę, pełny obraz konkretnego punktu na Ziemi; w miarę, gdyż nigdy nie będzie on kompletny. Ów obraz wędrowiec „poniesie” dalej. Niewątpliwie trwałość takiego wspomnienia z wędrówki, będzie zależeć, choć nie tylko, od ilości i wnikliwości poczynionych spostrzeżeń. Lecz najczęściej będzie tak, iż przesłonią je te późniejsze. I to tylko dlatego, że będą świeższe.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie twierdzę jednak, ani mi to w głowie, że przerwy przeznaczone na siedzenie, winny być wyłącznie poświęcone odkrywaniu, dostrzeganiu itd. Bo czyż nie warto tego czasu również przeznaczyć na, po prostu, przyglądanie się pięknu otoczenia: wzgórzom zwieńczonym grupkami drzew, piaszczystym drogom wijącym się wśród pól, ścianie starego lasu itd. To delektowanie się pięknem okolicy, może zawierać w sobie coś, co jak najbardziej jest wskazane: uczucie przyjemności doznawane z powodu tego, że jest się teraz i tu. Byłoby zresztą idealnym rozwiązaniem, gdyby zadowolenie towarzyszyło nie tylko obserwacjom, ale i wędrowaniu. Przyglądanie się niech jednak nie trwa długo. W przeciwnym bowiem razie przejdzie niezauważenie w gapienie się, czyli niedostrzeganie, tak naprawdę niczego.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W tym miejscu przytoczę wypowiedź Wojciecha Dudzika[3]:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„Widok to nie to samo, co pejzaż albo krajobraz, chociaż często jest z nimi mylnie utożsamiany. Pejzaż albo krajobraz istnieje, żeby tak powiedzieć, obiektywnie: po prostu jest niczym obraz. Dlatego można go namalować albo sfotografować i tak utrwalony powiesić na ścianie. Widok zaś trzeba widzieć, zobaczyć, przyglądać mu się przez chwilę, zapamiętać, odczuć. Widok – tak jak teatr, jak widowisko – stwarzają dopiero oczy odbiorcy; nie istnieje dopóty, dopóki go ktoś nie zobaczy. I odwrotnie : ginie, gdy odwrócimy wzrok. Widok to dzieło człowieka. Sfotografowany ma zaś tyle samo wspólnego z owym dziełem, co fotos teatralny z przedstawieniem”.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;*&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Teraz z kolei nadeszła pora, aby ustosunkować się do drugiego punktu, przytoczonej przeze mnie z pamięci, wypowiedzi E. Stachury. To znaczy do, wnioskowanego przez niego, odbywania wędrówek boso. Autor Siekierezady tak czynił. Może nie stale i nie na długich dystansach, ale nie były to wyjątkowe zdarzenia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Idąc bez obuwia dozna się niewątpliwie dodatkowych wrażeń. Lecz nie chodzi o te, których doświadczy każdy nienawykły do chodzenia bez obuwia. Wrażliwe, wręcz „przewrażliwione” stopy, wymogą bowiem na sobie uwagę, która zdominuje wszystko inne. Natomiast jeśli rzecz będzie dotyczyła zaprawionego bosonogiego piechura, to we wspomnienia z odbytej wędrówki, wplatać on będzie informacje np. o temperaturze podłoża, po którym szedł, jego fakturze, jak i wrażenia z przechodzenia przez bagno, albo rżysko. À propos rżyska, to nie wyobrażam sobie odbycia po nim choćby krótkotrwałego spaceru, bez kilkakrotnych (minimum) treningów, które uczyniłyby spody stóp nieco bardziej zaprawionymi do znoszenia takich niewygód.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jest jednak poważna przeszkoda w chodzeniu obecnie bez obuwia, przynajmniej w naszej części Świata, gdzie jeszcze niedawno nie należało do rzadkości używanie butów jedynie zimą, albo podczas wizyty w kościele. Edward Stachura, zmarły w 1979 r., miał jeszcze to szczęście, że żył w epoce (nie tak przecież odległej), gdy przemierzanie boso dróg, nawet tych głównych, nie wspominając już o polnych i leśnych, nie wiązało się z rychłym pokaleczeniem najpierw jednej bądź równocześnie obu stóp. Od czasu, gdy on wędrował w ten sposób ostatni raz, proces pokrycia naszego otoczenia odłamkami szklanymi i metalowymi, rozmaitej wielkości, przybrał katastrofalne rozmiary. I nadal postępuje. &lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;*&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Wędrowanie kojarzy się, chyba w powszechnym odczuciu, z przemierzaniem pól, łąk, lasów. Choć przejście przez wieś bądź wsie, może stanowić pożądany składnik takiej wędrówki. I to nie tylko ze względów aprowizacyjnych. Nie można bowiem wykluczyć i tego, że taka wizyta zostanie spożytkowana na przyglądnięcie się wiejskiemu życiu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na trasie wędrówki może pojawić się też miasteczko, albo małe miasto (powiedzmy, takie do sześćdziesięciu tysięcy mieszkańców). Większe bowiem, nie wspominając o aglomeracji, może stanowić, sam w sobie, cel wędrówki. Z tym, że w wypadku terenów miejskich, poruszanie się bez obuwia będzie jeszcze mniej prawdopodobne. I to nie tylko ze względu na zwielokrotnione niebezpieczeństwo zranienia stóp, ale także na zwyczaje panujące w mieście, gdzie boso się nie chodzi (nie inaczej, zresztą było za życia E. Stachury).&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;*&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;W tym miejscu nieco odbiegnę od głównego tematu niniejszego szkicu, którym, przypomnę, jest pochwała wędrowania przerywanego, następującymi w zależności od potrzeb, „posiedzeniami” dla spokojnego przyjrzenia się otoczeniu. A odbiegnę od owego tematu dla zwrócenia uwagi na...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Żyjemy w czasach, gdy jednym z podstawowych elementów wyposażenia osób podróżujących, nie tylko tych udających się na urlop, jest odpowiedni przewodnik. Bardzo prawdopodobne jest, że, przykładowo, biznesmen amerykański udający się w interesach na dzień do Holandii, wrzuci do torby opasły, ale zgrabnego formatu przewodnik zatytułowany Amsterdam. Bo a nuż, między jednym a drugim spotkaniem biznesowym, znajdzie pół godziny i zajrzy do Rijksmuseum, aby obejrzeć kolekcję obrazów Rembrandta. A o tej ekspozycji dowiedział się z ostatniego weekendowego wydania „The New York Timesa”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Adam Zagajewski w szkicu Koniec wakacji na powyższy temat pisze zabawnie o „(...) popularnych przewodnikach, z którymi turyści (...), kroczą przez Europę jak ślepcy z laską (...)”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Trafne jest to porównanie turysty z przewodnikiem w garści do niewidomego wyposażonego w laskę. Bo czyż korzystanie z encyklopedycznych wręcz informacji, nie jest rodzajem ślepoty – niepatrzeniem, niedostrzeganiem tych elementów, które nie doznały swoistej nobilitacji w postaci odnotowania w książkach przebogato ilustrowanych (i nie tylko w nich). Zresztą kontakt z jakimś obiektem, nieważne czy wspomnianym w przewodnikach, czy też nie, gdy już do niego dochodzi, bardzo często sprowadza się tylko do popatrzenia na niego. Nie ma to jednak, jak zostało już zaznaczone, nic wspólnego z widzeniem. To znaczy z indywidualnym przeżyciem spotkania, którym może być, a jakże, „spotkanie” z budynkiem. Uczestnicy wycieczek zbiorowych, na takie przeżycia nie mają szans. Tak jak i ci indywidualni turyści reprezentujący typ „ślepca z laską” - na „patrzenie” czeka bowiem następny obiekt znajdujący się w wykazie Cuda Świata. Jest on tak ważny, że należy go Koniecznie „zaliczyć”, aby potem móc o nim wspomnieć w towarzystwie. Tymczasem już kilka wieków temu Claudio Monteverdi zauważył (wprawdzie na myśli miał przede wszystkim komponowanie utworów muzycznych):&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„szybko i dobrze niezbyt pasują do siebie”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;O tej sprawie wspomina też w &lt;em&gt;Drodze do Sieny&lt;/em&gt;[4] Marek Zagańczyk. Czyni to przy okazji rozważań na temat piękna, którego poszukiwanie towarzyszy przyglądaniu się Światu. A pisze o tym m. in., że ono „nie znosi pośpiechu, omija umysły zmęczone (...). Rozczarowanie i znużenie spada najczęściej na niecierpliwych wędrowców”. Dodaje też, iż „dobrze jest przynajmniej na chwilę porzucić kłopoty, zwolnić codzienny rytm, szukać skupienia”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tłumy nosicieli przewodników, poruszających się w szybkim tempie, pomijają wszystko to, co znajduje się pomiędzy obiektami „jak najbardziej godnymi uwagi”. A owo „wszystko” jest równie ważne, gdyż współtworzy charakter, klimat jakiegoś miasta, jakiejś krainy. To zupełnie tak, jak ktoś, kto spędził dwa tygodnie, przykładowo, na Seszelach, a dokładnie - na zalanej słońcem plaży rozciągającej się tuż obok hotelu. Po powrocie do miejsca zamieszkania, w jego wspomnieniach zostanie tylko plaża (nasłonecznienie i rodzaj piasku) i hotel (wyposażenie i poziom obsługi). Bo o innych wrażeniach, w takiej sytuacji nie może być mowy; już dawno zauważono, że z pustego i Salomon nie naleje. &lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;*&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Poznawanie Świata na własnych nogach, urozmaicone przyglądaniem się jemu na siedząco, może też polegać na zaznajamianiu się, ale gruntownym, z miejscem, które... zamieszkuje się (owo miejsce też jest Światem). Ten sposób nie jest obecnie w modzie.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Doskonałym przykładem takiego właśnie podejścia do sprawy, jest przywoływany już w tym tekście H. D. Thoreau, który na wspomniany temat napisał:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„Podróżowałem po Concord” (za jego życia miasteczko, nie liczyło nawet dwóch tysięcy mieszkańców). W ten lapidarny sposób wyraził brak potrzeby poznawania odległych krain, ich zaliczania. A to w przypadku bardzo wielu ludzi, żyjących na przełomie XX i XXI wieku, stało się wręcz koniecznością. Czego skutkiem po pewnym czasie jest zlewanie się w jeden obraz wielu wspomnień.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Najpewniej gdyby Thorau pojawił się ponownie na Ziemi, i to teraz, także nie czułby wspomnianej potrzeby. Poznawanie Świata w przypadku owego transcendentalisty przybrało diametralnie inną postacią. Było to bowiem zaznajamianie się, niemal, metr po metrze z rodzinną miejscowością i jej otoczeniem: z mieszkańcami, farmami, drzewami, jeziorami (nie tylko ze sławnym później Waldenem), śladami po dawnych domostwach, opisywanie ścieżek i dróg, wspominanie zdarzeń z bliższej i dalszej przeszłości, obserwowanie zmian w przyrodzie... A wszystkie te elementy pojawiały się potem na stronach jego esejów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tego typu poznawanie jest niespieszne, rozłożone na wiele lat. Dlatego jest gruntowne. I może następować w ramach normalnych, codziennych zajęć. Nie trzeba nań urlopów. O mającym często miejsce nie zauważaniu tego, co ma się pod przysłowiowym nosem, wspomina Edward Estlin Cummings w wierszu bez tytułu:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;jeśli szukasz prawd&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;nie wkraczaj na trakt&lt;br /&gt;trakty wiodą ku&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;a prawda jest tu[5]&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Takie zaznajamianie się ze Światem dosłownie najbliższym, reprezentuje także Charles Reznikoff. Ów poeta, przez zdecydowaną większość życia związany z Nowym Jorkiem (przede wszystkim z Manhattanem), codziennie odbywał po nim kilkukilometrowe wędrówki. I to w czasie ich trwania powstała większość jego prostych, bardzo charakterystycznych wierszy. A jeśli nie one same, to pomysły na nie. Poniższy jest tego przykładem:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;[&lt;em&gt;Wokół rozkopów&lt;/em&gt;]&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wokół rozkopów&lt;br /&gt;przysiadła chmara jasnoczerwonych&lt;br /&gt;lamp[6].&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Gdy Charles Reznikoff zaczął cieszyć się pewnym uznaniem, rząd Izraela zaprosił go do odwiedzenia ojczyzny jego przodków. Poeta z zaproszenia jednak nie skorzystał. Władzom izraelskim podobno odpowiedział, że to dlatego, iż jeszcze nie dość dobrze poznał Central Park. Jeśli miałaby to być tylko anegdota, to został w niej trafnie oddany stosunek Reznikoffa do ukochanego, rodzinnego[7] miasta. I mimo, że był poetyckim kronikarzem nowojorskiego, miejskiego życia, wiele go łączy z żyjącym trzy wieki wcześniej, wspomnianym Matsuo Bashô. Obaj byli bowiem wędrującymi (dosłownie) poetami, tyle że jeden poruszał się ulicami, a drugi polnymi i leśnymi drogami bądź ścieżkami. &lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;*&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;To co wyniesiemy z pieszej wycieczki, zależeć będzie w znacznej mierze od naszej spostrzegawczości i, w tym samym stopniu, wrażliwości. Ważną w tym rolę odegra także nasza wiedza, zainteresowania. Bo przecież obserwacje poczynione z tego samego punktu w terenie, i w tym samym czasie, będą z pewnością różniły się, w zależności od tego, kto ich dokona. Czy będzie to artysta malarz, historyk zajmujący się dziejami przemysłu czy robotnik budowlany. Najprawdopodobniej każdy z nich dostrzeże coś, na co drugi nie zwróci uwagi, jedynie muśnie wzrokiem. A jeśli nawet jego uwaga skupi się na nim na dłużej, to i tak jej owocem nie stanie się jakaś refleksja. I chyba to właśnie miał na myśli poeta i eseista Czesław Miłosz pisząc:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„Jaki jesteś, tak i widzisz;” a co malarz Władysław Strzemiński wyraził równie zwięźle:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„Widzimy to, co wiemy”. Malarz, rysownik i grafik Andrzej Strumiłło, uczeń tegoż Strzemińskiego, podsumował to równie lakonicznie:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„Tyle słyszymy, ile mamy w sobie”.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Przypisy:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;[1] &lt;em&gt;Haiku&lt;/em&gt;, wstęp M. Melanowicz, Wrocław: Ossolineum, 1983.&lt;br /&gt;[2] H. D. Thoreau, &lt;em&gt;Walden czyli życie w lesie&lt;/em&gt;, tłum. H. Cieplińska, Warszawa: PIW, 1991.&lt;br /&gt;[3] W. Dudzik: &lt;em&gt;„Schöne Aussichten”. Wstęp do antropologii widoku&lt;/em&gt;. Twórczość, 6/2005.&lt;br /&gt;[4] M. Zagańczyk, &lt;em&gt;Droga do Sieny&lt;/em&gt;, Warszawa: Fundacja Zeszytów Literackich, 2005.&lt;br /&gt;[5] tł. Stanisław Barańczak.&lt;br /&gt;[6] tł. Piotr Sommer.&lt;br /&gt;[7] Charles Reznikoff urodził się w 1892 r. na Broooklynie, który wówczas był odrębnym miastem (do Nowego Jorku został przyłączony w 1898 r.).&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3935343907532337425-734470549000768677?l=krytykaliteracka.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/734470549000768677'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/734470549000768677'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://krytykaliteracka.blogspot.com/2011/12/esej-dariusz-pawlicki-o-przemieszczaniu.html' title='Esej: Dariusz Pawlicki O PRZEMIESZCZANIU SIĘ NA WŁASNYCH NOGACH I ŚWIATA POZNAWANIU'/><author><name>____________________</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01758159771234876142</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3935343907532337425.post-5845016001583793604</id><published>2011-12-05T22:58:00.000-08:00</published><updated>2011-12-05T23:07:38.107-08:00</updated><title type='text'>Esej: Katarzyna Karczmarz OD PERCEPCJI DO WYOBRAŹNI</title><content type='html'>&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;em&gt;A ono sobie ani ziarnkiem, ani piasku.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/em&gt;Wisława Szymborska&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Dzięki przyzwyczajeniom wyniesionym z życia sprowadzam fotografię zazwyczaj do roli świadka rejestrującego wydarzenia wynikające wprost z istoty upływającego czasu. Gdy patrzę na obraz fotograficzny, widzę bezpośrednio to, co jest przedmiotem przedstawienia. Np. butelka, pomimo że widzę ją tylko jako specyficzną kopię oryginału, wciąż służy do tego aby z niej pić, koszyk do tego, by coś w nim noszono, a łopatą zwykle kopie się grządki w ogrodzie... Można w tym miejscu trywialnie stwierdzić, że jako medium fotografia jest niemal przezroczysta, tak jakby ograniczała się do roli posłańca pomiędzy rzeczywistością a odbiorcą obrazu. To zaś jest kardynalną i fascynującą cechą fotografii.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Sfotografować rzecz, to także znaczy stworzyć obraz, a więc powołać do życia coś nowego, coś co poza śladem rzeczywistości posiada również własną autonomię. Kiedy patrzę na fotografię przyjmując z beztroską przyjemnością prawdę przedstawienia, po chwili uzmysławiam sobie obecność specyfiki samego obrazu. Jego struktura estetyczna stanowi bowiem również o znaczeniu całości, które nie kończy się tylko na relacji o tym co przedstawione treściowo.&lt;br /&gt;&lt;em&gt;&lt;/em&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;em&gt;Obiekty banalne&lt;/em&gt; Tomasza Sobieraja skłaniają do postawienia pytań o te właśnie dwa aspekty fotografii: o prawdę samych przedmiotów – banalnych obiektów, jak nazywa je autor, jak i o znaczenie obrazu fotograficznego jako takiego. Pytając o naturę obiektów banalnych zastanawiam się, czym są w istocie owe karafki, puszki, fotele, sedes i inne sfotografowane przedmioty? Na ile są jedynie cywilizacyjnymi odpadkami, pozbawionymi swoich pierwotnych funkcji rzeczami, zdegradowanymi do roli śmieci? Patrząc poprzez fotografię przypomina mi się nieodparcie wiersz Wisławy Szymborskiej, który w sposób esencjonalny wyraża prostą prawdę tych przedmiotów:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zwiemy je ziarnkiem piasku.&lt;br /&gt;A ono sobie ani ziarnkiem, ani piasku.&lt;br /&gt;Obywa się bez nazwy&lt;br /&gt;ogólnej, szczególnej,&lt;br /&gt;przelotnej, trwałej,&lt;br /&gt;mylnej czy właściwej. [1]&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Człowiek często mieni się władcą wyznaczającym granice tożsamości rzeczy, podczas gdy jedyne co mu się udaje, to wyznaczyć granice własnego postrzegania. I tak, bezużyteczność obiektów banalnych jest zasadna wyłącznie z perspektywy ich kulturowej użyteczności. Powstaje obieg zamknięty: wytworzone w kulturze przedmioty istnieją wyłącznie w zakresie swoich funkcji i znikają, gdy ta wyczerpuje się, gdyż sposób myślenia o nich – także będący wytworem kultury – oparty jest o pragmatykę. Tomasz Sobieraj poddaje w wątpliwość tę konwencję, pytając swoim cyklem fotografii o naturę rzeczy samych w sobie, będących poza ich kulturowym przeznaczeniem. Ostatnie wersy wiersza Szymborskiej zdają się to potwierdzać:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czas przebiegł jak posłaniec z pilną wiadomością.&lt;br /&gt;Ale to tylko nasze porównanie.&lt;br /&gt;Zmyślona postać, wmówiony jej pośpiech,&lt;br /&gt;a wiadomość nieludzka.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Inne pytanie, jakie stawiam sobie patrząc na &lt;em&gt;Obiekty banalne&lt;/em&gt; Tomasza Sobieraja, dotyczy samej struktury obrazu. Co decyduje o tym, że fotografia staje się czymś więcej niż tylko posłańcem rzeczywistości? Aby właściwości obrazu mogły swobodnie dojść do głosu, muszę zneutralizować narzucającą się w pierwszym wrażeniu prawdę faktów. Muszę także pozwolić, aby wyobraźnia dokonała swojej powinności, sprowadzając do wspólnego mianownika to, co prawdziwe i to, co wyobrażone. Kształty przedmiotów nałożone metodą wielokrotnej ekspozycji na naturalne struktury liści i traw tworzą harmonijne deformacje – kompozycje skończone, które pozwalają się czytać językiem estetyki. Nie potrafię wskazać konkretnego momentu, kiedy to się dzieje, że od obserwacji tych kilku przedmiotów poprzez relację i sprawozdanie, przechodzę do rozważań nad obrazem, który jest już czymś innym niż same obiekty banalne, ale jednak pozostaje permanentnie z nimi związany.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Przechodząc od percepcji do wyobraźni dokonuję tego, co Jean-Paul Sartre w swojej koncepcji estetyki uważał za warunek konieczny, aby można było mówić o sztuce: zarówno artysta jak i odbiorca muszą dokonywać tej konwersji nieustannie – artysta tworząc, a odbiorca – patrząc i interpretując. &lt;em&gt;Obiekty banalne&lt;/em&gt; Tomasza Sobieraja prowokują wyobraźnię w sposób naturalny i konieczny, odkrywając tym samym swoją autonomiczność, którą tak trudno zwerbalizować, jak zresztą wszystko co związane jest z obszarem metafizyki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;[1] Szymborska, W. (1997). &lt;em&gt;Widok z ziarnkiem piasku&lt;/em&gt;. W: &lt;em&gt;Widok z ziarnkiem piasku. 102 wiersze.&lt;/em&gt; Wydawnictwo a5, Poznań, str. 107-108.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Tekst pochodzi z katalogu wystawy Tomasza Sobieraja &lt;em&gt;Banal Objects&lt;/em&gt;; Fotoseptiembre USA - SAFOTO, Instituto Cultural de México, San Antonio, USA, 2011.&lt;/span&gt; &lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3935343907532337425-5845016001583793604?l=krytykaliteracka.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/5845016001583793604'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/5845016001583793604'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://krytykaliteracka.blogspot.com/2011/12/esej-katarzyna-karczmarz-od-percepcji.html' title='Esej: Katarzyna Karczmarz OD PERCEPCJI DO WYOBRAŹNI'/><author><name>____________________</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01758159771234876142</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3935343907532337425.post-8896202245645163319</id><published>2011-12-05T22:54:00.000-08:00</published><updated>2011-12-05T22:56:26.160-08:00</updated><title type='text'>Felieton: Igor Wieczorek DEMON NAMIĘTNOŚCI</title><content type='html'>&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;W przeciwieństwie do organizmów prymitywnych, które rozmnażają się zwykle przez podział, człowiek rozmnaża się drogą reprodukcji płciowej. To arcyciekawe zjawisko bawi producentów pornografii. Pornografia – ich zdaniem – sprzyja nawiązywaniu więzi międzyludzkich i dopomaga w przezwyciężaniu napięć tkwiących w anonimowym społeczeństwie. Wielu polityków, psychologów i biegłych sądowych twierdzi nawet, że w krajach, które wprowadziły do rozpowszechniania pornografię, odnotowuje się wyraźny spadek liczby przestępstw seksualnych.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Oburzeni moraliści stawiają problem inaczej. Ich zdaniem pornografia jest przejawem alienacji seksualnej. Seks, związany pierwotnie z funkcją prokreacyjną, przekracza ramy popędu i staje się kopulacją niezgodną z pierwotnym sensem. Taka zwyrodniała kopulacja jest dezintegracją miłości. Zarówno zwolennicy, jak i przeciwnicy pornografii uważają się za nonkonformistów. Czy są nimi rzeczywiście?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Chyba jedynym prawdziwym nonkonformistą w historii kultury polskiej był Piotr Odmieniec Włast.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Piotr Odmieniec Włast urodził się w 1876 roku w Grabowie nad Pilicą jako… Maria Komornicka, drugie z siedmiorga dzieci Anny z Dunin-Wąsowiczów i Augustyna Komornickiego. Wychowana w ziemiańskiej rodzinie, odebrała bardzo staranne wykształcenie i już w wieku szesnastu lat ujawniła niezwykły talent pisarski.. Nie tylko w rodzinnym Grabowie, ale i na warszawskich salonach uchodziła za cudowne dziecko.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W 1892 roku „Gazeta Warszawska” opublikowała jej pierwsze opowiadanie pt. „Z życia nędzarza”, a dwa lata później ukazał się tom poezji pt. „Szkice”. Z treści tych utworów wynikało niezbicie, że autorka źle się czuła w atmosferze pospolitości i podłości panującej w polskim społeczeństwie. Szczególnie nienawidziła „rzezimieszków dziennikarskich”, „ludzi-byków”, „ludzi-świń” i „ludzi z drewna”. W 1903 roku podczas pobytu w Paryżu poczuła, że jest mężczyzną. Najpierw kazała sobie usunąć wszystkie zęby, by uformować nową twarz, a następnie spaliła swoje suknie, przywdziała męski strój i ogłosiła rodakom, że nie jest już Marią Komornicką, ale nowym wcieleniem Piotra Własta, legendarnego założyciela rodu Dunin-Wąsowiczów, z którego pochodzi jej matka. Za ten bunt przeciwko konformistycznemu społeczeństwu zapłaciła wysoką cenę. Po powrocie do kraju została osadzona w domu wariatów, potępiona, wzgardzona i wyklęta na wieki wieków.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Być może dano by jej święty spokój, gdyby transpłciowość była w owym czasie powszechnie znanym zjawiskiem, a z pewnością byłaby takim zjawiskiem, gdyby istniał Internet, w którym – zdaniem wielu specjalistów – już blisko 15% stanowią treści pornograficzne.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W miarę upływu czasu i w miarę rozwoju mass mediów polska opinia publiczna staje się coraz łaskawsza dla seksualnych „odmieńców”, czego najlepszym dowodem są polityczne sukcesy Anny Grodzkiej. Niestety ten wzrost tolerancji polega, między innymi, na wciąż rosnącym zainteresowaniu pornografią i wciąż malejącym zainteresowaniu literaturą erotyczną, która skłania nas przecież do nieco głębszej refleksji niż pornografia, dostarcza bardziej wysublimowanych bodźców estetycznych i zawsze ma jakiś walor edukacyjny.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przed paroma tygodniami uczestniczyłem w spotkaniu promującym zbiór wierszy pt. „Seksapil Duszy” autorstwa utalentowanej wrocławskiej poetki, Izabeli Moniki Bill, która potrafi pisać o miłości fizycznej tak niebanalnie i śmiało, że aż dziw. Słuchając jej pięknych wierszy, zastanawiałem się nad tym, dlaczego demon namiętności, który nawiedzał przed laty Piotra Odmieńca Własta, przestał nawiedzać odbiorców najnowszej polskiej poezji.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czyżby ten dziki demon już nie żył i nie miał się dobrze? &lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3935343907532337425-8896202245645163319?l=krytykaliteracka.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/8896202245645163319'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/8896202245645163319'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://krytykaliteracka.blogspot.com/2011/12/felieton-igor-wieczorek-demon.html' title='Felieton: Igor Wieczorek DEMON NAMIĘTNOŚCI'/><author><name>____________________</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01758159771234876142</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3935343907532337425.post-8795875187523239725</id><published>2011-12-05T22:49:00.000-08:00</published><updated>2011-12-05T23:42:45.462-08:00</updated><title type='text'>Pogranicza: Łukasz Jasiński MINIATURY</title><content type='html'>&lt;strong&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Perspektywa&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W moim pojęciu podejście sceptyczne świadczy o dystansie wobec świata, idea realistyczna o pełnej dojrzałości emocjonalnej, a ironiczny pesymizm – o inteligencji.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pracuję w skostniałym systemie, który w samym zarodku niszczy wszystkie możliwe wyróżniające się jednostki. I pod żadnymi pozorami nie płaci za wykonaną pracę, ale za spędzone godziny przy biurku. Nie toleruje aktywności osobistej, alternatywnej wizji pracy i jakichkolwiek odruchów słusznego protestu. Chętnie nagradza jednak za służalczość, uległość i posłuszeństwo. Na jakiej więc podstawie mam stworzyć solidne fundamenty nowego systemu? Po prostu poczekam jak nastąpi wymiana pokoleń – skuteczna jest tylko cierpliwość.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Bądź więc cierpliwy dla tego systemu, w którym nie liczy się wiedza i doświadczenie, ale układy polityczne i znajomości rodzinne. Bądź jeszcze bardziej cierpliwy dla tego systemu, w którym na samym starcie w dorosłym życiu zostaniesz zadeptany przez wszystkowiedzącą inteligencję i wszędobylskich indywidualistów. Bądź z całego serca cierpliwy dla tego systemu, któremu na imię: Rzeczpospolita Polska.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Tron &lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;em&gt;kiedy prawda boli&lt;br /&gt;kiedy możni tego świata&lt;br /&gt;i przyjaciele doradzają, abym patrzył nie moimi oczami&lt;br /&gt;&lt;/em&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Jan Twardowski&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;Na środku gabinetu stoi dębowe biurko, a za nim na ścianie wiszą w kolejności: Orzeł Biały na czerwonym polu. I nie ten współczesny – masoński, ale piastowski. Po prawej stronie z całą okazałością majestat jasnogórski nieustannie wykazuje troskę nad losami Ojczyzny. To Królowa – Matka Jezusa Chrystusa. A po lewicy na taborecie z jednym przymkniętym okiem śpi matejkowski Błazen – Stańczyk.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wnętrze nie posiada przewodów elektrycznych. Z tego powodu nie ma w nim światła – panuje całkowita ciemność. Może czasem zaświeci promyk słońca z przeciwległej ściany, gdzie znajduje się bardzo małych rozmiarów zakratowane okno. I nie jest to więzienie w sensie dosłownym i przenośnym – kraty są zrobione z cierniowej korony, którą w okresie Pasji miał na sobie Pan. Wyjątkowego uroku dodają drzwi – nigdzie ich nie ma. Więc?&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3935343907532337425-8795875187523239725?l=krytykaliteracka.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/8795875187523239725'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/8795875187523239725'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://krytykaliteracka.blogspot.com/2011/12/pogranicza-ukasz-jasinski-miniatury.html' title='Pogranicza: Łukasz Jasiński MINIATURY'/><author><name>____________________</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01758159771234876142</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3935343907532337425.post-3326605543963897026</id><published>2011-11-06T02:06:00.000-08:00</published><updated>2011-11-06T03:26:53.141-08:00</updated><title type='text'>OD REDAKCJI 11/2011</title><content type='html'>&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;Po publikacji w październikowej &lt;em&gt;Krytyce Literackiej&lt;/em&gt; nowych wierszy poetów zaliczanych do współczesnych klasyków polskiej literatury, nadeszło do redakcji kilka listów, których autorzy - głównie krytycy - stawiali tezę, że twórczość ta tkwi w &lt;em&gt;splendid isolation&lt;/em&gt;, zajmuje się rzeczami prywatnymi, realizuje whitmanowski program zachwytu nad każdą drobiną tego świata, ulega prawodawstwu wyobraźni, zwraca się do Boga, prezentuje postawę intelektualną i estetyzującą, a nie dostrzega rzeczywistości i wagi spraw bieżących. Trudno nam się z tymi sądami nie zgodzić, ale nie możemy ich potraktować jako zarzuty - przeciwnie, to właśnie jest dla nas najwyższa literatura, twórczość wyrwana spod dyktatury doczesności szybko popadającej w zapomnienie, i powstała bez przymusu nowatorstwa, które prowadzi donikąd. Żeby jednak udowodnić, że można pisać poezję nowoczesną, interwencyjną i o rzeczywistości, nie pozbawiając jej jednak walorów intelektualnych, etycznych i artystycznych, publikujemy kilka nieznanych wierszy &lt;strong&gt;Tomasza Sobieraja&lt;/strong&gt;. Te krytyczne utwory stanowią nie tylko realizację słów &lt;strong&gt;Czesława Miłosza&lt;/strong&gt;, że „prawda człowieka jest prosta i trzeba wyrażać ją prosto”, ale są też interesującym komentarzem do twórczości &lt;strong&gt;Tadeusza Dąbrowskiego&lt;/strong&gt; i &lt;strong&gt;Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego&lt;/strong&gt;, brzmią w niej także echa poglądów filozoficznych &lt;strong&gt;Henry'ego Davida Thoreau.&lt;/strong&gt; W listopadzie kolejne nowe wiersze prezentują również: &lt;strong&gt;Józef Baran&lt;/strong&gt;, &lt;strong&gt;Maciej Cisło&lt;/strong&gt; i &lt;strong&gt;Roman Kaźmierski&lt;/strong&gt;; umieszczamy niepublikowane opowiadanie &lt;strong&gt;Andrzeja Tchórzewskiego&lt;/strong&gt; z 1957 roku, &lt;strong&gt;Jana Siwmira&lt;/strong&gt; recenzję zbioru opowiadań &lt;em&gt;Taxi, taxi!&lt;/em&gt; (książka nie w naszym guście, ale recenzja dobrze napisana), rozprawę &lt;strong&gt;Klaudii Bączyk&lt;/strong&gt; o koncepcji religii w &lt;em&gt;Xiędzu Fauście&lt;/em&gt; &lt;strong&gt;Tadeusza Micińskiego &lt;/strong&gt;i esej &lt;strong&gt;Joanny Turek&lt;/strong&gt; o filozoficzności fotografii i fotogeniczności filozofii.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Miło nam poinformować, że pierwsze, historyczne &lt;strong&gt;Targi Książki w Katowicach&lt;/strong&gt; odbyły się z udziałem między innymi &lt;strong&gt;Andrzeja Ziemiańskiego&lt;/strong&gt;, &lt;strong&gt;Kazimierza Kutza&lt;/strong&gt;, &lt;strong&gt;Marka Krajewskiego&lt;/strong&gt; i &lt;strong&gt;Jana Siwmira&lt;/strong&gt;, naszego wspólpracownika i autora tomiku poetyckiego zatytułowanego &lt;em&gt;Pytania na źle zadane odpowiedzi&lt;/em&gt;. Mieliśmy przyjemność patronować tej publikacji. Redakcja &lt;em&gt;Krytyki Literackiej&lt;/em&gt; składa autorowi gratulacje i życzy dalszych sukcesów!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;em&gt;KL&lt;/em&gt; &lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3935343907532337425-3326605543963897026?l=krytykaliteracka.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/3326605543963897026'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/3326605543963897026'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://krytykaliteracka.blogspot.com/2011/11/od-redakcji-112011_06.html' title='OD REDAKCJI 11/2011'/><author><name>____________________</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01758159771234876142</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3935343907532337425.post-8101683765321740974</id><published>2011-11-06T02:04:00.000-08:00</published><updated>2011-11-06T10:26:11.054-08:00</updated><title type='text'>Rozprawa: Klaudia Bączyk O KONCEPCJI RELIGII W „KSIĘDZU FAUŚCIE” TADEUSZA MICIŃSKIEGO</title><content type='html'>&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Wraz z Jezusem apokryficznym chodzę po karczmach,&lt;br /&gt;gdzie Jezus śnił, że był na Tronie Synostwa Bożego, a Judasz&lt;br /&gt;tymczasem zjadał gęś pieczoną. Wraz z Dantem poddam się cudnym&lt;br /&gt;legendom o piekle świętego Brandana, Patryka lub źródłowym opisom&lt;br /&gt;piekła pod Wezuwiuszem i Etną!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;[T. Miciński, XF, s. 159.]&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„Xiądz Faust” Tadeusza Micińskiego od pierwszego wydania wywoływał liczne kontrowersje. Chaotyczność gatunku, nowatorstwo oraz reinterpretacje mityczne składały się na ową złożoność w odbiorze tekstu. Z jednej strony bowiem zauważano oryginalność powieści i twórczości samego Micińskiego, którego:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;nie można zaklasyfikować do żadnego kierunku literackiego. Nie dostrzega się u niego śladów tresury społecznej, tak jaskrawo rzucającej się w oczy u każdego wybitniejszego beletrysty. Sam tworzy własną sztukę, wyznaje własne poglądy, pisze własnym stylem [1],&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;z drugiej natomiast dostrzeżono brak wewnętrznej spójności i wielość dygresji [2]. Zdaje się bowiem czymś naturalnym, że stworzenie nowego, całkowicie odmiennego od dotychczasowych gatunku musiało spotkać się z pewnym zaskoczeniem i sceptycyzmem. Jak bowiem wykreować powieść, która zupełnie inaczej prezentowałaby rzeczywistość? Jak zrodzić gatunek, o którym nawet po latach dyskutowałoby się z równą zaciekłością, co w czasach jego wprowadzenia? I ostatecznie jak stworzyć powieści, o których pisano by: „Proza Micińskiego zmierzająca do oddania najczystszej treści wyobrażeń o życiu staje się niejako prawzorem Witkiewiczowskiej czystej formy” [3]. Silna norma gatunkowa ukształtowana niejako od XVIII wieku oraz silnie zakorzeniony model realizmu spowodowały, że trudno było wyjść naprzeciw powieściom nowatorskim, o odmiennej narracji i tematyce [4]. Dopiero bowiem w epoce Młodej Polski zauważyć można pewnego rodzaju „rozluźnienie” statyczności powieści realistycznej, dopuszczające do utworu narratora personalnego oraz różne elementy języka poetyckiego. Gdy zatem do powieści zaczynały przedostawać się elementy wypierające obiektywizm i związek z rzeczywistością, ze swą teorią odnośnie sztuki i powieści postanawia wkroczyć Miciński. Chce on wykorzystać ten wysoki gatunek do przekazywania własnych poglądów, gdzie czytelnik nie tyle miał przestać zastanawiać się nad fabułą, ale zacząć nią żyć oraz wszelkimi elementami ją tworzącymi. Stworzenie więc przez Micińskiego „powieści – worka” ujmuje sam gatunek jako wykładnik różnych tekstów narracyjnych, na tle których silnie zaznaczyć winno się autotematyzm [5]. Odczytanie sensu utworu w tym przypadku polegało na rozpoznaniu licznych nawiązań, stając się wdrążeniem w swoistą księgę dla wtajemniczonych. Tym samym proza Micińskiego wiązała się przede wszystkim z koniecznością wyjścia poza bariery standardowych interpretacji, odrzucenia dawnej koncepcji powieści i z innym, aniżeli tradycyjny odbiór literatury [6].&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„Powieść – worek” jest zatem modelem praktyki powieściopisarskiej, określonej poprzez dwa konteksty historyczne: podobieństwo metod przekształcania się powieści klasycznej w „nowoczesną” oraz potencjał historyczny [7]. Rozpatrując Xiędza Fausta pod względem tych dwóch wyznaczników, należy zwrócić uwagę, iż u Micińskiego są one niezwykle silne połączenie. Wychodząc bowiem poza klasyczną interpretację powieści, stara się z niej stworzyć pewnego rodzaju traktat, zapis własnych przekonań [8]. Zdaje się, że najpełniej udaje mu się to osiągnąć poprzez odwołania do literatury oraz mitologii. Jak zauważa Stanisław Eile: „[...] kreacyjny charakter tej powieści polega bowiem przede wszystkim na uniezwyklaniu rzeczywistości empirycznej, która stanowi punkt wyjścia, a nie przedmiot naśladownictwa artystycznego” [9]. Czytelnik zostaje wplątany w swoistą grę, gdzie naczelną kwestią okazują się wierzenia. Religia będzie zatem odgrywać niezwykle silną rolę w kreacji fabuły, tym samym ukazując magiczność świata przedstawionego. Jak podkreśla Sabina Brzozowska, odwoływanie się do mitycznych symboli było popularnym zabiegiem artystycznym:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Młodopolanie zdawali sobie sprawę z szerokiego wyboru rekwizytów w modernistycznej garderobie kultury. [...] Słowem, mitologiczny bodziec implikuje wiele możliwości kreacyjnych [10].&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wykorzystywanie znanych postaci mitologicznych i biblijnych stanowi zatem element „wygody” dla twórców, bowiem wyznacza dla grona odbiorców szereg skojarzeń, ujawniając kod mityczny. Miciński wykorzystuje swych bohaterów do obalenia utrwalonych wzorców. Początkowo odwołania stanowią kostium artystyczny dodający patosu, po czym stają się jedynie rekwizytem mającym na celu „złamanie szyfru rzeczywistości” [11]. Pisarz czerpie z mitologii, chcąc w ten sposób: nadać utworowi kosmiczny wymiar, mitologizować ogólnoludzkie przeżycia, uniezwyklić krajobrazy oraz deformować rzeczywistość [12]. Jak zauważa Michał Głowiński: „Mit nie jest jednak tylko sprawą przyswojenia zastanego wątku, ujmowanego w kategoriach religijnych lub poetyckich, chodzi przede wszystkim o nadanie mu nowego znaczenia” [13]. Prowadząc czytelnika po wykreowanym przez siebie zbiorze różnorodnych postaci, Miciński chce wykazać złożoność ludzkich przekonań oraz pokazać, czym jego zdaniem winna być prawdziwa religia i czy ma prawo funkcjonować w oparciu o często sprzeczne koncepcje.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pierwszym, a zarazem najbardziej widocznym nawiązaniem do mitu stanie się sam tytuł dzieła. Poprzez księdza Fausta powielony bowiem zostanie schemat kapłaństwa i paktu z Szatanem. Istotną kwestią w przedstawianiu tej postaci stanie się tutaj świadoma gra stereotypami. Uwikłanie bohatera oraz jego towarzyszy w świat literatury musiało bowiem owocować pewnym schematyzmem, charakterystycznym sposobem myślenia. Jednorazowa prawda ukazana w tym utworze różnić się będzie jednak od przekazu Goethego. Miciński zdecyduje się bowiem podjąć dialog z tradycją, odwołując się do znanych fabuł, tworząc z nich przekaz quasi-sakralny. W tym zdawałoby się chaotycznym labiryncie ukazane zostaną treści metafizyczne, samo przesłanie autora. Liczne odwołania do literatury, związanie jej bohaterów z losami postaci mitologicznych przyczynią się do reinterpretacji opowieści, które dla wielu uznawane są za prawdziwe, a niekiedy nawet za święte [14]. Ksiądz Faust stanie się zatem pośrednikiem pomiędzy współczesnością a dorobkiem tradycji. Będąc symbolem-maską okaże się reprezentantem zagubionego narodu [15]. Jak zauważa jeden z bohaterów powieści: „łączą się w nim straszliwe kontrasty: wszak to mógł być człowiek najgorszy ze złych, jakiś Czezare Bordżia – a jawi się żywym posągiem na moście, przez który Polska przejść będzie musiała!” [16]. To z jego pomocą Miciński będzie mógł poruszyć nie tylko kwestie społeczne, ale przede wszystkim zaprezentować bogactwo własnych zainteresowań. W powieści połączy on zatem kult religii, filozofii, społeczeństwa oraz okultyzmu, przez co jeszcze dokładniej pozwoli czytelnikowi zrozumieć przeżycia osobiste bohaterów oraz ich przywiązanie narodowe.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kolejnym wyraźnym sygnałem przynależności utworu do kręgu kulturowego jest motto utworu [17]:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;[...] Życie na każdego z nas woła: - Bądź mężem i nie idź za mną,&lt;br /&gt;jeno za sobą! Jeno za sobą!&lt;br /&gt;Bądźmy wolni i nieustraszeni, w niewinnej samorodności z siebie&lt;br /&gt;Samych rośnijmy i kwitnijmy! -&lt;br /&gt;I oto gdy spoglądam na takiego człowieka, dzwonią mi w uchu dziś jeszcze, jak niegdyś, te same zdania: że namiętność lepsza jest&lt;br /&gt;od stoicyzmu i obłudy; że być uczciwym nawet w złym, to lepiej niż zatracić samego siebie w obyczajności, przekazanej zwyczajem;&lt;br /&gt;że wolny człowiek może być równie złym jak dobrym, że jednak&lt;br /&gt;niewolny człowiek jest hańbą natury i w żadnej nie uczestniczy niebiańskiej czy ziemskiej pociesze; wreszcie, że każdy, kto chce być wolnym, musi stać się nim przez samego siebie, i że nikomu wolność, jak dar cudowny, nie spadnie w podołek. (F. Nietzsche, cyt. za: XF, s. 2.)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Odwołanie do Fryderyka Nietzschego ma wyraźnie charakter informacyjny i zdaje się mówić odbiorcy: przypomnij sobie ideę autora dotyczącą wolności jednostki oraz śmierci Boga, zauważ przyczyny, które doprowadziły do owego stanu. Poszukiwanie drogi wyjścia z nadchodzącej zagłady, upadek człowieczeństwa zauważyć będzie można także i w dalszej części utworu, gdzie metafora śmierci Boga przeplata się z gnostycką wizją Demiurga [18]. Z jednej strony dostrzec będzie można odrzucenie wiary i moralności, z drugiej natomiast powolny upadek Pana, który: „jest niczym innym jak błyskawicowym Sensem otchłani życia, staczającym się w pozorny Absurd” [19]. Jak łatwo zauważyć Miciński buduje obraz Boga na zasadzie przeciwieństw pomiędzy ortodoksją a ateizmem [20]. Jego poszukiwanie wiąże się jedynie z biurokracją i monotonią rytuałów, które już dawno zatraciły swą wartość. Tym samym staje się krytykiem obecnego kościoła, dopatrując się w nim jedynie obłudy i materializmu. Ksiądz Faust będąc orędownikiem prawdziwej wiary, stara się odnaleźć odpowiedź na podstawowe pytania: jak w takim świecie odnaleźć Boga?, jak żyć w zgodzie z prawdziwą religią? W oparciu o swe doświadczenia buduje definicję człowieka religijnego, który: „rzuci całą istotność swą w przestrzeń twórczą, na spotkanie z Istotnością Najwyższą” [21]. Ludzie nie mają zatem doszukiwać się wytłumaczenia religii, a po prostu jej zawierzyć [22]. Tylko dzięki prawdziwemu poświęceniu można powrócić do pierwotnej wizji religii. Nie jest bowiem możliwe, by na zgliszczach wiary zbudować nowy, lepszy świat. Dzisiejsza religia, jak wskazuje ksiądz Faust:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przebywa straszliwy kryzys: robią z nią obrachunki, wytykając wszystkie winy i niedołęstwa umysłu ludzkiego za tysiąclecia. Skopana i zbita, nie umiejąca się bronić – inaczej niż piskiem fanatycznych pokątnych pisarzy, pokornym poświęceniem sióstr miłosierdzia albo straszliwym Milczeniem. (XF, s.163.)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zagrożeniem dla świata okazuje się być wszędzie rozprzestrzeniający się materializm. Wybór Boga wiąże się z dewocją bądź obłędem. Całkowite oddanie się sile wyższej świadczy zatem o słabości jednostki, która usilnie potrzebuje wsparcia23. Jednocześnie ksiądz przyznaje, że rozumie ludzką potrzebę wiary, bowiem w zetknięciu ze złem świata (tutaj przytacza opowieść o zniszczeniu Mesyny) człowiek okazuje się jednostką małą i niezwykle samotną. Zdaniem autora należy zatem wyjść z teologicznych sporów i „wznieść jedno światełko, jeden punkt przyciągający, aby nastąpiło stopniowe rozjarzenie całego wnętrza” [24].&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Utwór podzielony jest na liczne traktaty, wykłady, opowiadania etc., na przestrzeni których zauważyć można niejednorodny styl narracji, powodujący pewne „rozczłonkowanie” akcji. „Xiądz Faust” ze względu na swą workowatość nie jest bowiem lekturą łatwą. Powieść składa się z kilkunastu luźnych opowieści, których elementem scalającym okazuje się być tytułowa postać. Z jednej strony zatem widać uduchowionego księdza Fausta, z drugiej natomiast jego adepta, bohatera poszukującego prawdy – Piotra [25]. Tytułowy bohater stanowi połączenie Lucyfera, Chrystusa i Fausta, stając się przedstawicielem koncepcji „lucyferyzmu chrystusowego”. Należy przy tym dodać, iż Miciński dostrzegał w niej pewnego rodzaju aktywność realizującą wartości absolutne. Jak wskazuje Zbigniew Kuderowicz: „Lucyferyzm przybiera wielorakie postacie, jak egoizm, zbrodniczość, nietolerancja, miłość zmysłowa” [26]. Jest on koncepcją zawierającą w sobie dochodzenie do wiedzy oraz tworzenie, którego nieodzownym czynnikiem staje się cierpienie. Nie można bowiem działać bez walki i zmagań z przeciwnościami. Wewnętrzne rozdarcie powoduje niepewność, która przejawia się jako siła dezintegrująca. Brak spójności staje się zatem przyczyną zarówno konfliktów narodowych, społecznych, jak i religijnych. Co istotne, zdaniem Micińskiego lucyferyzm jest niezbędnym elementem ludzkiej egzystencji. To dzięki niemu człowiek czuje się spełniony, ma zdolności twórcze. Autor wielokrotnie wspomina o Lucyferze, stawiając go na równi z Chrystusem:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Miałem jednak dane mniemać, że jak Chrystus rządzi w sferach religii naszych uczuć – w sferach Miłości, wyższej nad zmysłowość – tak Lucyfer jest Królem naszych Jaźni w dziedzinie Wiedzy. (XF, s. 79.)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W owej rywalizacji zdecydowanie zwycięża jednak Lucyfer, bowiem staje się on nośnikiem zła wpisanego w tajemnicę życia [27]. Jak zauważa Henryk Dubowik: „Postać Lucyfera jest więc u Micińskiego symbolem określonej postawy wobec życia, jest towarzyszącą człowiekowi stale pokusą i refleksją” [28]. Autor prezentuje dokładną definicję lucyferyzmu, utożsamiając go z poczuciem mocy, z żywiołem. Zaspokaja on popędy życiowe, pomaga osiągnąć wiedzę. Okazuje się być nieodłącznym zjawiskiem, czymś więcej niż tylko metafizyczną koncepcją:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ale Lucyfer nie był dla nas tylko mitem czy symbolem. Wyczuwaliśmy jego obecność w Kosmosie, razem rozmyślaliśmy o Lucyferze i jego straszliwej samotni. (XF, s. 81.)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ksiądz Faust jako przedstawiciel narodu staje się reprezentantem koncepcji Micińskiego [29]. Łącząc w sobie cechy lucyferyzmu staje się jednym z ludzi, nie tracąc przy tym znamion boskości. Jak bowiem zauważa Michał Głowiński: „nie można mitowi nadać takiej postaci, która nie miałaby jakichś, choćby minionych zapowiedzi w przeszłości” [30]. Faust jest przedstawicielem dwóch światów: ludzkiego i boskiego. W jego losy wpisany zostaje trudny temat śmierci, a jego działania stają się asumptem do pytania o istotę człowieczeństwa [31]. O jego przynależności do magicznego świata świadczyć mogą demoniczne zdolności, uczestnictwo w wydarzeniach sprzed wieków oraz bogactwo doświadczeń. Mag przyjmuje pozę Mistrza, starając się poprowadzić bohatera przez meandry swej skomplikowanej biografii. Tym samym Miciński powiela w swym utworze popularny motyw Mędrca-Przewodnika. Jak wskazuje Jan Prokop:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przewodnik-Nauczyciel wyprowadza ucznia poprzez grożące niebezpieczeństwa ze stanu niedojrzałości i niewiedzy. Otwiera mu wszystkie bramy wtajemniczeń i objawia istotę rzeczy. Uczy go poznać świat i siebie samego, odkrywa mu piekło i niebo i pokazuje w jaki sposób należy zintegrować wszelkie doświadczenia w harmonijną całość. Mistrz wyprowadza adepta z osaczenia. Jego mądrość pomaga uczniowi osiągnąć dojrzałość [32].&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Faust opowiada o walce chuci z ofiarnością, o powołaniu, o dostrzeżeniu własnej demoniczności i odkryciu mocy. Jego historia wydaje się być opowieścią buntownika, osoby szalonej. Tak naprawdę bowiem ksiądz sam kreuje się na postać niezwykłą, przypisując sobie pewnego rodzaju boskość, obnażając przed słuchaczem proces śmierci i zmartwychwstania, dochodzenie do jedności z absolutem [33]. Nazwany zostaje apostołem, który:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ma uczniów swych, towarzyszów i mistrzów nawet: z nimi w kuźnicy czynu natchnionego – tworzą... odgadnij!... skrzydła!! Tak, niczego ludziom nie potrzeba więcej niż skrzydeł. (XF, s. 155.)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ksiądz w swej opowieści decyduje się zrzucić z piedestału dawnych bohaterów, nie omijając w swych poczynaniach Boga. Jednocześnie stara się pokazać katastrofizm świata, dramat współczesnych, którzy w zestawieniu z teraźniejszością gubią się, nie mogąc odnaleźć sensu własnej egzystencji. Świat w takim ujęciu jawi się jako swoista Wieża Babel, w której:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kainy współczesne zabijają dusze, a my uśmiechamy się z obojętnością chińskich marionetek. (XF, s. 11.)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Troski indywiduum mieszają się z potrzebami zbiorowości. Konrad do którego porównany zostaje Faust, podobnie jak w utworze Adama Mickiewicza, staje się współczesnym Prometeuszem walczącym o przyznanie boskiej władzy nad światem. Rzuca się w wir walki z bogami i nawykami upadłych ludzi. Jednocześnie zdaje on sobie sprawę z ludzkiej małości i bezsensowności własnych poczynań:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Człowiek-Prometeusz, z swymi słabymi zmysłami, z swym rozumem, a nawet intuicją i ekstazą – znajduje się wobec takich bezmiarów, że jeśliby całą wiedzę zdobytą sprowadzić do alfabetu, ludzkość dopiero jest w alfie. [...] Wniosek, że niepodobna ani nie wolno wyłamywać się z praw tego świata; nie wolno gardzić materią, wiedzą, doświadczeniami, nawet zmysłowością i zwątpieniem! (XF, s. 199.)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Poprzez stronnice powieści czytelnik poznaje kolejne etapy wtajemniczenia Piotra, jego drogę dochodzenia do prawdy. Miciński, kreując tę postać nawiązuje do motywu ślepca, łącząc go z toposem wędrowca-tułacza, który stara się zrozumieć skomplikowany mechanizm życia [34]. W pewien sposób opowieść ta stanowi proces puryfikacji, inicjację zagubionego człowieka, ratowanie upadającego społeczeństwa [35]. Jak wskazuje Wojciech Gutowski: „Piotr przejmuje od swego nauczyciela nie tylko zasób wiedzy, lecz przede wszystkim dyspozycję aktywnego dążenia do prawdy” [36]. Faust otwiera się przed rewolucjonistą, a jego opowieść staje się swoistym rachunkiem sumienia. Historię tę uzupełniają wypowiedzi Imogeny, która: „odkrywa najbardziej stłumione, naganne przeżycia” [37]. Świat przez nią ukazany jawi się jako zły i amoralny. Religia w takim ujęciu łączy się z cielesnością, a duchowość jest jedynie maską do ukrycia niepohamowanych instynktów. Życie ludzkie okazuje się być zbiorem sprzecznych elementów:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Życie jest świętością, jak nie było jeszcze świętych, i wraz potworem, jak nie było jeszcze potworów.&lt;br /&gt;Obok heroicznych przejawów drzemią w nas instynkty dawniejsze niż te czasy, gdy dzikie&lt;br /&gt;hordy zjeżdżały z wyżyn Pamiru w żyzne fiordy wielkiego morza, które falowało na dzisiejszym Gobi...&lt;br /&gt;Instynkty mądre i okrutne jak instynkt os rozbójniczych, które paraliżują swą ofiarę, aby nie mogła poruszyć się...&lt;br /&gt;Gąsienica, której tylko nerwy ruchu są nakłute jadem, wegetuje, zostając świeżą strawą dla poczwarki przez całe sześć tygodni, gdy jest pożerana żywcem. (XF, s.77.)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Rzeczywistość staje się okrutnym koszmarem sennym, gdzie każdy ma prawo do sprawowania władzy. W opowieści Imogeny nie ma bowiem podziału na istoty realne i fantastyczne. W świecie bohaterki religia łączy się z okrucieństwem, modlitwa zastąpiona zostaje brutalnością, a realizm miesza się z absurdem. Występują przy tym równolegle ujęcia patetyczne i groteskowe [38]. Zespolenie sfery sacrum i profanum dokonuje się tutaj na kilku płaszczyznach, z czego najistotniejszą zdaje się być poddanie się instynktom, a w szczególności chuci. W młodopolskich orgiach elementem znaczącym okaże się żywioł regresu, o wyraźniejszej niż krew (nieodzowna w perwersyjnych orgiach) negatywnej semantyce [39]. Bohaterowie chętnie oddają się szaleńczym tańcom, zaspokajając w ten sposób potrzeby fizyczne i duchowe. Swoim zachowaniem pokazują potrzebę sadyzmu i nekrofilii. W ten sposób Miciński odwołuje się do bachtinowskiej karnawalizacji, w której: „orgia przeciwstawia totalną wizję pełnego bogactwa życia, gdzie mieści się góra i dół, mózg i brzuch, piękno i brzydota, radość i śmierć w groteskowym przemieszaniu” [40]. Ogarnięci szałem, doskonale wpisują się w chaotyczny świat niewiary i poczucia zagubienia. W swym postępowaniu dopatrują się oni przeżyć metafizycznych. Zbyt ciasne więzy dogmatów kościelnych powodują, że bardzo chętnie oddają się niepohamowanej wolności:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Rozgłośny bachancki śpiew był mi odpowiedzią: dla nich było to umówionym sygnałem do rozpoczęcia orgii. Dobyli noży i szpad, zaczęli z furią walczyć. Nawet zakonnice wmieszały się do zaciekłego boju. Religia światła z nich odpadła jak koszule, które ściągnęły. Wyciemniły ze siebie religię czaru, wpiekłowzięć, czeluści Inferna, zwiedzanych przy gromnicach żądzy – niby kapłanki Sziwy zaśpiewały pieśń złowieszczą. Rozpoczął się wir tańców, zgaszono światło – już nie można było dojrzeć niczego. (XF, s. 87.)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tak naprawdę jednak ów nieokiełznany taniec pokazuje samotność i tragizm jednostek. Bohaterowie zdają sobie sprawę z własnego położenia i dlatego właśnie szukają drogi wyjścia. Taniec zatem staje się wynikiem alienacji jednostek: „wolnych, a więc nieobronionych” [41]. Dzikość postaci oraz ich brutalność ukazują kult Dionizosa, który łączył w sobie: „witalizm i melancholię, biologizm i mistycyzm, ogień i wodę, pierwiastek męski i żeński” [42]. Erotyzm w powieści jawi się jako nieodzowny element sfery sacrum, który, mimo iż pierwotnie zdaje się ją burzyć, tak naprawdę jedynie ją dopełnia. Wszystko w świecie ukazanym przez Micińskiego zmienia swe dawne miejsce, burząc dotychczasowy ład. Dysharmonie wprowadzane są celowo, uzupełniają otaczającą rzeczywistość, niejako ją wzbogacając. Religia w obrazie Micińskiego nie może istnieć bez aktu seksualnego, spokój bez morderstwa, a radość bez ofiar. Zespolenie się sfer sacrum i profanum w ostatecznym rozrachunku staje się tak silne, że zanikają pomiędzy nimi jakiekolwiek różnice, tworząc jedną, pozornie tylko chaotyczną całość. Miciński na tle owego misterium stara się wykazać upadek ludzkości, wszechobecny katastrofizm. Imogena w swej opowieści porusza zatem kluczowe zagadnienia dla ówczesnego społeczeństwa. Jednocześnie staje się wieszczką czytającą z kart przeszłości narodu. Niczym wyrocznia otwiera przed Piotrem zakazane rewiry życia. Wprowadzając postać kobiety – hermeneutki autor ukazuje złożoność międzyludzkich relacji, szukanie celu egzystencji. Wspólna droga prowadzi każdego z bohaterów do swoistego wyzwolenia: księdza i Imogenę wyprowadza z mroków pamięci, a Piotra z pesymistycznej wizji świata [43]. Śmierć Fausta nie kończy jednak jego misji. Tak naprawdę uwiarygodnia ona jedynie jego poglądy, ukazując przy tym rytualną ofiarność bohatera. Piotr będąc oświeconym, porzuci rolę rewolucjonisty i pretendować będzie do miana „apostoła mocy duchowej” [44]. Jego dalsza droga wiązać się będzie zatem z nauczaniem, przekazywaniem prawdziwej wiedzy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Całość stanowi niejako misterium, w którym czołowe role należą do przedstawicieli świata religii, sekt, nauki i literatury. Te przeciwstawne zjawiska jeszcze bardziej podkreślają chaotyczny charakter utworu. Na tle mrocznej scenerii rozgrywa się walka o dusze ludzi. Widać zatem oświeconego księdza oraz sceptycznego Piotra, dla którego walka Fausta zbudowana jest z elementów groteski i absurdu. Prowadzony przez magiczne labirynty, powoli zaczyna rozumieć sens powrotu do źródeł, w których odnaleźć można istotę człowieczeństwa. Ukazując dojrzewanie bohatera, Miciński prezentuje to, co dla jego twórczości najważniejsze [45], stając się „Słowackim swego czasu” [46].&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przypisy:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;[1] L. Krzywicki, cyt. za: T. Wróblewska, &lt;em&gt;Recepcja czyli nieporozumienia i mistyfikacje&lt;/em&gt;, [w:] &lt;em&gt;Studia o Tadeuszu Micińskim&lt;/em&gt;, pod red. M. Podrazy-Kwiatkowskiej, Kraków 1979, s. 63.&lt;br /&gt;[2] Zob. W. Bolecki, &lt;em&gt;Poetycki model prozy w dwudziestoleciu międzywojennym&lt;/em&gt;, Wrocław 1982, s. 33.&lt;br /&gt;[3] L. Pomirowski, &lt;em&gt;Walka o nowy realizm&lt;/em&gt;, Warszawa 1933, s. 45-46.&lt;br /&gt;[4] W. Bolecki, op. cit., s. 5.&lt;br /&gt;[5] Tadeusz Miciński poprzez liczne „erudycje” wprowadzał do utworu obce nazwy, nazwiska postaci oraz daty historyczne. Jak napisał Włodzimierz Bolecki: „Towarzysząca żywiołowości cytatów i encyklopedycznych omówień różnych zjawisk cywilizacji terminologia specjalistyczna była traktowana jako antyliteracka, obca polszczyźnie powieści”. (Ibidem, s. 27.)&lt;br /&gt;[6] Należało bowiem wyjść poza standardowe odczytanie powieści, burząc dotychczasowe poglądy, jakoby: „Definicja dobrej prozy jest następująca – odpowiednie słowa na odpowiednich miejscach. (...) Słowa w prozie powinny wyrażać znaczenie zamierzone (intended) i nic więcej, jeśli natomiast przyciągają one do siebie uwagę, to jest to, generalnie rzecz ujmując, błąd”. (L. Doležel, cyt. za: Ibidem, s. 5.)&lt;br /&gt;[7] Zob. Ibidem, s. 41.&lt;br /&gt;[8] W takim odczytaniu owa powieść stanowić może doskonały zbiór informacji o samym autorze, ujmując „workowatość” jako jedną z pozytywnych kategorii estetycznych. (Zob. E. Dąbrowska, Sztuka albo życie. Estetyka modernistyczna „Jedynego wyjścia” S. I. Witkiewicza, Kraków 2005, s. 112.)&lt;br /&gt;[9] S. Eile, &lt;em&gt;Antypowieść Micińskiego a estetyka młodopolska&lt;/em&gt;, [w:] &lt;em&gt;Studia o Tadeuszu Micińskim&lt;/em&gt;, op. cit., s. 115-116.&lt;br /&gt;[10] S. Brzozowska, &lt;em&gt;Klasycyzm i motywy antyczne w poezji Młodej Polski&lt;/em&gt;, Opole 2000, s. 97.&lt;br /&gt;[11] Ibidem, s. 123.&lt;br /&gt;[12] Zob. S. Eile, op. cit., s. 117-118.&lt;br /&gt;[13] M. Głowiński, &lt;em&gt;Mity przebrane&lt;/em&gt;, Kraków 1990, s. 7.&lt;br /&gt;[14] O stosunku do mitycznych opowieści na przestrzeni wieków pisze o tym M. Eliade: „Od ponad półwiecza uczeni zachodni umieszczają badania nad mitem w perspektywie wyraźnie kontrastującej z ujęciem, powiedzmy, dziewiętnastowiecznym. Zamiast traktować, tak jak to czynili ich poprzednicy, mit w potocznym tego słowa znaczeniu, to znaczy jako baśń, zmyślenie, fikcję, przyjęli oni takie jego rozumienie, jakie spotkać można w społecznościach archaicznych, w których mit oznacza – przeciwnie – historii prawdziwą, historię, która ma niezwykłą wartość, ponieważ jest święta, brzemienna w znaczenia i pouczająca”. (M. Eliade, cyt. za: T. Mizerkiewicz, &lt;em&gt;Stylizacje mityczne w prozie polskiej po 1968 roku&lt;/em&gt;, Poznań 2001, s. 35.)&lt;br /&gt;[15] Elżbieta Rzewuska wprost pisze o celu Micińskiego: „Twórczością swą chciał poeta dokonać przełomu w życiu narodu”. (E. Rzewuska, &lt;em&gt;O dramaturgii Tadeusza Micińskiego&lt;/em&gt;, Wrocław 1977, s. 9.)&lt;br /&gt;[16] T. Miciński, &lt;em&gt;Xiądz Faust&lt;/em&gt;, Kraków 2008, s. 151. (W dalszej części pracy dla utworu &lt;em&gt;Xiądz Faust&lt;/em&gt; Micińskiego będę operować skrótem XF)&lt;br /&gt;[17] Zob. T. Mizerkiewicz, op. cit., s. 30.&lt;br /&gt;[18] Tadeusz Miciński przytacza wizję Boga, który porzuca ludzi. Powiela tym samym gnostycką wizję mówiącą, iż: „osamotniony, pozbawiony wszelkiej podpory ze strony świata człowiek mógł nadal kierować swe serce ku pozaświatowemu Bogu, ale ów Bóg jest z istoty Bogiem nieznanym – agnostos theos – a w jego stworzeniu nie sposób dostrzec oznak jego istnienia.” (H. Jonas, &lt;em&gt;Religia gnozy&lt;/em&gt;, przeł. M. Klimowicz, Kryspinów 1994, s. 341.)&lt;br /&gt;[19] XF, s. 71.&lt;br /&gt;[20] Wspomina o tym także Wojciech Gutowski, pisząc: „Poglądy religijne Micińskiego dają wyraz postawie programowo antykonfesyjnej i bezwyznaniowej, antyfideistycznej i antyateistycznej”. (W. Gutowski, &lt;em&gt;Wprowadzenie do Xięgi Tajemnej. Studia o twórczości Tadeusza Micińskiego&lt;/em&gt;, Bydgoszcz 2002, s. 158.)&lt;br /&gt;[21] Ibidem, s. 340.&lt;br /&gt;[22] Tym samym Miciński przyznaje rację Newmanowi, który porównywał dowodzenie wiary do tortur. (Zob. Ibidem, s. 160.)&lt;br /&gt;[23] O owej przyczynie wspomina w swej książce Richard Dawkins: „Muszę jednak tylko po raz kolejny powtórzyć, że „ukojeniowy” aspekt jakichkolwiek przekonań nie ma żadnego związku z ich prawdziwością. Nie śmiałbym zanegować ludzkiej potrzeby emocjonalnego komfortu i nie śmiałbym tez stwierdzić, że wizja świata, jaką przedstawiam w swojej książce, może rzeczywiście pocieszyć chociażby tych, którzy stracili bliska sobie osobę. Pytam natomiast – czy, jeśli ukojenie, jakie daje religia, opiera się na neurologicznie więcej niż nieprawdopodobnej przesłance, iż możemy jakoś przetrwać śmierć własnych mózgów, naprawdę chcemy takiego ukojenia bronić?” (R. Dawkins, &lt;em&gt;Bóg urojony&lt;/em&gt;, przeł. P. J. Szwajcer, Warszawa 2007, s. 30.)&lt;br /&gt;[24] W. Gutowski, op. cit., s. 163.&lt;br /&gt;[25] Zob. W. Gutowski, Posłowie, [w:] T. Miciński, &lt;em&gt;Xiądz Faust&lt;/em&gt;, Kraków 2008, s. 477.&lt;br /&gt;[26] Z. Kuderowicz, &lt;em&gt;Historia i wartości integrujące&lt;/em&gt;, [w:] &lt;em&gt;Studia nad Tadeuszem Micińskim&lt;/em&gt;, op. cit., s. 171.&lt;br /&gt;[27] Zło bowiem zakorzenione jest w ludzkiej egzystencji, wpisane w losy ludzi, staje się czymś naturalnym, wszechobecnym. Jak dostrzega Zbigniew Kuderowicz: „Zagadnienia zła jako zjawiska społecznego czy indywidualnego, jego przyczyn i źródeł Miciński nie objaśnia przy pomocy analizy przebiegu wydarzeń historycznych, jak zwykli postępować historycy”. (Ibidem, s. 168.)&lt;br /&gt;[28] H. Dubowik, &lt;em&gt;Fantastyka w literaturze polskiej. Dzieje motywów fantastycznych w zarysie&lt;/em&gt;, Bydgoszcz 1999, s. 176.&lt;br /&gt;[29] Czuje się on zdecydowanie silniej związany z Lucyferem niż Chrystusem: „Wejrzałem już, zostaję z Lucyferem jako jedyną realną metafizyką życia”. (XF, s. 104.)&lt;br /&gt;[30] M. Głowiński, op. cit., s. 92.&lt;br /&gt;[31] Zob. J. Ławski, &lt;em&gt;Erudycja – indywidualizacja – inicjacja. O Xiędzu Fauście Tadeusza Micińskiego&lt;/em&gt;, [w:] &lt;em&gt;Z problemów prozy. Powieść inicjacyjna&lt;/em&gt;, pod red. W. Gutowskiego, E. Owczarz, Toruń 2003, s. 175.&lt;br /&gt;[32] J. Prokop, &lt;em&gt;Żywioł Wyzwolony. Studium o poezji Tadeusza Micińskiego&lt;/em&gt;, Kraków 1978, s. 218.&lt;br /&gt;[33] Ksiądz nie unika porównań do Chrystusa, uznając swą ofiarność za niezwykle szlachetną. Jednocześnie przyznaje, że noszenie na barkach cierpień ludzi nie jest czymś łatwym. W pewnym momencie przyznaje: „Okropny ból ramienia mdlejącego – gdyż byłem rozpięty na krzyżu, zamiast Chrystusa”. (XF, s. 112.)&lt;br /&gt;[34] Zob. M. Podraza-Kwiatkowska, &lt;em&gt;Symbolizm i symbolika w poezji Młodej Polski&lt;/em&gt;, Kraków 1975, s. 159.&lt;br /&gt;[35] Zob. Ibidem, s. 235.&lt;br /&gt;[36] W. Gutowski, Posłowie..., op. cit., s. 479.&lt;br /&gt;[37] Ibidem, s. 497.&lt;br /&gt;[38] Zob. H. Dubowik, op. cit., s.177.&lt;br /&gt;[39] Zob. W. Gutowski, &lt;em&gt;Nagie dusze i maski. O młodopolskich mitach miłości&lt;/em&gt;, Kraków 1997, s. 38.&lt;br /&gt;[40] J. Prokop, op. cit., s. 247.&lt;br /&gt;[41] XF, s. 153.&lt;br /&gt;[42] S. Brzozowska, op. cit., s. 132.&lt;br /&gt;[43] H. Dubowik, op. cit., s. 481.&lt;br /&gt;[44] XF, s. 227.&lt;br /&gt;[45] Za najważniejsze w twórczości Micińskiego Stanisław Ignacy Witkiewicz uznaje: „głębokie tło metafizycznych przeżyć, tło nieskończoności, tajemnicy bytu, nie obniżone i nie nadryzione ani płytkim, półświadomym materializmem, ani zbyt doskonałym systemem filozofii dyskursywnej”. (S. I. Witkiewicz, cyt. za: T. Wróblewska, op. cit., s. 24.)&lt;br /&gt;[46] K. Czachowski, cyt. za: Ibidem, s. 28.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Literatura:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;T. Miciński, &lt;em&gt;Xiądz Faust&lt;/em&gt;, Kraków 2008.&lt;br /&gt;W. Bolecki, &lt;em&gt;Poetycki model prozy w dwudziestoleciu międzywojennym&lt;/em&gt;, Wrocław 1982.&lt;br /&gt;S. Brzozowska, &lt;em&gt;Klasycyzm i motywy antyczne w poezji Młodej Polski&lt;/em&gt;, Opole 2000.&lt;br /&gt;R. Dawkins, &lt;em&gt;Bóg urojony&lt;/em&gt;, przeł. P. J. Szwajcer, Warszawa 2007.&lt;br /&gt;E. Dąbrowska, &lt;em&gt;Sztuka albo życie. Estetyka modernistyczna „Jedynego wyjścia” S. I. Witkiewicza&lt;/em&gt;, Kraków 2005.&lt;br /&gt;H. Dubowik, &lt;em&gt;Fantastyka w literaturze polskiej. Dzieje motywów fantastycznych w zarysie&lt;/em&gt;, Bydgoszcz 1999.&lt;br /&gt;S. Eile, &lt;em&gt;Antypowieść Micińskiego a estetyka młodopolska&lt;/em&gt;, [w:] &lt;em&gt;Studia o Tadeuszu Micińskim&lt;/em&gt;, pod red. M. Podrazy-Kwiatkowskiej, Kraków 1979.&lt;br /&gt;M. Głowiński, &lt;em&gt;Mity przebrane&lt;/em&gt;, Kraków 1990.&lt;br /&gt;W. Gutowski, &lt;em&gt;Nagie dusze i maski. O młodopolskich mitach miłości&lt;/em&gt;, Kraków 1997.&lt;br /&gt;W. Gutowski, Posłowie, [w:] T. Miciński, &lt;em&gt;Xiądz Faust&lt;/em&gt;, Kraków 2008.&lt;br /&gt;W. Gutowski, &lt;em&gt;Wprowadzenie do Xięgi Tajemnej. Studia o twórczości Tadeusza Micińskiego&lt;/em&gt;, Bydgoszcz 2002.&lt;br /&gt;H. Jonas, &lt;em&gt;Religia gnozy&lt;/em&gt;, przeł. M. Klimowicz, Kryspinów 1994.&lt;br /&gt;Z. Kuderowicz, &lt;em&gt;Historia i wartości integrujące&lt;/em&gt;, [w:] &lt;em&gt;Studia nad Tadeuszem Micińskim&lt;/em&gt;, pod red. M. Podrazy-Kwiatkowskiej, Kraków 1979.&lt;br /&gt;J. Ławski, &lt;em&gt;Erudycja – indywidualizacja – inicjacja. O Xiędzu Fauście Tadeusza Micińskiego&lt;/em&gt;, [w:] &lt;em&gt;Z problemów prozy. Powieść inicjacyjna&lt;/em&gt;, pod red. W. Gutowskiego, E. Owczarz, Toruń 2003.&lt;br /&gt;T. Mizerkiewicz, &lt;em&gt;Stylizacje mityczne w prozie polskiej po 1968 roku&lt;/em&gt;, Poznań 2001.&lt;br /&gt;M. Podraza-Kwiatkowska, &lt;em&gt;Symbolizm i symbolika w poezji Młodej Polski&lt;/em&gt;, Kraków 1975.&lt;br /&gt;L. Pomirowski, &lt;em&gt;Walka o nowy realizm&lt;/em&gt;, Warszawa 1933.&lt;br /&gt;J. Prokop, &lt;em&gt;Żywioł Wyzwolony. Studium o poezji Tadeusza Micińskiego&lt;/em&gt;, Kraków 1978.&lt;br /&gt;E. Rzewuska, &lt;em&gt;O dramaturgii Tadeusza Micińskiego&lt;/em&gt;, Wrocław 1977.&lt;br /&gt;T. Wróblewska, &lt;em&gt;Recepcja czyli nieporozumienia i mistyfikacje&lt;/em&gt;, [w:] &lt;em&gt;Studia o Tadeuszu Micińskim&lt;/em&gt;, pod red. M. Podrazy-Kwiatkowskiej, Kraków 1979. &lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3935343907532337425-8101683765321740974?l=krytykaliteracka.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/8101683765321740974'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/8101683765321740974'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://krytykaliteracka.blogspot.com/2011/11/rozprawa-klaudia-baczyk-o-koncepcji_06.html' title='Rozprawa: Klaudia Bączyk O KONCEPCJI RELIGII W „KSIĘDZU FAUŚCIE” TADEUSZA MICIŃSKIEGO'/><author><name>____________________</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01758159771234876142</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3935343907532337425.post-1383867444452000467</id><published>2011-11-06T02:01:00.000-08:00</published><updated>2011-11-06T02:34:15.103-08:00</updated><title type='text'>Jest Poezja! Józef Baran, wiersze najnowsze</title><content type='html'>&lt;strong&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Małżeństwo&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;em&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;&lt;em&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Zosi&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;wyruszałem w tę podróż&lt;br /&gt;jak na studencki piknik&lt;br /&gt;bez niezbędnego ekwipunku&lt;br /&gt;z plecaczkiem podszytym wiatrem&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;wybierałaś się na tę wyprawę&lt;br /&gt;nie znając mnie prawie wcale&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;czy mogliśmy przewidzieć&lt;br /&gt;ten wiatr w oczy&lt;br /&gt;morza pustynie zasieki&lt;br /&gt;czyhające w oddali&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;to prawda&lt;br /&gt;morze rozstępowało się pod naszymi stopami&lt;br /&gt;w takt marsza weselnego&lt;br /&gt;ale zaraz potem&lt;br /&gt;powróciło na stałe miejsce&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;40 lat&lt;br /&gt;brnięcia przez pustynię&lt;br /&gt;fatamorgana piasek w oczy&lt;br /&gt;Sny o Ziemi Obiecanej&lt;br /&gt;i o&lt;br /&gt;odpoczynku&lt;br /&gt;który nigdy nie następuje&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;wielbłądy&lt;br /&gt;dźwigające na plecach&lt;br /&gt;obok bukłaków szczęścia&lt;br /&gt;tysiąc wzajemnych trosk&lt;br /&gt;i urazów&lt;br /&gt;od których nie zawsze udawało się&lt;br /&gt;uwolnić&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;po drodze&lt;br /&gt;tęcze&lt;br /&gt;miriady&lt;br /&gt;zwodnych gwiazd&lt;br /&gt;i księżyców&lt;br /&gt;gubienie się z oczu&lt;br /&gt;i schodzenie na powrót&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;miałaś na głowie&lt;br /&gt;dom z krzyczącymi dziećmi&lt;br /&gt;i&lt;br /&gt;zasłużyłaś&lt;br /&gt;na niejeden order&lt;br /&gt;anonimowa&lt;br /&gt;jak wiele&lt;br /&gt;cichych bohaterek&lt;br /&gt;codzienności&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;cóż mogłem ci dać&lt;br /&gt;za oparcie&lt;br /&gt;akrobata cyrkowy&lt;br /&gt;na dromaderze&lt;br /&gt;zajęty zawsze na boku&lt;br /&gt;cyrkowymi sztuczkami:&lt;br /&gt;połykaniem ognia&lt;br /&gt;ujeżdżaniem krnąbrnych słów&lt;br /&gt;ściganiem się z własnym cieniem&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;błąd poganialiśmy błędem&lt;br /&gt;bo wszystko zdarzało się&lt;br /&gt;pierwszy raz&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;i nie było to zwykłe hop-siup&lt;br /&gt;na pagórek&lt;br /&gt;lecz&lt;br /&gt;maratońska&lt;br /&gt;burzliwa&lt;br /&gt;wspinaczka&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;mieniłem się nastrojami&lt;br /&gt;bardziej od zmiennych ustrojów&lt;br /&gt;dziś prawie nie mam nic wspólnego&lt;br /&gt;z tym kim byłem kiedyś&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;a jednak&lt;br /&gt;dopisało nam&lt;br /&gt;szczęście mimo że pisane&lt;br /&gt;na chmurach i piasku&lt;br /&gt;i większość z tego&lt;br /&gt;co zamierzyliśmy&lt;br /&gt;koniec końców się spełniało&lt;br /&gt;a nawet o niebo więcej&lt;br /&gt;choć wiele karawan&lt;br /&gt;z pozoru szczęśliwszych&lt;br /&gt;rozwiał dawno pustynny wiatr&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;wciąż brniemy razem&lt;br /&gt;przez piaski Sahary&lt;br /&gt;i&lt;br /&gt;gdzie daleko w tyle za nami&lt;br /&gt;choć w zasięgu serca&lt;br /&gt;nasze dzieci&lt;br /&gt;z wnukami&lt;br /&gt;skaczącymi jak&lt;br /&gt;koźlątka&lt;br /&gt;co mają&lt;br /&gt;w oczach tysiąc&lt;br /&gt;wesołych&lt;br /&gt;gwiazdek&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Macierzyństwo&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;em&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;/em&gt;&lt;em&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Ewie&lt;/span&gt;&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Coś się od ciebie odrywa&lt;br /&gt;Coś co jest tobą i nie-tobą&lt;br /&gt;Coś się od ciebie oddala&lt;br /&gt;Stając się osobną osobą&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Chcąc nie chcąc się rozpoławiasz&lt;br /&gt;Na siebie i na nie-siebie&lt;br /&gt;Za tamtą tęsknisz tym mocniej&lt;br /&gt;Im łatwiej obywa się bez ciebie&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Podobnie księżyc w nowiu&lt;br /&gt;Dzieli się na dwie części&lt;br /&gt;Ta druga rośnie kosztem pierwszej&lt;br /&gt;Zapadając się w mroku świecisz&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Radość oczekiwania albo pieśń nad pieśniami&lt;br /&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;koguci heroldowie&lt;br /&gt;na cztery strony świata&lt;br /&gt;rozgłosili hejnał poranka&lt;br /&gt;który niesie się&lt;br /&gt;wysoko daleko&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;i gołębie wprost&lt;br /&gt;nie mogą się w sobie&lt;br /&gt;pomieścić z radości&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;zataczają&lt;br /&gt;nad wielką równiną&lt;br /&gt;srebrne koła&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;kwiaty&lt;br /&gt;trawy&lt;br /&gt;zioła&lt;br /&gt;poobwieszane brzemiennymi rosami&lt;br /&gt;przemienionymi&lt;br /&gt;pod dotknięciem świtu&lt;br /&gt;w kolie pereł&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;cała łąka&lt;br /&gt;skrzy się&lt;br /&gt;od uśmiechów&lt;br /&gt;porannych ros&lt;br /&gt;nadziewanych słońcem&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;gdy wszędzie&lt;br /&gt;jak okiem sięgnąć&lt;br /&gt;na horyzoncie&lt;br /&gt;jawią się&lt;br /&gt;oczekującej&lt;br /&gt;słoneczne twarze&lt;br /&gt;jej ukochanego&lt;br /&gt;powracającego&lt;br /&gt;po długiej rozłące&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;i gdy wszystkie&lt;br /&gt;drogi&lt;br /&gt;dróżki wybiegają mu&lt;br /&gt;naprzeciw&lt;br /&gt;i rozbiegają się&lt;br /&gt;po nieboskłonach&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Coranny lipcowy cud&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;zbudzić się by usłyszeć że kogut wypiał kolejny świt.&lt;br /&gt;a jego pianie rozchodzi się kręgami po widnokręgach&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;prawie słyszeć plask brzasku o szybę&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;trzymać w ręku klucz poranka do Wszechświata&lt;br /&gt;i do&lt;br /&gt;najczystszej gamy istnienia&lt;br /&gt;przez ptaki&lt;br /&gt;wyśpiewanej&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;w hołdzie Najjaśniejszemu Słońcu&lt;br /&gt;który ogrodzie zwiastuje znów&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;coranny cud&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;em&gt;Borzęcin, 2011&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Elegia późnego września&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;wrzesień. jeszcze się niesie trzepotliwy&lt;br /&gt;chichot ważek nad tatarakami&lt;br /&gt;lecz już po wystrzyżonych ścierniskach pól&lt;br /&gt;ciągnie tren promieni słońce - paw ze złamanymi skrzydłami&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;wrzesień. z wolna skapuje z czereśni i jabłonek&lt;br /&gt;złotolistna patoka&lt;br /&gt;jesień wytacza armatnie kule dyń&lt;br /&gt;szykując się do ostatniego ostrzału lata&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;wrzesień. pierwsze wiatry urwały się z łańcucha&lt;br /&gt;i roznoszą między drzew wierzchołkami&lt;br /&gt;niespokojne wieści o swych dalekich wojażach&lt;br /&gt;jakby chciały wyprowadzić ogród z równowagi&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;wrzesień. jeszcze koguty pieją słoneczne hejnały&lt;br /&gt;lecz już rzeki płynąc i płynąc&lt;br /&gt;pluszczą o osamotnieniu&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;z zieleni na jaw wyszły zamaskowane cmentarze&lt;br /&gt;przypominając coraz natarczywiej&lt;br /&gt;o swym ISTNIENIU&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;em&gt;Borzęcin, 2011&lt;/em&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3935343907532337425-1383867444452000467?l=krytykaliteracka.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/1383867444452000467'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/1383867444452000467'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://krytykaliteracka.blogspot.com/2011/11/jest-poezja-jozef-baran-wiersze.html' title='Jest Poezja! Józef Baran, wiersze najnowsze'/><author><name>____________________</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01758159771234876142</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3935343907532337425.post-6364460973728265160</id><published>2011-11-06T01:47:00.000-07:00</published><updated>2011-11-06T01:52:48.862-08:00</updated><title type='text'>Jest Poezja! Maciej Cisło, wiersze najnowsze</title><content type='html'>&lt;strong&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Kos po chińsku wygina głos&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kos po chińsku wygina głos.&lt;br /&gt;Leżę w trawie i robię nic.&lt;br /&gt;W lustrach stawu – obłoków stos.&lt;br /&gt;Kos po chińsku wygina głos.&lt;br /&gt;Miast wykuwać ze spiżu los,&lt;br /&gt;Żyję lekko: słuchacz i widz.&lt;br /&gt;Kos po chińsku wygina głos.&lt;br /&gt;Leżę w trawie i robię nic.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Łyżka i nóż&lt;br /&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;em&gt;Kobieta to jest łyżka,&lt;br /&gt;Ale mężczyzna to jest nóż!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/em&gt;Anna Janko&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kobieta to jest łyżka,&lt;br /&gt;Ale mężczyzna to jest nóż!&lt;br /&gt;Siedzi w nim kawał opryszka.&lt;br /&gt;Kobieta to jest łyżka –&lt;br /&gt;Lecz bywa, że i modliszka!&lt;br /&gt;A wtedy oczka zmruż…&lt;br /&gt;Kobieta to jest łyżka,&lt;br /&gt;Ale mężczyzna to jest nóż!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Umówmy się na jakiś znak z tamtej strony&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Umówmy się na jakiś znak z tamtej strony,&lt;br /&gt;Gdyby jedno z nas miało umrzeć wcześniej.&lt;br /&gt;Może to będzie mały listek zielony?&lt;br /&gt;Umówmy się na jakiś znak z tamtej strony.&lt;br /&gt;…Liść podpisany imieniem, wrzucony&lt;br /&gt;Do skrzynki na listy (na jawie, czy we śnie).&lt;br /&gt;Umówmy się na jakiś znak z tamtej strony,&lt;br /&gt;Gdyby jedno z nas miało umrzeć wcześniej.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3935343907532337425-6364460973728265160?l=krytykaliteracka.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/6364460973728265160'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/6364460973728265160'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://krytykaliteracka.blogspot.com/2011/11/jest-poezja-maciej-ciso-wiersze.html' title='Jest Poezja! Maciej Cisło, wiersze najnowsze'/><author><name>____________________</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01758159771234876142</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3935343907532337425.post-7168278311354036228</id><published>2011-11-06T01:44:00.000-07:00</published><updated>2011-11-06T01:46:50.087-08:00</updated><title type='text'>Jest Poezja! Roman Kaźmierski CIEŃ W CIEŃ (2)</title><content type='html'>&lt;strong&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Biała noc w Ö.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/strong&gt;(1)&lt;br /&gt;Z łokciami na parapecie w otwartym oknie&lt;br /&gt;to sposób znalezienia dziury w całej&lt;br /&gt;widzialności. Przez nią udaje się wydostać stąd,&lt;br /&gt;poszybować między ludzi nad brzegiem&lt;br /&gt;rzek i jezior, w obłoki pamiętane z dzieciństwa,&lt;br /&gt;choć było cudze, każdego prócz siebie, niczyje.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;(2)&lt;br /&gt;Tam leży mój pies pogrzebany, w kącie&lt;br /&gt;ogródka, co już nie jest mój, w miejscu&lt;br /&gt;gdzie przedtem rósł bez, ale zmarniał,&lt;br /&gt;więc go wyciąłem. A tam na miedzy,&lt;br /&gt;wzdłuż pobliskiej łąki za więzieniem,&lt;br /&gt;psim zwyczajem zagrzebał niejedną kość.&lt;br /&gt;Gdy ją wykopie archeolog, będzie jedną&lt;br /&gt;z moich, białą i gładką jak z plastiku.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;(3)&lt;br /&gt;Marginesy rosną. Często biorę je&lt;br /&gt;za tekst główny, z czasem i miejscem.&lt;br /&gt;O akcji zapominam, gdy w jasną noc&lt;br /&gt;siedzę na balkonie, który też się powiększa.&lt;br /&gt;Wprawdzie nie da się tutaj jeździć rowerem,&lt;br /&gt;ale ze dwadzieścia osób pomieści:&lt;br /&gt;my, wy, oni, zastępcy i następcy,&lt;br /&gt;obecni bez użycia przemiłej przemocy.&lt;br /&gt;Spokojnie popijamy, rozmawiamy&lt;br /&gt;półgłosem o winach, szeptem&lt;br /&gt;o zbawieniu chociaż jednej cząstki&lt;br /&gt;elementarnej. Noc zwie się białą,&lt;br /&gt;ale każdy odcień oddala się od bieli jak ty&lt;br /&gt;od ja. Na zachodnim marginesie nieba&lt;br /&gt;nie widać ciał niebieskich, ogniki&lt;br /&gt;papierosów zastępują gwiazdy.&lt;br /&gt;Żartujemy o tym, co różni kosmos od chaosu,&lt;br /&gt;Czy pustka to wakacje od bycia sobą,&lt;br /&gt;czy kimś innym? Gadamy o niczym&lt;br /&gt;do białego dnia, przykładamy się do rana.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Czarny pies&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/strong&gt;(1)&lt;br /&gt;Plastikowy worek na głowie: świat bez literatury&lt;br /&gt;wygląda jak przez mgłę, w łazienkowym lustrze,&lt;br /&gt;gdy rano szuka się twarzy, a znajduje folię&lt;br /&gt;opakowania. Szelest, za plecami czarny pies,&lt;br /&gt;tym bardziej realny, im trudniej go dotknąć.&lt;br /&gt;Z tabletki powstałeś, w preparat się obrócisz,&lt;br /&gt;wersja dla zbudzonych przez własnego demonka.&lt;br /&gt;Próbuje się z tego wyjść, ale zewnętrza brak.&lt;br /&gt;W worku miejsce na dobytek: sreberko&lt;br /&gt;po zdziecinniałej pralinie, żałoba&lt;br /&gt;po minionych dnach. Na papierze papier.&lt;br /&gt;Małomówny psie, prowadź, prowadź.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;(2)&lt;br /&gt;Ponoć czmychnął ze średniowiecznych ksiąg,&lt;br /&gt;Goethemu przemknął w „Fauście”. Ostatnio&lt;br /&gt;widziano go, gdy krążył po Australii:&lt;br /&gt;nie dawał żyć i nie pozwalał zbyt łatwo umierać.&lt;br /&gt;Les Murray chce opowiedzieć, lecz tylko pisze&lt;br /&gt;następny wiersz. Ślady na piasku, znaki z piasku&lt;br /&gt;stary, papierowy śnieg. Zamiast leżeć&lt;br /&gt;pod bezpańskim płotem, waruje przy mnie.&lt;br /&gt;Wierny jak pies, czarny jak pies. Nie chce&lt;br /&gt;być symboliczny, łasi się śmierdząca śmierć.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Rodzaj literacki&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/strong&gt;Najgorszy w dramacie jest wrzask&lt;br /&gt;o umieraniu, a nawet o życiu,&lt;br /&gt;wściekłe okrzyki cierpienia i inne&lt;br /&gt;wyszlochane drobiazgi.&lt;br /&gt;A tu stopy cierpną, tyłek boli&lt;br /&gt;od siedzenia na miękkim.&lt;br /&gt;Płonie biblioteka w głowie,&lt;br /&gt;a przynajmniej niezapominajki.&lt;br /&gt;Moim zdaniem, twoim zdaniem,&lt;br /&gt;zdaniem państwa umierającego&lt;br /&gt;z miłości do siebie, tyle zdań,&lt;br /&gt;że aż chce się zdać na milczenie.&lt;br /&gt;Wymień autora, a tytuł&lt;br /&gt;zaskwierczy, jakby przy kominku&lt;br /&gt;w zimowy zmierzch ogłaszano&lt;br /&gt;popielate końcówkę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Poranna modlitwa do Pana Bloga&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czy obudziły mnie gwizdy kosa, czy daleki&lt;br /&gt;bełkot wypuszczonych z nocnego klubu,&lt;br /&gt;czy jest wpół do piątej w mocy&lt;br /&gt;przemienić koszmar senny w łagodność&lt;br /&gt;drugiego boku? Ach, znowu ten dualizm!&lt;br /&gt;Nie ma trzeciego lub trzeciej, nawet&lt;br /&gt;samotność na rynku promują najwyżej&lt;br /&gt;dwuosobową. Robienie sobie jaj&lt;br /&gt;z jednego „ja” lub drugiego.&lt;br /&gt;Późną mamy Wielkanoc w tym mroku.&lt;br /&gt;Żeby tylko zdążyć ze zmartwychwstaniem&lt;br /&gt;przed długim, majowym weekendem.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3935343907532337425-7168278311354036228?l=krytykaliteracka.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/7168278311354036228'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/7168278311354036228'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://krytykaliteracka.blogspot.com/2011/11/jest-poezja-roman-kazmierski-cien-w.html' title='Jest Poezja! Roman Kaźmierski CIEŃ W CIEŃ (2)'/><author><name>____________________</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01758159771234876142</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3935343907532337425.post-6650412223777972124</id><published>2011-11-06T01:40:00.000-07:00</published><updated>2011-11-06T10:33:48.148-08:00</updated><title type='text'>Jest Poezja! Tomasz Sobieraj WŚCIEKLI LUDZIE</title><content type='html'>&lt;strong&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;nieznajomi&lt;br /&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;em&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;eugeniuszowi tkaczyszynowi - dyckiemu&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;ludzie przychodzą tacy piękni&lt;br /&gt;jak matka zanim denaturat&lt;br /&gt;zabrał jej urodę&lt;br /&gt;dając chorobę w zamian&lt;br /&gt;to nie był dobry interes z jej strony&lt;br /&gt;rzecki by na to nie pozwolił&lt;br /&gt;denaturat to kompania niegodna ust&lt;br /&gt;kaliope najady także wolą&lt;br /&gt;nektar dzwonków leśnych&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;a oni przychodzą&lt;br /&gt;zostają tylko butelki&lt;br /&gt;dzwony rurowe&lt;br /&gt;wystarczy napełnić wodą&lt;br /&gt;do różnej wysokości&lt;br /&gt;powiesić na sznurku obok siebie&lt;br /&gt;i dies irae zabrzmi jak u mozarta&lt;br /&gt;requiem dla chorej matki&lt;br /&gt;brzmi jednak fałszywie&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;wspomnienie&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;tutaj paśliśmy krowy z tym małym&lt;br /&gt;antkiem od gwaderów co to wpadł&lt;br /&gt;pod kombajn i ucięło mu nogi&lt;br /&gt;wrzeszczał wtedy a po chwili głowa&lt;br /&gt;opadła mu bezwładnie jak&lt;br /&gt;zerwany mak na łące&lt;br /&gt;krew czerwona z zieloną trawą&lt;br /&gt;nie dały nowego koloru&lt;br /&gt;antek zapił się na śmierć octem&lt;br /&gt;i benzyną jak miał szesnaście lat&lt;br /&gt;a my kąpaliśmy się w rzece&lt;br /&gt;kiedy on umierał rżnęliśmy jego&lt;br /&gt;siostrę na brzegu kaczeńce&lt;br /&gt;pamiętam&lt;br /&gt;wystawały jej spomiędzy nóg&lt;br /&gt;śmialiśmy się i piliśmy wino czarnoksiężnik&lt;br /&gt;umierał bez nóg samotnie&lt;br /&gt;ona potem zwariowała była u sióstr&lt;br /&gt;teraz podobno oddaje się na dworcu&lt;br /&gt;w mieście za piwo albo trzy złote&lt;br /&gt;a mnie dalej śnią się kaczeńce&lt;br /&gt;zapach trawy i nogi leżące na&lt;br /&gt;zielonych źdźbłach obok kombajnu&lt;br /&gt;w takich&lt;br /&gt;tanich trampkach&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;matka&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;dobra matka kocha swoje dzieci&lt;br /&gt;nie posyła ich na wojnę&lt;br /&gt;nie pozwala by umierały&lt;br /&gt;w nędznych szpitalach&lt;br /&gt;dobra matka uczy swoje dzieci&lt;br /&gt;chroni przed złem&lt;br /&gt;nie okrada mówiąc&lt;br /&gt;że potrzebuje na chleb&lt;br /&gt;a idzie na wódkę&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;moja matka&lt;br /&gt;jest bardziej macochą niż matką&lt;br /&gt;nosi suknię biało-czerwoną&lt;br /&gt;i krzyżyk na piersiach&lt;br /&gt;a powinna mieć czarną&lt;br /&gt;z trupią czaszką&lt;br /&gt;mówię do niej mamo&lt;br /&gt;z przyzwyczajenia&lt;br /&gt;chociaż mną gardzi&lt;br /&gt;jak większością swoich&lt;br /&gt;dzieci&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;moja matka okrada mnie&lt;br /&gt;i kłamie&lt;br /&gt;chodzi pijana&lt;br /&gt;oddaje się obcym w bramach&lt;br /&gt;za łyk taniej wódki i papierosa&lt;br /&gt;moja matka niczego nie uczy&lt;br /&gt;poza kłamstwem&lt;br /&gt;jej smutne dzieci umierają chore&lt;br /&gt;w zawszonych barłogach&lt;br /&gt;ale zawsze znajdzie pieniądze&lt;br /&gt;na wojny i igrzyska&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;moja matka to zwykła kurwa&lt;br /&gt;ale i tak ją kocham jak pies&lt;br /&gt;kopany i lżony&lt;br /&gt;który nie ma innego pana&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;miłość w mieście wojewódzkim&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;stara kobieta w bramie z butelką&lt;br /&gt;denaturatu&lt;br /&gt;szczerzy bezzębne usta&lt;br /&gt;w uśmiechu&lt;br /&gt;zaprasza swojego romea podciąga&lt;br /&gt;spódnicę gładzi&lt;br /&gt;dłonią uschniętą&lt;br /&gt;zwiotczałe wargi sromu&lt;br /&gt;romeo rzyga obok przemyka&lt;br /&gt;szczur wlokąc martwego kota&lt;br /&gt;dziecko wbiega prosto pod tramwaj&lt;br /&gt;zgrzytają stalowe koła&lt;br /&gt;szyny&lt;br /&gt;julia odwraca głowę straszny to widok&lt;br /&gt;mały jest sąsiadki spod szóstki idą do nory&lt;br /&gt;w oficynie zażywać miłości&lt;br /&gt;tylko to zostało&lt;br /&gt;oprócz denaturatu i emtiwi&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;po lekturze czarnego kwadratu&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;em&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;tadeuszowi dąbrowskiemu&lt;/span&gt;&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;martin heidegger powiedział kiedyś&lt;br /&gt;wciągając na kuchenny fartuch&lt;br /&gt;opaskę enesdeape&lt;br /&gt;że zapewne istnieje możliwość&lt;br /&gt;rzeczowego związku pomiędzy&lt;br /&gt;jajkiem i jajecznicą&lt;br /&gt;jajko może mianowicie wpaść&lt;br /&gt;w przestrzeń patelni wyzwalając&lt;br /&gt;skwierczenie grę masła i szczypiorku&lt;br /&gt;nigdy jednak jajko nie tworzy&lt;br /&gt;dopiero&lt;br /&gt;jajecznicy – odwrotnie zakłada ją&lt;br /&gt;jajecznica żółta przestrzeń&lt;br /&gt;ograniczona krawędzią patelni&lt;br /&gt;daje wolne pole nie tylko&lt;br /&gt;smakowi i zapachowi&lt;br /&gt;tu także dźwięk rozbrzmiewa&lt;br /&gt;i cichnie&lt;br /&gt;wybucha i ginie&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;droga do nieskrytości różna jest od traktu&lt;br /&gt;po którym musi błądzić opinia śmiertelnych&lt;br /&gt;dodał jeszcze martin&lt;br /&gt;podsycając płomień&lt;br /&gt;książką tomasza manna&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3935343907532337425-6650412223777972124?l=krytykaliteracka.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/6650412223777972124'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/6650412223777972124'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://krytykaliteracka.blogspot.com/2011/11/jest-poezja-tomasz-sobieraj-wsciekli.html' title='Jest Poezja! Tomasz Sobieraj WŚCIEKLI LUDZIE'/><author><name>____________________</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01758159771234876142</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3935343907532337425.post-2392428427843957171</id><published>2011-11-06T01:38:00.000-07:00</published><updated>2011-11-06T21:24:22.722-08:00</updated><title type='text'>Recenzja: Dawid Brykalski, Magdalena Zaleska TAXI, TAXI!</title><content type='html'>&lt;div align="justify"&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;HOMEROWIE POLSKIEJ ULICY&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Autor: Jan Siwmir&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;„Ludzie to dziwni som” – mówi mój znajomy kolega, Waldek, i trudno się z nim nie zgodzić. Wprawdzie wcześniej to samo wyśpiewywał Niemen, a tak w ogóle powyższe stwierdzenie bywa przecież punktem wyjścia wielu filozofów, ale Niemena ani żadnego filozofa osobiście nie miałem przyjemności spotkać, a Waldka i owszem. Spotykam go codziennie jak wychodzę o piątej rano robić zdjęcia pająkom, biedronkom i ślimakom. Waldek zbiera butelki i dziwi się za każdym razem tak samo, że ja o nieludzkiej porze usiłuję zastygnąć w powykręcanych pozach i na bezdechu nad jakimś zielskiem. Widzę w jego oczach natychmiastowe przeliczniki: plecak z akcesoriami okołofotograficznymi – miesiąc picia, kurtka i buty – miesiąc picia z kolegami, sprzęt i aparat fotograficzny – miesiąc picia z kolegami czegoś lepszego niż zwykła siara.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jak tak się sobie poprzyglądamy nawzajem, to dzień mam wrażenie dla nas obu zaczyna się bardziej satysfakcjonująco, bo z poczuciem własnej, może małej, ale istotnej odrębności.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Podobne uczucie miałem czytając „Taxi, taxi”. Zetknięcie światów, trochę podobnych, bardzo podobnych, różnych, odrębnych. I świadomość tej odrębności. Filozofia dialogu, gdzie spotkanie z drugim człowiekiem to coś więcej niż relacja człowiek – stół, człowiek – drzewo. Spotkanie jako wstęp do poznania czegoś, czego nigdy sami nie mielibyśmy okazji przeżyć, a więc i zrozumieć czy zaakceptować.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przyjrzyjmy się galerii postaci występujących w tekście. Bohaterami są tu nie tylko ci, którzy zetknęli się bezpośrednio (autorzy i taksówkarze), ale i ci, którzy występują niejako „z drugiej ręki”, o których się mówi długo, i których losy coś w nas poruszyły, zostawiły ślad. Oto matka trzynastoletniej dziewczyny; nie pozwala pić córce, ponieważ jest na to za młoda, lecz wiek w żaden sposób nie jest przeszkodą dla zaspokajania żądz tatusia czy jego kolegów, matka jest z niej dumna! Kilku mężczyzn przewożących trupa przez granicę, żeby zaoszczędzić sobie formalności, niedojadająca babcia przeznaczająca wszystkie pieniądze na ulubione radio, ksiądz potrącający przechodnia i tuszujący przestępstwo, alkoholiczka wzywająca taksówki, żeby „podwiozły” jej alkohol na ósme piętro, bo mąż ją zamknął w domu...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mnie najbardziej urzekła historia zakochanego, wychodzącego dzień w dzień o tej samej porze na stację z kwiatami, gdzie czekał na ukochaną, która od dawna już do niego nie przyjeżdżała. A on ciągle miał nadzieję... Taki niewielki obrazek świadczący o tym, że nie wszystko da się wycenić, przeliczyć i przeznaczyć na handel. Choć wielu osobom tak właśnie się wydaje.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A ile pysznych typów wśród taksówkarzy! Wszystkowiedzący jenerał, mający o sobie mniemanie, że gdyby tylko postawić go na czele armii, jednostki komandosów, albo choćby dać mu możliwość dowodzenia odziałem szturmowym, to ho ho ho, od razu historia, a właściwie Historia pisana przez duże „H”, zmieniłaby swoje oblicze. Kontrowersyjne refleksje byłego kata, nostalgia za zadymami jakie się w młodości organizowało „na dzielnicy”, „chwyty psychologiczne” byłego ZOMOwca, czy opowieści o duchach na pewno metodą plotki już obiły się nam o uszy, lecz niewiele osób tak przejmująco potrafi je opowiedzieć jak Dawid Brykalski i Magdalena Zaleska. Bo język, moi Państwo, to osobna sprawa w tej książce; język żywy, uliczny, taki jakim posługują się taksówkarze, ze swoistymi naleciałościami, konstrukcją stylistyczną, przekręceniami, potocznymi słowami i słowotwórstwem charakterystycznym dla „dzielnic” w danym mieście i niejednokrotnie zrozumiałych tylko przez kontekst. Nie ukrywam, że lubię takie opowieści. Twardo zakorzenione w realiach i stanowiące asumpt do przemyślenia raz jeszcze niektórych tematów. Nawet jeśli refleksje nie są z gruntu optymistyczne. Autorzy bardzo rzadko dają się ponieść komentowaniu, w większości opowiadań nie ma podsumowania, moralizowania i pokazywania swej wyższości. Szanują czytelnika i jego zdanie. Przypomina mi to reportaże Hanny Krall, oczywiście inne w formie, ale równie „nieingerujące”. Tej opcji, na miejscu autorów, byłbym się trzymał na przyszłość. Stąd moja sugestia, by przekonstruować lub w ogóle zrezygnować z historii „Hitler wciąż nie kaput”. Lecz to rzecz jasna moje zdanie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z drugiej strony, ze względu na język, nieodparcie nasuwa się skojarzenie ze Stanisławem Wiecheckim „Wiechem”, nazwanym przez Tuwima „Homerem warszawskiej ulicy”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tylko jedną historię zamieniłbym miejscami z inną. „Nie lękajcie się” to opowieść zamykająca według mnie pierwszy cykl opowiadań. Wejście autora w rolę taksówkarza. Popatrzenie na otaczające nas zjawiska jego oczami, opuszczenie swojego wewnętrznego świata, przeniknięcie w skórę innego człowieka i zmierzenie się z problemami nowego typu. Nie tylko koniec jest tu ważny, nie tylko słowa Papieża, ale także to o czym mowa na początku, bo tylko po podobnym doświadczeniu na słowa „Dwadzieścia eurosów reszty się dla was należy” można odpowiedzieć „Nie ma tematu”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Cieszę się, że powstają książki zbudowane jak warstwy Shreka, lekkie w formie i z pozoru rozrywkowe, ale dla wnikliwego czytelnika niosące przekaz, o którym niełatwo zapomnieć.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dawid Brykalski, Magdalena Zaleska „Taxi, taxi! Albo o ludziach, taksówkach i innych zwierzętach” część 1. &lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3935343907532337425-2392428427843957171?l=krytykaliteracka.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/2392428427843957171'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/2392428427843957171'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://krytykaliteracka.blogspot.com/2011/11/recenzja-dawid-brykalski-magdalena.html' title='Recenzja: Dawid Brykalski, Magdalena Zaleska TAXI, TAXI!'/><author><name>____________________</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01758159771234876142</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3935343907532337425.post-8497103140377215268</id><published>2011-11-06T01:36:00.000-07:00</published><updated>2011-11-06T01:37:47.744-08:00</updated><title type='text'>Esej: Joanna Turek FILOZOFICZNOŚĆ FOTOGRAFII, FOTOGENICZNOŚĆ FILOZOFII</title><content type='html'>&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;Banał uchodzi za zaprzeczenie sztuki i jest w tym wiele racji, bo jakie znaczenie może mieć dzieło, które nie skrywa jakiejś o nas tajemnicy, nie jest naznaczone niedopowiedzeniem albo nie zaskakuje formą. Jednak nie jest też odkryciem spostrzeżenie, że banał dość często przyciąga uwagę artystów. Trzeba wrażliwości i kunsztu, aby szarym i przeciętnym przedmiotom przydać smaku poezji i sprawić, by stały się dla nas wyrafinowane i nabrały nowych, nieoczekiwanych znaczeń. Obiekty banalne utrwalił na swoich fotografiach Tomasz Sobieraj, tak też zatytułował poświęcony im cykl. Jakiego istotnego dla nas doświadczenia może szukać poeta i artysta w codzienności i skończoności?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przeciętne i pospolite zwykle nie uosabia twórczo, nie zapładnia naszej wrażliwości, wyobraźni ani naszego myślenia. Dlatego mówimy, że jest banalne i – jeżeli nie posiada dla nas żadnej wartości użytkowej - traktujemy z pogardą. Banalne można nadepnąć, kopnąć przechodząc, cisnąć gdzieś lub co najwyżej obojętnie minąć. Szyderstwo bądź łaskawa obojętność, na nic więcej banał nie zasługuje w naszych przeciętnych oczach, o ile w ogóle zostanie przez nas dostrzeżony.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wiele chyba nie zaryzykuję stawiając tezę, że im bardziej nijaki staje się człowiek, tym banalniejszy staje się postrzegany przez niego świat. Tak jak u Heideggera, w którego wywodach znajduję potwierdzenie dla moich przypuszczeń, im bardziej pochłania nas użyteczna strona bytu, zamieniając nasze codzienne życie w przyzwyczajenie, które – będąc oczywistym „samo przez się” - nie stawia przed nami trudności, nie wymaga od nas żadnego zaangażowania ani wysiłku, tym mniej w nas podmiotowości, zdolności do przeżywania i zdziwienia, a tym samym banalniejszy staje się nasz świat. Przyzwyczajenie powoduje utratę przez nas autentyczności, zatracenie „ja” w anonimowym „się”, jest pseudożyciem czy też pseudoegzystencją.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przyzwyczajenie, rutyna, banał przysłaniają sens, zaciemniają prawdę o człowieku. W ich poszukiwaniu musimy więc wyjść poza oczywistość. Filozof powie o przekroczeniu, transcendencji, o pragnieniu odkrycia racji wszelkich rzeczy, źródła, w którym wszystko ma swój początek. Lecz nie dajmy się przy tym zmylić wyobrażając sobie, że w tym poszukiwaniu chodzi o coś, co nie dotyczy naszego marnego i skończonego świata, co – jako doskonałe i nieskończone - tak dalece nas przekracza, że nie pozostaje nam nic innego, jak tylko przyjąć wyrok skazujący na pośledniość. Znów wrócę do Heideggera, dla którego tkwiąca w nas metafizyczność, zdolność transcendencji najistotniejsza dla naszego ja i naszego świata sensów bierze się z doświadczenia skończoności. Najlepiej jednak będzie, kiedy sami zaczniemy szukać odpowiedzi na pytanie o transcendencję, o sensowność bądź bezsensowność naszego skończonego świata i naszych w nim projektów. To pytanie, tak jak odpowiedź na nie wymagają od nas oderwania się od przyzwyczajenia, wymagają naszego osobistego zaangażowania.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Egzystencja wymaga przebudzenia, tak pisał Heidegger. Jego początkiem jest zdziwienie, zaś pierwszą konsekwencją zdziwienia jest oderwanie od banału, od oczywistości. Wiedział o tym już Platon, który twierdził, że zdziwienie jest warunkiem uwolnienia się od świata pozoru. Cała ludzka moc jest w zdziwieniu. Zdziwienia, o którym tu mowa, nie opisuje psychologia. Ma ono sens ontologiczny jako konieczność bycia w świecie, warunek egzystencji, czyli naszej odysei po świecie sensów, możliwości, naszej wolności.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Do takiej wędrówki zaprasza nas Tomasz Sobieraj - pisarz i fotografik, w którego twórczości filozofia jest stale obecna. W tym przypadku kieruje swój obiektyw na rzeczy banalne, bezwartościowe, nieistotne, przez wielu nawet niezauważalne. Wyostrza, powiększa, tak jak u Antonioniego, bądź zmniejsza lub rozmywa. Nadaje formę, która w przypadku dzieła artysty staje się też treścią, przywołuje obiekty przefiltrowane przez swoją świadomość, co sprawia, że nie ograniczają ich arystotelesowskie kategorie substancji i przypadłości, czyli tego, co jest i jakie jest. Zawłaszcza bycie narzucając swą poetycką moc kształtowania naszego oglądu. Sobieraj myśląc, przeżywając, wyobrażając sobie poszukuje sensu dla siebie, a jednocześnie dla nas. Czy oderwie nas od zwyczajności, od banału, od świata oglądanego z perspektywy „się”? Czy w rzeźbionych przez Sobieraja rysach w byciu rozpoznamy też samych siebie? Czy wystarczy po prostu, że nas zdziwi. Filozofia i sztuka nie lubią gotowych odpowiedzi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tekst pochodzi z katalogu wystawy Tomasza Sobieraja „Banal Objects”; Fotoseptiembre USA - SAFOTO, Instituto Cultural de México, San Antonio, USA, 2011. &lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3935343907532337425-8497103140377215268?l=krytykaliteracka.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/8497103140377215268'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/8497103140377215268'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://krytykaliteracka.blogspot.com/2011/11/esej-joanna-turek-filozoficznosc_06.html' title='Esej: Joanna Turek FILOZOFICZNOŚĆ FOTOGRAFII, FOTOGENICZNOŚĆ FILOZOFII'/><author><name>____________________</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01758159771234876142</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3935343907532337425.post-4872286175286675198</id><published>2011-11-06T01:34:00.000-07:00</published><updated>2011-11-06T03:03:13.610-08:00</updated><title type='text'>Opowiadanie: Andrzej Tchórzewski POLETKO TOWARZYSZA DZIUNKA</title><content type='html'>&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;Co tu dużo gadać; w nowej budzie zaczęło się źle. Trzy dwóje na okres i czwórka ze sprawowania. Niby nic wielkiego. Na półrocze z tego wyjdę. Mam taką pamięć, że każdą lekcję mogę powtórzyć. Co do przecinka. Przestanę się kłócić z biologicą; niech jej będzie ten Miczurin i Darwin. I &lt;em&gt;euglena viritis&lt;/em&gt; i tysiące raczych odwłoków. Podobno; bezpartyjna. Wierzyć się nie chce; w takiej tepedowskiej szkole, do której chodzą dzieci różnych partyjniaków. No, i wielbiciele Miczurina. Nadprogramowo. Bo Miczurin powinien być dopiero w jedenastej klasie, a nie w dziesiątej. Ktoś musiał donieść, pewnie dziewczyny. Bardzo ją lubią, że taka elegancka i opanowana. Wychowawczyni! Na lekcjach wychowawczych, to albo trójki klasowe, żeby się zmieniały, albo znów Miczurin czy Łysenko, &lt;em&gt;poszerzanie horyzontów&lt;/em&gt;. Pewno większość z was chce iść na medycynę. A tam jest egzamin z biologii. Jeszcze trochę za wcześnie, ale już musicie myśleć, zastanowić się. Biologia zawsze jest przydatna.&lt;br /&gt;„Zwłaszcza w Zoo” – powiedziałem półgłosem. Chłopaki w śmiech. Chyba usłyszała. ZOO jeszcze nie mamy w naszym mieście…&lt;br /&gt;Wkrótce będzie i zoo. Wtedy zaczniemy chodzić, prowadzić dzienniczki obserwacyjne, dyskutować. Tymczasem jestem w stałym kontakcie z naszą Akademią Medyczną. Dawniej był to wydział lekarski Uniwersytetu. Dziś samodzielna uczelnia przygotowująca wspaniałe kadry dla naszego kraju. Tak, mamy dużo do odrobienia. Poziom oświaty sanitarnej na wsi jest niski. Dziedzictwo sanacji. Teraz zachorowalność na gruźlicę spadła do zera. Nie ma już wszawicy, tyfusu. Zapewne, czytaliście na polskim jak wkładano dziecko do pieca na trzy zdrowaśki. A dziś? Proszę; leczy się nowocześnie, nie fideistycznie. Sanatoria, prewentoria, ultradźwięki.&lt;br /&gt;I tak zazwyczaj biologiczka nawijała na lekcjach wychowawczych, chyba, że dziewczyny się ze sobą pokłóciły albo Józio z Wackiem pobili na przerwie. Z poważniejszych spraw, dłużej &lt;em&gt;omawianych&lt;/em&gt; leciało: nieprzygotowanie codziennych prasówek, tarcze, mundurki, schludność uczniowska. Spóźnialscy i nieusprawiedliwiona nieobecność. Z tym, miałem spokój. Trener dzwonił albo z Klubu wędrowało pismo, żeby mnie zwolnili na zawody czy obóz kondycyjny. Z „pierwszej a” nie zrezygnowałem, przeciwnie, kupiłem sobie Ozolina „Trening lekkoatlety”. Pan Rysio obejrzał książkę.&lt;br /&gt;- Że, ty, choroba, zawsze mi jakąś zagwozdkę przygotujesz. No, niezła, niezła. Wiesz z tymi wkładkami ołowianymi i biegiem po stromej ścieżce pod górę, to sam bym nie wpadł. Zastosuję, obowiązkowo. Trzymaj się tego ozolina. Wprawdzie w sprintach dobrzy są Amerykanie, zwłaszcza Murzyni, a nie Rosjanie. Ale gdzie jest powiedziane, że trener ma być dobrym zawodnikiem?&lt;br /&gt;Pan Rysio był i dobrym trenerem, i dobrym zawodnikiem. Ostatecznie wicemistrz Polski zrzeszenia, to nie w kij dmuchał. A jaki skoczny! Wzrost 153 cm, jak się mówi, w kapeluszu, czyli normalny kurdupel, skakał 175 cm. I za to go podziwiałem. Jak chciał; &lt;em&gt;kalifornijką&lt;/em&gt;, &lt;em&gt;rollingiem&lt;/em&gt;, nawet &lt;em&gt;nożycami&lt;/em&gt;. Podobno na pierwszej nowożytnej olimpiadzie był skok wzwyż z miejsca i skok w dal. Też z miejsca. Pan Rysio byłby w tym dobry. Cóż, za późno się urodził.&lt;br /&gt;Zawarliśmy umowę. On mnie obroni przed szkołą, a ja będę przysparzał punktów klubowi. W de cię mogą pocałować.&lt;br /&gt;Masz, chłopie, parę. Takie chucherko, a jaka para. Nabierzesz mięśni, wybiegasz się. Złapiesz trochę wytrzymałości. W zasadzie nie mam tylko zastrzeżeń do tempówek. Zwolnię cię z tych biegów po lesie. I z fińskich ćwiczeń, chociaż to wzmacnia stopy. Trenuj sobie nawet według Ozolina. Jak chcesz, byleby konsekwentnie. Ja się nie wtrącam. Wyniki mają być. Za rok mistrzostwa Polski Juniorów. Widzę ciebie na podium w paru konkurencjach. Kadrowe dostaniesz. Osiemset złotych, całe osiemset złotych albo i więcej. Ty zadbasz o wyniki, a Klub o ciebie. Na cale szczęście państwo popiera sport. A szkoły są państwowe, to też muszą popierać. Powiedz, ale tak szczerze; o co chodzi?&lt;br /&gt;- Trenerze, mam w budzie przepały.&lt;br /&gt;- Co!? Taki zdolny chłopak i jakieś trudności? Zadzwonię do Strycharza.&lt;br /&gt;- Nie jestem już w Zamoju. Zmieniłem szkołę.&lt;br /&gt;- Głupio zrobiłeś.&lt;br /&gt;- Wiem.&lt;br /&gt;- Strycharz to marka. Przedwojenny CIWF; znał Józefa Piłsudskiego, cyt. I szkoła zacna. Koszykówka, pływanie, siatkówka. Skok w dal, sztafeta szwedzka. Dwóch rekordzistów Polski. A tepedziak? „Ha, ha, ha, hi, zetempe pomaga wsi”. Krawaty, szturmówki, majówki, dużo bambusiarstwa. Gadka-szmatka. Oficjalnie nie są, chyba, przeciwko uprawianiu sportów. Mają przecież wychowanie fizyczne, przysposobienie sportowe, salę gimnastyczną. Podobno dużą., dobrze wyposażoną.&lt;br /&gt;- Co z tego, panie Rysiu, co z tego. Sala – chyba największa w mieście, ale ciągle zajęta na ważne zebrania, narady, spotkania aktywu młodzieżowego. Lekcje wuefu, w klasie albo na korytarzu. Latem na boisku. Rypią w siatę lub kosza..&lt;br /&gt;- Tam przecież są korty.&lt;br /&gt;- Są. W tenisa nikt nie gra. A jak Skonecki wypieprzył za granicę…&lt;br /&gt;- Cicho, cicho. Wiem o co chodzi. Trzeba przekonać kolegów-towarzyszy, żeby nauczyli się grać. Nie muszą zatrudniać chłopaków do podawania piłek. Mówisz, że szkoła się już robi na żeńską.&lt;br /&gt;- No, tak. Chłopcy są tylko w dwóch ostatnich klasach. Niedobitki.&lt;br /&gt;- Dla dziewcząt dobry sport; tenis.&lt;br /&gt;- Twierdzą, że &lt;em&gt;burżuazyjny&lt;/em&gt;.&lt;br /&gt;- E, tam… A kto tego wuefu uczy?&lt;br /&gt;- Dziunek, profesor Dziunek.&lt;br /&gt;- Nie znam.&lt;br /&gt;- I peesu, i peo.&lt;br /&gt;- Nie znam. Kurna, znam z tysiąc sportowców, a o takim pierwszy raz słyszę. Dziunek, powiadasz.&lt;br /&gt;- Mówią, że był oficerem w KBW.&lt;br /&gt;- No tak. Kabewiak. Żołnierze – do czterech klas, oficerowie do siedmiu. Im głupszy, tym lepszy. Kadra z cenzusem. Ujemnym. To się nie dziwię.&lt;br /&gt;- Ten Dziunek jest jeszcze sekretarzem Partii&lt;br /&gt;- Ach tak. Nie będziemy rozmawiać o polityce. Jesteśmy sportowcami. To z nim masz &lt;em&gt;przepały&lt;/em&gt;?&lt;br /&gt;- Niii.&lt;br /&gt;- A z kim? Tylko krótko.&lt;br /&gt;- Z biologiczką, która jest jednocześnie wychowawczynią mojej klasy. Z polonistką&lt;br /&gt;i matematykiem.&lt;br /&gt;- Ho, ho.&lt;br /&gt;- O co poszło?&lt;br /&gt;- Nie chcę o tym mówić. Biologiczka się na mnie uwzięła.&lt;br /&gt;- A polonistka i matematyk?&lt;br /&gt;- Matematyk ten sam co w Zamoju. Kazio-Wykradnik.&lt;br /&gt;- Kazio, co?&lt;br /&gt;- Wykradnik. Tak go przezywali, bo czasem zamiast „r” mówi „ł”. Wykładnik. Znaczy się wykładnik potęgi.&lt;br /&gt;- Nie potrafisz potęgować?&lt;br /&gt;- Skądże, z matmy tam miałem solidną trójkę. A czwórka była rzadkością. Ze dwie, trzy. Tylko, że w Zamoju zabraniał używać tablic logarytmicznych. Mantysy na pamięć, a cechy to każdy łatwo obliczy. A w tepediaku trzeba mieć tablice.&lt;br /&gt;- Słusznie. Prawie same dziewuchy. W głowach amory i westchnienia, nie będę sobie zawracać gitary jakimś zakuwaniem. Co kraj, to obyczaj. Dobrze robi ten wasz Wykradnik. Prawdziwy pedagog. Zmiana środowiska – zmiana wymagań. Zabaniaczył ciebie za brak tablic?&lt;br /&gt;- Tak.&lt;br /&gt;- Głupstwo. Sprawisz sobie tablice i po krzyku. Pamięta cię?&lt;br /&gt;- Jako, w sumie, niezłego ucznia. Zawsze z murowaną trójką. On innych stopni nie uznaje. Wie pan, stara szkoła belfrów; na piątkę – Pan Bóg, na czwórkę on, a uczeń na trójkę, najwyżej trzy z plusem.&lt;br /&gt;- Jedziemy dalej. Polonistka?&lt;br /&gt;- Kazała przeczytać wypracowanie.&lt;br /&gt;- I co?&lt;br /&gt;- Przeczytałem, ale chciała sprawdzić, czy nie narobiłem błędów ortograficznych.&lt;br /&gt;- Sporo było?&lt;br /&gt;- Nic. Czytałem z głowy, a właściwie z pustych niezapisanych kartek. Z czystego zeszytu, rozumie pan. W Zamoju przywykłem do nieprowadzenia żadnych zeszytów. Miałem jeden. Przeważnie niezapisany. Z rożnymi rysunkami, wpisami kolegów, głupimi żartami. Jeden do wszystkiego.&lt;br /&gt;Trener zaczął się śmiać.&lt;br /&gt;- To takie ziółko z ciebie. Wiesz, co? Jeśli rzeczywiście czytałeś bez zająknięcia, to dałbym ci piątkę za improwizację. I dwójkę za oszustwo. Wychodzi trzy plus. Żaden problem. Pewno gorzej z tą biologią?&lt;br /&gt;- Gorzej. Podpadłem sromotnie. Ona ma kota na punkcie Darwina i Miczurina.&lt;br /&gt;- Do spraw nauki ja się nie wtrącam. Kot sympatyczne zwierzą, zwłaszcza u biolożki. Pewno udawałeś mądralę. Jak ze mną i tym ozolinem. A niech cię….&lt;br /&gt;- Raz zapytałem, czy to prawda, że Darwin był księdzem, znaczy się anglikańskim pastorem. Powiedziała, że nieprawda. Twórca materialistycznego pojmowania przyrody, teorii ewolucji gatunków. Żadnego fideizmu. Udowodnił, że człowiek pochodzi od małpy. A ja na to, że każdy sobie wybiera przodków według uznania. Później jeszcze posprzeczaliśmy się trochę o lamarkizm. Biologię dobrze znam. Nawet klasyfikację Linneusza. Właściwie nie ma się o co do mnie przyczepić. Powinienem mieć piątkę.&lt;br /&gt;- Kłócąc się z nauczycielką? U mnie możesz podskoczyć, bo wszystko jest wymierne, ale w nauce, bracie, liczy się teoria. Nastawienie, pomysł. Ja do gimnazjum chodziłem za okupacji. Maturę zrobiłem na tajnych kompletach. O Darwinie nas nie uczyli. Teraz widocznie taka moda. Coś ci powiem; daj sobie spokój z tym zapędzaniem nauczycieli do narożnika. Weź się za sport. Zrób jakiś rekord. Powiem prezesowi. Prezes zadzwoni, wyjaśni co trzeba. A on też partyjny. I liczą się z nim. Tylko tyle nabroiłeś? Głupstwo. A za co czwóreczka ze sprawowania? Pobiłeś się z kimś?&lt;br /&gt;- Nie. Jak byliśmy w prosektorium z wycieczką szkolną. Niby podczas Dni Drzwi Otwartych to, trenerze, co tu gadać… Posmarowałem koleżankę tłuszczem z trupa. Ona zemdlała. Upadła na ropowaną podłogę. Przylecieli asystenci, jakiś profesor. Strasznie wrzeszczeli na biolożkę. A ona na mnie. I mam zakaz pokazywania się w prosektorium.&lt;br /&gt;- Jeszcze nie musisz. Ale poważnie; wybierasz się na Akademie Medyczną?&lt;br /&gt;- Nie! Na AWF, a później, kto wie. Raczej dziennikarstwo sportowe. I po to to zrobiłem. Bo matka chce, żebym został lekarzem. A co to za przyszły lekarz, który nie może chodzić do prosektorium.&lt;br /&gt;- Nieźle to wykombinowałeś. Szkoda, że cudzym kosztem. Widzę, że z czwóreczką damy sobie radę. Prezes ugada dyrektorkę. Sprawisz sobie zeszyt do polskiego i tablice logarytmiczne. Nie będą jakieś głąby w nas wpierać, że nie dbamy o wychowanie młodzieży czy przechowujemy chuliganów tylko dlatego, że mają osiągnięcia w sporcie.&lt;br /&gt;W złą godzinę było to wszystko powiedziane. Nie doceniłem tego sukinkota Dziunka. Teraz mogę sobie pośpiewać w kiblu:&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;„Krew zalewała skrwawiony jego szat,&lt;br /&gt;Upadł kabewiak jak polny róży kwiat”. &lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;Jednak to ja upadłem, a nie Dziunek. Na półrocze mam prawie same dwóje i trójkę ze sprawowania. Wiadomo, że stopnie liczą się już do &lt;em&gt;przeciętnej&lt;/em&gt; przy dopuszczaniu do matury, a później w pisaniu opinii na studia. Baniaki można nadrobić, pies z nimi tańcował, ale z trójką najczęściej wywalają z budy i trzeba się sporo nachodzić, żeby dostać miejsce w &lt;em&gt;wieczorówce&lt;/em&gt; dla pracujących, gdzie grasują same &lt;em&gt;orły&lt;/em&gt; i etatowi opierdalacze. Jak do tego doszło? Opowiem później. Na razie to rekord tepedziaka. I wątpię, czy w przyszłości zostanie pobity. A tymczasem w domu trwają takie &lt;em&gt;rozhowory&lt;/em&gt;!&lt;br /&gt;- Nie szkodzi, przyjdzie do mnie do roboty. Nauczy się fachu – mówi ojciec.&lt;br /&gt;A matka:&lt;br /&gt;- Przed wojną za trójkę z zachowania dostawało się &lt;em&gt;wilczy bilet&lt;/em&gt;. I do żadnej szkoły już by ciebie nie przyjęli. Z &lt;em&gt;wilczym biletem&lt;/em&gt;? Za co dawali? Albo za przynależność do młodzieżówki komunistycznej, albo za systematyczne okradanie kolegów czy jawny rozbój.&lt;br /&gt;Ojciec na to:&lt;br /&gt;- Ma chłopak małą maturę? Ma. Do szkoły oficerskiej też przyjmują po małej maturze. Jeszcze nie wszystko stracone. Pójdzie w kamasze, nauczy się moresu. Zresztą, może ćwiczyć w jakimś CWKSie. Tylko listę musi podpisywać i awansować. Nawet na poligon może nie zaglądać. Będziemy mieli majora albo podpułkownika. Krzywda mu się nie stanie.&lt;br /&gt;- Co to za kariera; biegać? Do ilu lat można biegać? Lekarzem powinien zostać. Ludzie zawsze chorują i będą chorować.&lt;br /&gt;- Kiedy on nie chce być lekarzem. Może krwi się boi, może sikami brzydzi. A to sobie umyśliłaś; chłopak żywy, czyta dużo, myśleć potrafi.&lt;br /&gt;- Jak chce. Ale na ogół postępuje bezmyślnie. Z jednej szkoły go wylali. Z drugiej…&lt;br /&gt;- Jeszcze nie wylali. Poprawi się.&lt;br /&gt;- Wierzysz mu?&lt;br /&gt;- A nie powinienem?&lt;br /&gt;- Żartujesz. Ma jednak coś z ciebie; te skłonność do drwin. Wykpiwania wszystkiego.&lt;br /&gt;- Powiedz od razu; poczucie humoru. Jesteś za bardzo &lt;em&gt;sierożna&lt;/em&gt;. Dziś trzeba mieć poczucie humoru. Czasy takie, więcej ponure. To i człowiek musi odpowiednio reagować.&lt;br /&gt;Starałem się unikać słuchania tych rozmów. I dobrze mi szło. Ale czasami, jak na złość znów zaczynały się w mojej obecności. Jak to mówią; w najczarniejszych snach nie przewidywałem, że będzie gorzej. Dlaczego mnie jeszcze nie wywalili? Nie wiem. Mam parę domysłów.&lt;br /&gt;Wypadałoby opowiedzieć wszystko po kolei. Licho mnie podkusiło. Zamiast jak dawniej spędzać całe dnie w bibliotece. Usprawiedliwiając się treningami odwiedziłem budę. I to w dzień, kiedy była gimnastyka, jak zawsze nie w sali zajętej na kolejne posiedzenie amatorów gadulstwa, ale w klasie. Po zaordynowaniu jakichś wyrzutów ramion, młynków i głupawych skłonów tułowia Dziunek kazał nam usiąść i zaczął opowiadać o sporcie w Związku Radzieckim, właściwie to ciągle była ta sama lekcja na temat przewag radzieckich sportowców nad resztą świata.&lt;br /&gt;Dziunek jak się zapędzi to gestykuluje, wyciąga jakieś pisma sportowe, wypisuje na tablicy wyniki i nazwiska. Chłopaki gapią się za okno, szepczą sobie jakieś głupoty albo z gumek strzelają kartkami do dziewczyn. A jak Dziunek któregoś złapie, od razu stawia do kąta.&lt;br /&gt;Po jakimś czasie w obu rogach panował ścisk niemożebny. Dwa ringi były zapełnione. W ławkach zostały tylko dziewuchy, więc puszczano do nich oko albo robiono głupie miny. A towarzysz psor, nigdy nie nazywano go „profesorem”, zawsze „psorem”, perorował o wyższości sportu radzieckiego nad amerykańskim. Niekiedy wtrącałem swoje trzy grosze, żeby go wkurzyć. A kto wygrał setkę w Helsinkach? A kto czterysta metrów? Ile zrobiła olimpijska sztafeta Jamajki?&lt;br /&gt;„Murzyni to potęga. Mają więcej poprzecznych mięśni prążkowanych , co wspomaga elastyczność i zmniejsza wydzielanie kwasu mlekowego. Wydaje się, że biegną od niechcenia, lekko na &lt;em&gt;pół pary&lt;/em&gt;. A oni już nie mogliby z siebie więcej wykrzesać. Chciałbym tak biegać; elegancko, bez zadyszki, z małą stratą na wirażach, przezwyciężając siłę odśrodkową i wchodząc na prostą lekko przechylonym w stronę wewnętrznego krawężnika bieżni”.&lt;br /&gt;Tym razem nie zadawałem &lt;em&gt;kłopotliwych&lt;/em&gt; pytań i towarzysz Dziunek mógł przekonywać nieusportowione dusze, pewno ziewające z nudów, że sport radziecki to potęga jeszcze większa niż ciężki przemysł i Armia Czerwona.&lt;br /&gt;Czytałem. Pod ławką. Też w kącie. Od ściany. Ale, niestety z wolnym dostępem od środka, to mój kolega Józek jako jeden z pierwszych stanął obok tablicy, tuż pod samym portretem Bieruta.&lt;br /&gt;I Dziunek mnie zaskoczył. Podszedł do mnie.&lt;br /&gt;- A, czytamy. Na lekcji wychowania fizycznego urządzamy czytelnię. Zamiast słuchać, notować i &lt;em&gt;brać udział&lt;/em&gt;, czytamy.&lt;br /&gt;Z wrażenia, książka upadła mi na podłogę.&lt;br /&gt;- Co czytamy? Można wiedzieć?&lt;br /&gt;Miałem pod ławką, na wierzchu sterty zeszytów, nieotwarty „Trening lekkoatlety”. Wyciągnąłem tę książkę.&lt;br /&gt;- Nie &lt;em&gt;tą&lt;/em&gt;, &lt;em&gt;tą&lt;/em&gt; z podłogi.&lt;br /&gt;„Nie tąkajmy” przypomniałem sobie ulubione powiedzenie polonistki. Trudno. Schyliłem się. Podałem mu to czego chciał.&lt;br /&gt;- A, ciekawe. Interesujący tytuł: „Poletko Pana Boga”. I takie książki wydają u nas? Fideistyczne. W socjalistycznym kraju?&lt;br /&gt;Spojrzał na kartę tytułową. E… wydawali. Cukrowski. Prywatne wydawnictwo. Rok wydania 1948… Teraz nie ma w Polsce prywatnych wydawców.&lt;br /&gt;- Nie ma – potwierdziłem.&lt;br /&gt;- Znaczy się, książka zakazana.&lt;br /&gt;- Wszystko co wydano po wojnie nie jest zakazane.&lt;br /&gt;- Tak powiadasz. Jinteresujące. Uczeń świeckiej, tepedowskiej szkoły czyta „Poletko Pana Boga”. Amerykańskiego autora. Jakiegoś tam &lt;em&gt;Caldwela&lt;/em&gt;.&lt;br /&gt;- Nie Caldwela, tylko Koldłela. Dobra książka, polecam.&lt;br /&gt;- Głupca ze mnie robisz! A po co to uczeń laickiej szkoły czyta „Poletko Pana Boga”?&lt;br /&gt;A jakież to poletko może mieć nieistniejący pan bóg?&lt;br /&gt;Już chciałem powiedzieć; „z pewnością niekołchozowe, fieju jeden”, ale ugryzłem się w język. Dziunek tymczasem przeglądał książkę.&lt;br /&gt;- O, widzę, to i wyrazy nieodpowiednie dla ucznia są. Znaczy się; klątwy. Możesz mi wytłumaczyć dlaczego w tej książce klną, skoro wierzą w jakiegoś amerykańskiego Boga.&lt;br /&gt;- To, nie tak…&lt;br /&gt;- A jak? – Dziunek odwrócił stronę tytułową i wpatrywał się w pieczątkę. – O proszę. Biblioteka Uniwersytetu Katolickiego. Jinteresujące…. Czyja to książka?&lt;br /&gt;- Jak już stwierdziliśmy Koldłela. Pisarza amerykańskiego urodzonego ….&lt;br /&gt;Nie pozwolił mi dokończyć.&lt;br /&gt;- Kpisz sobie ze mnie!?... Egzemplarz, znaczy, czyj?&lt;br /&gt;- Chwilowo pana psora.&lt;br /&gt;- Czyja to własność, pytam.&lt;br /&gt;- Na razie moja.&lt;br /&gt;- A ta pieczątka, skąd?&lt;br /&gt;- Widocznie, ktoś ją przybił. Chyba, psor, nie wierzy w samodzielne przybijanie się pieczątek.&lt;br /&gt;- Dość tej błazenady! Od kogo wziąłeś egzemplarz tego świństwa. Imię, nazwisko…&lt;br /&gt;- Pożyczyłem od kolegi. Nazwiska nie znam. Wołają na niego &lt;em&gt;Guma&lt;/em&gt;.&lt;br /&gt;- A gdzie mieszka?&lt;br /&gt;- Nie wiem. Zresztą, nie mam pewności, czy on też od kogoś nie pożyczył. Wie pan profesor, jak to jest. Pożycz, tak, nie. I po sprawie. Ja tam się nie rozpytuję: jego, nie jego. Czyja? Mógł sobie kupić.&lt;br /&gt;- Takich książek nie ma w obrocie księgarskim.&lt;br /&gt;- Są antykwariaty – powiedziałem i zacząłem intensywnie myśleć. Przelatywały mi przez głowę różne sposoby wybrnięcia z tej sytuacji. Niewątpliwie trzeba… Niczego nie trzeba. Powiadomię dyrektora biblioteki, a on coś wymyśli. Ojcu też warto powiedzieć. Ledwo dosłyszałem, jak Dziunek odezwał się dość krótko.&lt;br /&gt;- W antykwariatach nie wolno sprzedawać książek z pieczątkami &lt;em&gt;jeszcze&lt;/em&gt; istniejących bibliotek.&lt;br /&gt;I to docierało do mnie powoli; szczególnie zaakcentowane słowo „jeszcze”. Lepiej będzie poczekać, aż do Miasteczka przyjedzie &lt;em&gt;Guma&lt;/em&gt;, brat Krzyśka ośmiumetrowca, &lt;em&gt;Guma&lt;/em&gt; z Awuefu, &lt;em&gt;Guma&lt;/em&gt; – kolarz. Tam w Warszawie pewno mają więcej antykwariatów.&lt;br /&gt;U nas są dwa; prywaciarz Owsiński i dział antykwaryczny w księgarni świętego Wojciecha. Oba znam dobrze. Jak mam pieniądze, to u nich kupuję… A jakby tak, przekonać…&lt;br /&gt;- Czy wiesz dlaczego nie wolno sprzedawać, ani &lt;em&gt;skupowywać&lt;/em&gt; książek z pieczątkami?&lt;br /&gt;- N-n-ie.&lt;br /&gt;- Bo to byłoby paserstwo. Ciężkie wykroczenie kryminalne. No nic; postaramy się wyświetlić sprawę. Jinteresujące; propaganda religianctwa i fideizmu w szkole świeckiej. Rzecz &lt;em&gt;absolutnie&lt;/em&gt; zakazana. Tyle samo, co wroga działalność. Państwo jest świeckie, szkoła świecka, nie żaden tam &lt;em&gt;biskupiak&lt;/em&gt;, a kolega do takiej szkoły książeczki o bogu przynosi. Trzeba zapytać, w jakim celu, po co czyta i komu pożycza?&lt;br /&gt;- Jak dotąd - nikomu. Sam pożyczyłem, a rzeczy pożyczonych nie pożycza się dalej. Bez zgody właściciela.&lt;br /&gt;- A właściciel to Biblioteka Uniwersytetu Katolickiego. Jinteresujące. W każdym bądź razie zatrzymuję tą książkę do wyjaśnienia.&lt;br /&gt;„Co wyjaśniać? – pomyślałem sobie. – czytałem i kwita. Dziunek mnie złapał. Chce niech pisze w dzienniczku albo postawi mi gałę z Przedmiotu”. A on, jakby zgadując moje myśli powiedział:&lt;br /&gt;-Zaręczam ci, kolego, że sprawa jest poważna. Bardzo po-waż-na. Dywersja ideologiczna w świeckiej szkole. Propaganda religianctwa w środowisku laickim.&lt;br /&gt;Od tej rozmowy upłynęło dwa dni. W sobotę, na wielkiej przerwie zaczepiła mnie Agniecha.&lt;br /&gt;- Chciałabym z tobą poważnie porozmawiać.&lt;br /&gt;- Co to, oświadczyny? Zresztą i tak musimy poczekać do skończenia szkoły. Dzieciaka ci chyba nie zmachałem?&lt;br /&gt;- Przestań się wygłupiać. Mówię poważnie.&lt;br /&gt;- Poważnie o propozycji poważnej rozmowy, to brzmi, wybacz, dość śmiesznie.&lt;br /&gt;- Nie pajacuj. Dziunek, towarzysz Dziunek – poprawiła się, – chce cię wyrzucić&lt;br /&gt;z Organizacji.&lt;br /&gt;- Jak można wyrzucać kogoś z czegoś, do czego nie należy?&lt;br /&gt;- Rzeczywiście, na zebrania nie przychodzisz, nawet jeśli odbywają się w ramach lekcji wychowawczej.&lt;br /&gt;- Nie przychodzę, bo się nie mieszczę w tych, jak to rzekłaś, ramach.&lt;br /&gt;- A w ogóle to ten twój klub za często cię zwalnia z zajęć.&lt;br /&gt;- I o tym też z Dziunkiem gadaliście.&lt;br /&gt;- Skąd wiesz, że gadaliśmy?&lt;br /&gt;- Bo inaczej nie chciałabyś ze mną rozmawiać poważnie. Wiesz, że tego nie lubię. Pożartować. Owszem. Zwłaszcza z dziewczynami.&lt;br /&gt;- Przestań! – lekko wkurzyła się, ona Agnieszka Dudkówna, przewodnicząca ZMP, w naszej klasie, podobno uosobienie rozsądku i opanowania, polecany wzór cnót i właściwej postawy uczniowskiej.&lt;br /&gt;- Dziunek kazał mi odszukać twoje papiery.&lt;br /&gt;- I co w nich znalazłaś?&lt;br /&gt;- Nic. Nie ma twoich papierów. Ale przecież, tam, w Zamojskim musiałeś należeć do ZMP.&lt;br /&gt;- Nie było takiego obowiązku. Kto chciał, ten się zapisywał. Na ogół robili to frajerzy, pod koniec szkoły, żeby mieć dodatkową opinię i jakieś uwagi o dobrej pracy społecznej.&lt;br /&gt;- A ty?&lt;br /&gt;- Masz mnie za frajera! Ja i tak pracowałem społecznie. W SKS-ie, w radiowęźle szkolnym. Wydawaliśmy gazetkę tępiącą lenistwo, spóźnialstwo, noszenie tarczy na szpilkach, brak czapek, ślamazarność i takie tam przywary. Także niektórych nauczycieli. Ich charakterystyczne powiedzonka, stosunek do uczniów.&lt;br /&gt;- Nauczycieli??? – aż ją zatkało.&lt;br /&gt;- Ale życzliwie. W rubryce: „prawdziwa cnota krytyk się nie boi”.&lt;br /&gt;- I nikt tego wam nie zabraniał? Nie zdejmował tych wypocin, kpinek.&lt;br /&gt;- To się wszystkim podobało. Nauczycielom zwłaszcza. „Bukwa” wiedziała, że jest bukwą, „Zgaga”, że jest zgagą. Palacze, że „sporty” nie służą zdrowiu. Nawet przewodniczącego ZMP ze dwa razy skrytykowaliśmy.&lt;br /&gt;- I co? – wyraźnie ożywiła się.&lt;br /&gt;- Zaprzestał składania wniosków o zmianę patrona szkoły z hetmana Zamojskiego na Janka Krasickiego.&lt;br /&gt;- Coś ty. Tak po prostu, zaprzestał?&lt;br /&gt;- Zamilkł, wcześniej chciał zamknąć gazetkę i radiowęzeł. Dużo wrzeszczał. Ale go Rada Pedagogiczna usadziła. Nie pozwolili. „Niech młodzież uczy się samodzielności”.&lt;br /&gt;A w Zarządzie Miejskim też go ochrzanili. Za trockizm. Że w sposób prymitywny walczy z postępową tradycją.&lt;br /&gt;- U nas jest inaczej.&lt;br /&gt;- Wiem.&lt;br /&gt;- U nas obowiązuje uchwala, że wszyscy uczniowie muszą należeć do ZMP. A Dziunek, jak wiadomo, jest nie tylko sekretarzem POP, ale i opiekunem naszej organizacji. I naszego koła.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„Koła, ramy, bazy, odcinki, linie…. Niebawem miałem się przekonać, że ta zwariowana geometria jest w tepedziaku na pierwszym miejscu. Nie sport, nie samodzielność, nie życzliwość i ogólny spokój, a goła retoryka, rywalizacja przez glindzenie. A jak takie coś może wyglądać w szkole dla głuchoniemych albo jąkałów?” – zacząłem przypuszczać i uśmiechnąłem się.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Dudkówna pewno pomyślała, że to do niej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;1957&lt;br /&gt;(niepublikowane) &lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3935343907532337425-4872286175286675198?l=krytykaliteracka.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/4872286175286675198'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/4872286175286675198'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://krytykaliteracka.blogspot.com/2011/11/opowiadanie-andrzej-tchorzewski-poletko_06.html' title='Opowiadanie: Andrzej Tchórzewski POLETKO TOWARZYSZA DZIUNKA'/><author><name>____________________</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01758159771234876142</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3935343907532337425.post-482184497491570699</id><published>2011-10-06T01:16:00.000-07:00</published><updated>2011-10-06T01:40:36.706-07:00</updated><title type='text'>OD REDAKCJI 10/2011</title><content type='html'>&lt;em&gt;&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;W październiku: &lt;strong&gt;Joanna Turek&lt;/strong&gt; wspomina zmarłego we wrześniu wybitnego fotografika &lt;strong&gt;Stanisława Wosia&lt;/strong&gt;; &lt;strong&gt;Igor Wieczorek&lt;/strong&gt; przygląda się literaturze SF z innej strony; &lt;strong&gt;Andrzej Jerzy Lech&lt;/strong&gt; i &lt;strong&gt;Roberto Michel&lt;/strong&gt; – korespondencja artysty z tłumaczem; z cyklu &lt;strong&gt;Jest Poezja!&lt;/strong&gt; wiersze &lt;strong&gt;Zbigniewa Joachimiaka&lt;/strong&gt;, &lt;strong&gt;Tomasza Sobieraja&lt;/strong&gt;, niepublikowane utwory &lt;strong&gt;Józefa Barana&lt;/strong&gt;, &lt;strong&gt;Romana Kaźmierskiego&lt;/strong&gt; i &lt;em&gt;poème en prose&lt;/em&gt; &lt;strong&gt;Andrzeja Tchórzewskiego&lt;/strong&gt;; konkurs KL z okazji Roku &lt;strong&gt;Czesława Miłosza&lt;/strong&gt;.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ponadto polecamy:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;wizytę na Wyspie Muz&lt;br /&gt;&lt;a href="http://wyspamuz.blogspot.com/"&gt;http://wyspamuz.blogspot.com/&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;rozmowę Jacka Trznadla ze Zbigniewem Herbertem&lt;br /&gt;&lt;a href="http://www.jacektrznadel.pl/index.php?option=com_content&amp;amp;task=view&amp;amp;id=30&amp;amp;Itemid=31"&gt;http://www.jacektrznadel.pl/index.php?option=com_content&amp;amp;task=view&amp;amp;id=30&amp;amp;Itemid=31&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;artykuł o tym, jak szybko i bez wysiłku zarobić na kulturze&lt;br /&gt;&lt;a href="http://galeriabrowarna.blogspot.com/2011/09/ban-knoty-z-szopy-narodowej.html"&gt;http://galeriabrowarna.blogspot.com/2011/09/ban-knoty-z-szopy-narodowej.html&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;em&gt;KL&lt;/em&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3935343907532337425-482184497491570699?l=krytykaliteracka.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/482184497491570699'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/482184497491570699'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://krytykaliteracka.blogspot.com/2011/10/od-redakcji-102011.html' title='OD REDAKCJI 10/2011'/><author><name>____________________</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01758159771234876142</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3935343907532337425.post-7592796768563401474</id><published>2011-10-06T01:11:00.000-07:00</published><updated>2011-10-06T03:18:38.727-07:00</updated><title type='text'>KONKURS KRYTYKI LITERACKIEJ</title><content type='html'>&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;WIELKI KONKURS MIŁOSZNY Z OKAZJI TRZYCZWARTOŚCI ROKU&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czytelnicy!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Trzy czwarte Roku Czesława Miłosza za nami. Z tej okazji postanowiliśmy urządzić konkurs. Aby wziąć w nim udział, należy przeczytać poniższe teksty źródłowe, których autorem jest Nasz Wielki Noblista, i napisać kilka zdań do rzeczy, bez błędów ortograficznych.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;1.&lt;br /&gt;Czesław Miłosz do Władysława Sebyły, red. nacz. dwutygodnika „Zet”; ze zbiorów Muzeum Literatury w Warszawie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Suwałki, 30 marca 1932&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„wyjeżdżając z Warszawy kupiłem »Z« - bardzo mi się podobał i nabrałem zupełnie poważnej ochoty, żeby się do tego pisma dostać. Jest to trochę po chamsku bić w oczy ze swojemi wierszami i Pana zanudzać. Ale mat' jego, dużo chyba trudu panu nie zabiorę, a mimo przyrodzonej skromności uważam swoje rzeczy za lepsze od całego szeregu utworów różnych zresztą sympatycznych chujów, którzy na pewno będą do »Z« szturmować”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;KL: Wyobraża sobie Czytelnik taki lub podobny w językowej swobodzie list napisany przez dzisiejszego lizusa-poetę do dzisiejszego nadętego redaktora pisemka? Nie? A dlaczego? Odpowiedzi na to pytanie, w formie krótkiego eseju, rozprawki, felietonu a nawet poematu, prosimy kierować na adres redakcji KL.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dla wiadomości: „Zet” wydrukował wtedy wiersz Miłosza „Teatr pcheł”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;2.&lt;br /&gt;Czesław Miłosz, Poufne i samolubne; Kurier Wileński z 21 lipca 1935 roku.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„Dla kogo mam pisać? Dla tej bandy jołopów w moim kraju, dla których jedynym kryterium sztuki jest moda? Oni nawet nie rozumieją, jak są pokraczni. Gdybym chciał powiedzieć, co o tym wszystkim myślę, nikt by mi tego nie wydrukował”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;KL: A jednak wydrukował. Dzisiaj byłoby to trudniejsze, bo piszących i drukujących obowiązuje polityczna poprawność, maminsynkowata grzeczność i brak jaj (nie zapomijajmy też o rzeczy podstawowej - braku solidnego wykształcenia). Oczywiście są wyjątki, do których należy redakcja KL, i dlatego jesteśmy tacy popularni wśród inteligencji ze starą maturą i po dziennych studiach na państwowych uczelniach. Gówniarstwo (niezależnie od metryki) nas nie lubi. Trudno. Będziemy z tym żyć, ale nie zamykamy drzwi przed mądrą młodzieżą, która dostrzega tępotę masłowszczyzny i bełkot upozowanych na poetów drobnych cwaniaczków. Perełki eseistyki na temat „Pokraczność jołopów, czyli polska poezja dzisiaj” prosimy nadsyłać na nasz adres.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;3.&lt;br /&gt;A oto fragment miłoszowego wiersza „Toast”:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Poezja polska dzisiaj bardzo jest słabiutka.&lt;br /&gt;Pachnie - jakby karbidem zaprawiona wódka.&lt;br /&gt;Czytając różne pisma, stale się rumienię,&lt;br /&gt;Bo biedne jest naprawdę młode pokolenie&lt;br /&gt;Wyzwolone z honoru uczciwej roboty.&lt;br /&gt;Takimi poetami lepiej grodzić płoty,&lt;br /&gt;Niż cieszyć się, że rośnie już gromada ciołków*&lt;br /&gt;Politycznie pojętnych i skłonnych do hołdów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;*KL: Poeta zapewne nie miał na myśli pewnego wierszoklety ze Skierniewic i innych upadłych na żyzną polską glebę meteorów z galaktyki Wielkiego Bezsensu - ponieważ ci pojawili się stosunkowo niedawno - ale do końca nie możemy być tego pewni, bowiem znany literaturoznawcom profetyczny dar Czesława Miłosza mógł się również ujawnić w wierszu „Toast”. A właśnie, czy słowa Noblisty:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ocknąłem się pod brązem skrzydlatych pomników,&lt;br /&gt;Pod gryfami masońskiej świątyni,&lt;br /&gt;Z dogasającym popiołem cygara.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;nie są proroctwem zwiasującym powstanie „Krytyki Literackiej”, jedynego w tej chwili bastionu broniącego się jeszcze w literaturze Rozumu? Wszystkie odpowiedzi na TAK wraz z krótkim (bo nie chce nam się tyle czytać) uzasadnieniem, prosimy kierować na nasz adres.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Autorzy najlepszych tekstów zostaną nagrodzeni publikacją w KL, co jest pierwszym stopniem do sławy i pieniędzy. W konkursie, ze zrozumiałych względów, nie mogą brać udziału wrogowie „Krytyki Literackiej”, przedstawiciele lumpenliterariatu oraz Tomasz Cieplak, o, pardą, doktor Tomasz Cieplak, bo on jest grzecznym chłopcem, nosi zawsze wysoko podciągnięte spodenki i takich świństw, jakie wypisywał Miłosz, z pewnością nie czyta.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;em&gt;KL&lt;/em&gt; &lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3935343907532337425-7592796768563401474?l=krytykaliteracka.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/7592796768563401474'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/7592796768563401474'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://krytykaliteracka.blogspot.com/2011/10/konkurs-krytyki-literackiej.html' title='KONKURS KRYTYKI LITERACKIEJ'/><author><name>____________________</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01758159771234876142</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3935343907532337425.post-2560592713273863183</id><published>2011-10-06T00:56:00.000-07:00</published><updated>2011-10-06T01:09:18.692-07:00</updated><title type='text'>Pożegnania: Joanna Turek WSPOMNIENIE O STANISŁAWIE WOSIU</title><content type='html'>&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;11 września 2011 roku zmarł Stanisław J. Woś. Odszedł ten, który szukał światła...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/strong&gt;&lt;em&gt;Najwięcej inspiracji (...) znajduję jednak w pejzażu. Pejzażu jako ogromie przestrzeni i wolności, abstrakcji nieba i konkretu, który się rozpościera pod stopami.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Widzę urodę kamienia, widzę urodę drzewa, indywidualność drzewa i śladów na drodze, i pęknięcia muru... To wszystko mi się układa w jakąś taką barwną i czasami smutną, czasami egzystencjalną opowieść o kondycji człowieka.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Należę do tego kruchego i żyjącego tylko chwilę na tej ziemi (...) elementu Natury (…). I postrzegam też w kruchości rośliny jakby swoje odbicie, swój ślad, który za chwilę (…) zgaśnie, zniknie, a zostanie tylko fotografia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/em&gt;Stanisław J. Woś&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czy zostanie tylko fotografia?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przedmioty, których używali zmarli, nasiąkają nie tylko ich zapachem, ale i subtelną energią. Pochylamy się nad nimi z troską i przechowujemy je z pietyzmem, bo trwa w nich nadal jakaś cząstka tych, którzy odeszli. Pośród cennych pamiątek, które pozostawił po sobie mój zmarły dziadek, są zwłaszcza dwie, które mają dla mnie szczególne znaczenie - harmonijka ustna, na której często grywał, i przedwojenna fotografia, na której został uwieczniony w mundurze Strzelca Podhalańskiego. Harmonijka leży w szufladzie i od śmierci dziadka nikt na niej nie grał, bo jedna z blaszek pękła. Nie wiemy, kiedy do tego doszło, ale odkryliśmy to, gdy dziadka już nie było. Zdjęcie znajduje się na widocznym miejscu i to ono jest najcenniejszą z pamiątek. Poprzez nie i zarazem w nim dziadek jest wciąż obecny pośród nas. W obrazie tym została zaklęta cząstką Jego duszy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Każda z fotografii jest takim łącznikiem ze światem minionym, którego ślad został na niej „utrwalony”. Każda fotografia jest dotykiem świat(ł)a zza grobu. Dla żywych jest to obecność wstrząsająca. Przywołuje bowiem obecność, ale jedynie imaginatywną, odartą z cielesności. Widzimy naszych bliskich, przyjaciół i znajomych, ale nie możemy ich objąć, podać im ręki ani dotknąć. Nie możemy, gdyż żywych od zmarłych oddziela „ściana” obrazu. Ta nieprzekraczalna bariera sprawia, że obecność tych, którzy odeszli staje się bolesna. Obecność ta natrętnie przypomina o nieobecności.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Istnieją zdjęcia, na których nie ma zmarłych, ale które również „promieniują” ich obecnością. To zdjęcia, które sami wykonali za życia. W nich także jest zaklęta cząstka ich duszy. Obrazy te pozwalają nam wyobraźnią dotykać przeszłości, odciśniętego na nich świata, i rozmawiać ze zmarłymi. Kiedy zatem umiera artysta, to nigdy nie pozostają po nim tylko dzieła - fotografie, książki, płótna, rzeźby... On nadal żyje w swojej sztuce i dzięki niej jest obecny pośród żywych - czasem bardziej niż za życia. Jest to obecność nienarzucająca się, subtelna i milcząca. Przypomina kręgi na wodzie, które pozostawia po sobie kamień zapadający się w otchłań głębiny - podobne do tych zapisanych na jednej z fotografii Stanisława J. Wosia: „Tatry – 2” z 2002 roku. &lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;p&gt;Cytat pochodzi z wywiadu przeprowadzonego z artystą w 2010 roku przez serwis internetowy Szeroki Kadr: &lt;a href="http://www.szerokikadr.pl/fotograf_miesiaca/stanislaw_wos"&gt;http://www.szerokikadr.pl/fotograf_miesiaca/stanislaw_wos&lt;/a&gt;&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3935343907532337425-2560592713273863183?l=krytykaliteracka.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/2560592713273863183'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/2560592713273863183'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://krytykaliteracka.blogspot.com/2011/10/pozegnania-joanna-turek-wspomnienie-o.html' title='Pożegnania: Joanna Turek WSPOMNIENIE O STANISŁAWIE WOSIU'/><author><name>____________________</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01758159771234876142</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3935343907532337425.post-2937838983441790310</id><published>2011-10-06T00:46:00.000-07:00</published><updated>2011-10-07T12:10:22.665-07:00</updated><title type='text'>Epistolografia: Andrzej Jerzy Lech i Roberto Michel</title><content type='html'>&lt;strong&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;List Roberto Michela, tłumacza zamieszkałego w Paryżu, do Andrzeja Jerzego Lecha, fotografa zamieszkałego w Nowym Jorku.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;Roberto Michel&lt;br /&gt;35, Rue Geoffroy Saint-Hilaire&lt;br /&gt;75005 Paris&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Paryż, 19 marca 1989 roku&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Drogi,&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;9 marca w Bostonie zmarł ten Twój Robert Mapplethorpe. To AIDS. Czy wiedziałeś o tym? Ostatni wernisaż w Whitney Museum of Art. Ostatni wywiad dla „Sterna”. Ostatnie fotografie… Pożegnalne audiencje niepokornego króla…&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wczoraj byłem fotografem. Fotografowalem księżyc. Zupełnie ten sam księżyc, który świeci Ci czasami w Nowym Jorku. Pierwsza kwadra, pięć godzin i dwie minuty po wschodzie. 18 marca 1989. 18:30. W moim starym aparacie fotograficznym KODAK T-Max. 100 ASA. A dalej, tak jak mówiłeś: Microdol-X i cała ta zupełnie śmieszna reszta. Wszystko „wyszło” jak było i do tego jak trzeba! Tak przynajmniej myślałem… To są oczywiście same kłamstwa i Ty o tym dobrze wiesz. Sam je przecież świetnie znasz („robisz” je codziennie). A więc było inaczej i w sumie „wyszło” też inaczej (nie tak w każdym razie, jak to sobie wcześniej wymyśliłem).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Fotografia. Fotografowie nadal nic nie wiedzą. To błogi stan niewiedzy. Wspaniale. Fotografowie mają być głupi. Poeci też mogą (jeśli potrafią). Czy znasz Heinera Millera „Gnijący brzeg”? „Hamleta-Maszynę”?, „Historię miłosną”? Lęk przed kobietami. A ja, chyba zawsze tak było, boję się fotografii (najbardziej jednak tych starych). Wszystkie są paroksyzmem bólu. Benjamin i teoria aury.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ciągłość fotografii. To już tyle lat. Tyle lat światła… Spójrz proszę na bolesną „Isabelle” Francesco Paolo Michettiego. 1878 rok. Posepiowane prosektoria! Nienawidzę tych pięknych fotografii!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I ten „walnięty” Miles. „Sketches of Spain”. Rok 1967. Wspaniałe aranżacje (to też chyba sepia) Gila Evansa. CD (błyszczy ładnie) i ta niemożliwa, a jednak, aseptyka. Za „czysto”. Gdzie do diabla podziały się trzaski płyt zbyt dużo razy odgrywanych? Czy pamiętasz „Tango Nuveo” (Mulligan i Piazzolla) i za dużo herbat tych zaczarowanych? Było to chyba we wrześniu dwa lata temu. Warszawa, Hotel „Forum”. Pamiętasz? Nikotyna, teina, kofeina i alkohol. I ta dziewczyna… Powtarzałeś beznadziejnie i bez przerwy, że jak pieta… Tak… I ja pamiętam jej ręce… Pamiętam też jej spokój i wyrafinowany (a jednak subtelny) dotyk. Jej fotografia. Czy i to pamiętasz? Napisz mi o tym i o swojej muzyce. I napisz mi coś o tej Twojej małej (bo „styki”), nowej, pobrązowionej fotografii. I jej niezwykle duże oczy... Pamiętasz?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tu przy 35, Rue Geoffroy Saint-Hilaire bywam i ja fotografem. Byłem fotografem też, wtedy pierwszy raz, kilka lat temu (1984?) w niedzielę, 7 listopada. Intuicja i przyjemność widzenia (haszysz) i (tak zwane) uchwycenie „tego” właściwego momentu. Czechow i Maupassant. A przecież zupełnie nie interesują mnie wytworne kobiety z Downing Street i ich delikatnie (a jakże!), miękko upadające (niby przypadkiem) biale (wiadomo!) długopisy. To „robota” dla zwykłych „pstrykaczy” (czyli dla fotoreporterów). A jednak…&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Twoją chorobą jest brak umiejętności widzenia bez ramki (tej czarnej, fotograficznej). Światło zamknąłeś w przesłonie (najlepiej irysowej) i w czasie (najlepsza ponoć jest migawka tytanowa). Szaleństwo i co za bzdury! Ale Ty taki wlaśnie jesteś. I wtedy, 7 listopada (Paryż, słoneczny poranek), będąc zupełnie przypadkiem (teraz już wiem, że to nie był wcale przypadek!) przy Quai de Bourbon zobaczył to, co ułamek sekundy później (czy to możliwe?) sfotografowalem. Przynajmniej miałem takie wrażenie, że to, co widzialem, właśnie sfotografowałem. Oczywiście było, jak zwykle w takich przypadkach, inaczej! Ile razy tak jeszcze?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ta intrygująca i pociągajaca fotograficznie scena („scena” – jak bardzo pasuje takie właśnie określenie sytuacji do Twojej fotografii, do Twojego fotograficznego „widzenia”) była przyczyną zrobienia zdjęcia („zdjąłem” ten obraz i zamieniłem na czarno-biały negatyw, którego chyba nigdy nie odważę się powiększyć). Tych dwoje ludzi, bezczelnie i zarozumiale, ułożyłem w formę: białe, czarne, duże, małe, szare, mniej szare i jeszcze mniej szare… I do tego ta zupełnie głupia czarna ramka, o której Ty piszesz, że definiuje… Paranoja… Zamiast Twojego „definiuje” proponuję „amputuje”. Co o tym sądzisz? Albo „amputujące” krawędzie. I żeby było lepiej (po prostu ładniej) to jeszcze do tego wszystkiego (złego?) pomyślałem o stojącym obok drzewie „umieszczając” je po lewej stronie poziomego prostokąta, tej przyszłej przecież, fotografii. „Dołożyłem” też trochę cieni (świeciło słońce). Całość ułożyła się tak jak bardzo chciałem… Fotograficznie…&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Piszesz w ostatnim liście o sztuce realizatorskiej Yasujira Ozu i o szczególnej pozycji kamery w jego filmach. Zupełnie się z Tobą zgadzam. Znam wszystkie filmy Ozu i zawsze dla mnie te wszystkie filmy, to taki jeden film… Ciągłość Ozu…&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kilka Twoich fotografii to również jedna fotografia (ale tylko przy „Birds and Redflowered Trees” kiedy gra Saluzzi, w Paryżu i dobrze po zachodzie).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Twoja fotografia… &lt;em&gt;Aware&lt;/em&gt; – smutek bardziej dotkliwy, nostalgia związana z jesienią. A inne Twoje nostalgie? &lt;em&gt;Sabi&lt;/em&gt; – samotność i spokój. &lt;em&gt;Wabi&lt;/em&gt; – smutek zwyczajny. A Twoje inne smutki? I jeszcze tylko &lt;em&gt;yugen&lt;/em&gt; – piękne nazwane przeczucie nieosiągalnego nieznanego. Ach te Twoje nieosiągalne nieznane…&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pozycja kamery (może być fotograficznej). Przypominam sobie (Ty mi o tym mówiłeś i pokazywałeś fotografie) niektóre pozycje kamer. Atget, Evans, Henri Cartier-Bresson, Weege (urodzony w Złoczewie), Arbus, Sudek, Penn, Avedon i w końcu ten cały Weston (bez syna).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pytasz o Cohena, o wiersze. Lubię deszcz i zapach „Cabochard” /Paryż, przecież nie Nowy Jork!/. „Cabochard” to tylko 3.2 mililitry. Ty w tym swoim zwariowaniu masz 118 mililitrow „Laurena” i 142 mililitry „Polo”. Tak też w końcu może być.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Już drugi raz wspominasz o amerykańskim projekcie refotografii z 1977 roku. Prosta, dobrze „zbudowana” i porażająco działająca fotografia. Obok michy (0.5 litra) z herbatą i rozpoczętej (dwa papierosy temu) nowej paczki „Cameli”, leży na moim biurku (tym z telefonem z guziczkami* i lampką) „Second View. The Rephotographic Survey Project” oglądany (zwłaszcza ostatnio) za dużo razy. Po co? Może dlatego, że w Paryżu od kilku dni nic ciekawego się nie dzieje. Może dlatego, że pada deszcz (i pada). A może dlatego, że nie lubię aktów Irvinga Penna. Są wyjątkowo wstrętne. Ale zupelnie inaczej wstrętne niż schizofreniczne, demoniczne, „brudne” wreszcie fotografie Joela-Petera Witkina. Może w końcu dlatego „Second View” jest przy mnie tak często, że Paco de Lucia /„One Summer Night”) zaczyna mnie już nieźle nudzić. Jest wspaniały i porywający jak „2nd Avenue Blue” Buddy Richa lub jak Central Park, po którym biegasz jak idiota ze swoim różowym bull terrierem; co za pomysł mieć różowego psa!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wiem, wiem… Odbiegłem od tematu. Ostatnio (zauważyła to już kilka razy nawet Laura) zdarza mi się odbiegać od tematu zbyt często, za często. Wybacz…&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„Second View”: Timothy O’Sullivan, 1872. Vermillion Creek Canon looking downstream, United States Geological Survey. To kiedyś. A teraz Mark Klett for the Reprophotographic Survey Project i 1979 rok. Vermillion Creek Canyon, Colorado. Wspaniała surowość i „odłożenie” czasu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kilka dni temu dostałem „The Contact Print: 1946-1982” (Carmel 1982). Sudek, Minor White, Brett Weston, Harry Callahan, Frederic Sommer, Emmet Gowin, M. A. Smith, Linda Connor, Nicholas Nixon i Olivia Parker. Przede wszystkim jednak Sudek i Callahan.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kiedyś gdzieś (tylko gdzie?) czytałem, że aparaty fotograficzne są jak psy; nieme i nawet jeszcze wierniejsze. Bądź więc dalej przy swojej Super Ikoncie 6x9, wiernej jeszcze bardziej. „Rób” z nią brązowe obrazki w Nowym Jorku. Układajcie „rzeczy” w piękne formy...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Elementarna fotografia… Hmm… Proszę nie pisz do mnie więcej o tym. To staje się już nie tylko śmieszne, beznadziejnie chore, ale i nudne. Nadto, fotografia elementarna nie istnieje, nie ma jej, tak jak nie ma mnie teraz u Ciebie w tym Twoim Nowym Jorku. Zobacz, rozglądnij się. To przecież pewne…&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ostatnie „Interview” z Andy Warholem rzeczywiście wyjątkowe (zwłaszcza po nudnym, futurologicznym numerze ze stycznia).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Słuchaj! Wszystko, co ważne dla Ciebie i Twojej kamery dzieje się zaledwie o 5 metrów od Was. Ja już o tym wiem. A Ty?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nadświatło. Wspominałeś o tym w Paryżu. To metafizyka. To pewnie też jest Twoje czarowanie. I to, i fotografie z St. Louis, z Santa Fe, z Carmel… Z tym wszystkim poczekajmy na nowe herbaty. &lt;em&gt;Haiku&lt;/em&gt; z San Diego, lubię je, też musi poczekać…&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tymczasem wszystkiego dobrego,&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Roberto&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;_______________________________________&lt;br /&gt;* Och te „Czułe guziczki”… Uwielbiam Trudzię Stein…&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przełożył Andrzej Jerzy Lech&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3935343907532337425-2937838983441790310?l=krytykaliteracka.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/2937838983441790310'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/2937838983441790310'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://krytykaliteracka.blogspot.com/2011/10/epistolografia-andrzej-jerzy-lech-i.html' title='Epistolografia: Andrzej Jerzy Lech i Roberto Michel'/><author><name>____________________</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01758159771234876142</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3935343907532337425.post-4173885023534638642</id><published>2011-10-06T00:40:00.000-07:00</published><updated>2011-10-06T00:46:17.345-07:00</updated><title type='text'>Felieton: Igor Wieczorek OCALIĆ ANTYUTOPIĘ</title><content type='html'>&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Jeszcze kilkanaście lat temu wydawało się oczywiste, że burzliwy romans literatury z nauką nigdy nie będzie związkiem równoprawnym. O ile literatura spod znaku „Science Fiction” większość swoich motywów czerpała z futurologii, o tyle futurologia i inne, bardziej praktyczne dziedziny nauki, stroniły od literatury. Nikt rozsądny nie zgodziłby się przecież z twierdzeniem, że lądowanie ludzi na księżycu było możliwe dzięki literackiej wizji Juliusza Verne’a, a powstanie humanoidalnych robotów zawdzięczamy wyobraźni Mary Shelley.&lt;/strong&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Wkład pisarzy w rozwój nauki ograniczał się wyłącznie do sfery terminologii. I tak na przykład funkcjonujący do dziś we wszystkich naukach technicznych termin Robot pochodzi od czeskiego słowa robota. Wymyślony i spopularyzowany został przez Karela Čapka, jednego z pionierów fantastyki naukowej. Natomiast termin Pozytron wprowadzony został do fizyki przez innego mistrza fantastyki, Isaaca Asimova. Zdecydowanym pionierem urzeczywistniania literackiej fantazji w naukowych badaniach aplikacyjnych okazał się dopiero Arthur C. Clarke, autor słynnej „Odyseji Kosmicznej”. Opracowane przez niego w 1945 r. studium na temat orbitalnego systemu łączności radiowej aż przez dwanaście lat spełniało wszelkie wymogi stawiane literaturze SF i zdecydowana większość naukowców uznawała je za utopię. Jednak w 1958r. wizja A. Clarka doczekała się praktycznej realizacji, a on sam uznany został za ojca techniki satelitarnej. W wielu opracowaniach technicznych wymyślona przez niego orbita geostacjonarna nosi nazwę „Orbity Clarka”. &lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;strong&gt;W miarę upływu czasu wpływ literackich fantazji na praktykę naukową wyraźnie przybiera na sile. Kilka miesięcy temu cały świat obiegła informacja o tym, że specjaliści z amerykańskiej agencji ds. rozwoju nowych technologii DARPA opracowują prototyp cybernetycznego owada szpiegowskiego, którego pierwszym projektantem jest Thomas A. Eeaston, autor kilku głośnych powieści science fiction. Ponieważ konstruowane od dawna w wielu laboratoriach naukowych owadokształtne i wężokształtne roboty nie spełniają pokładanych w nich nadziei, specjaliści z DARPA postanowili „ożywić” cybernetycznego chrząszcza opisanego przez T.A.Eastona w powieści „Sparrowhawh”.&lt;/strong&gt; Zamiast tracić czas i pieniądze na konstruowanie kosztownych robotów - węży, które potrafią wić się przez trawę i przepływać stawy, ale nie potrafią przemieszczać się wewnątrz rur, zamiast wzbijać w powietrze maleńkie roboty – muchy, które spadają na ziemię po kilku godzinach lotu, specjaliści z DARPA postanowili umieścić miniaturowy zespół elektronicznych elementów wewnątrz żywego owada, a następnie kierować jego ruchami za pomocą fal radiowych.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Wiele wskazuje na to, że ten śmiały eksperyment zakończy się pełnym sukcesem i cybernetyczny chrząszcz – szpieg już wkrótce wkroczy do akcji w Iraku i Afganistanie. Wyposażony w minikamerę i mikrofon będzie szpiegował talibów. Jego największą zaletą będzie umiejętność działania w miejscach szczególnie niebezpiecznych i niedostępnych dla człowieka, takich jak jaskinie, bunkry i miejsca skażone radioaktywnie.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;strong&gt;Czy ten niewątpliwy sukces cybernetyki będzie również sukcesem literatury SF? Szczerze mówiąc, mocno w to wątpię. I to nie tylko dlatego, że - jak słusznie zauważył Arthur C. Clarke - „Fantastyka naukowa jest tym, co nie może się zdarzyć – na szczęście”. Chodzi o coś więcej. Chodzi o to, że jedną z największych zalet fantastyki naukowej jest jej antyutopijny charakter. Nie kochamy jej przecież za to, że pozwala nam snuć marzenia o nowym, wspaniałym świecie, ale za to, że pomaga nam demaskować absurdalny i okrutny charakter utopijnych projektów.&lt;/strong&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Ambicją Karela Čapka nie było przecież doprowadzenie do rozkwitu robotyki, ani – tym bardziej - wniesienie swojego wkładu w rozwój wojskowej cybernetyki, a wręcz przeciwnie – udzielenie srogiej przestrogi przed świadomym użyciem nauki i techniki w służbie wojny. Niektórzy twórcy najnowszej generacji robotów najwyraźniej zdają sobie z tego sprawę, czego dowodem jest fakt, że podczas oficjalnej wizyty premiera Japonii w Czechach towarzyszący mu humanoidalny robot Asimo przedstawił się jako ambasador dobrej woli wszystkich robotów i złożył pod pomnikiem K. Čapka bukiet kwiatów. To bardzo dobry prognostyk, bo gdyby społeczna funkcja literatury SF ograniczona została do funkcji czysto użytkowej, gdyby rola pisarza SF sprowadzona została do roli projektanta cybernetycznych owadów i węży, to świat zmieniłby się nie do poznania. I nie byłaby to zmiana na lepsze. &lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3935343907532337425-4173885023534638642?l=krytykaliteracka.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/4173885023534638642'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/4173885023534638642'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://krytykaliteracka.blogspot.com/2011/10/felieton-igor-wieczorek-ocalic.html' title='Felieton: Igor Wieczorek OCALIĆ ANTYUTOPIĘ'/><author><name>____________________</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01758159771234876142</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3935343907532337425.post-7691919471296379521</id><published>2011-10-06T00:34:00.000-07:00</published><updated>2011-10-06T01:43:29.386-07:00</updated><title type='text'>Jest Poezja! Józef Baran, wiersze najnowsze</title><content type='html'>&lt;strong&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Podróż&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/strong&gt;płynąć nad swoim życiem&lt;br /&gt;w wielkim balonie podróży&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;i widzieć w dole&lt;br /&gt;pod ławicami obłoków&lt;br /&gt;rafy koralowe&lt;br /&gt;plankton nocy i dni&lt;br /&gt;mozaikę kolorowych szkiełek&lt;br /&gt;z Wawelem i Wieżą Mariacką w tle&lt;br /&gt;zmalały z nagła kraik&lt;br /&gt;na morskim dnie&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;a wszystko&lt;br /&gt;jak we mgle&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;za siódmą chmurą&lt;br /&gt;za snem&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;em&gt;Brasil, 2009&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Formosa w niedzielne popołudnie&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;em&gt;Henrykowi i Gosi Siewierskim&lt;br /&gt;&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;Miasteczko śliczne z nazwy&lt;br /&gt;z wyglądu o wiele mniej&lt;br /&gt;widocznie architekta&lt;br /&gt;zmorzył z gorąca sen&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;i zasnął w trakcie szkicowania&lt;br /&gt;miasteczka na mapkach&lt;br /&gt;co jeszcze się nie zaczęło&lt;br /&gt;zastygło w powijakach&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;zawieszone w bezczasie&lt;br /&gt;rodzące się stale na nowo&lt;br /&gt;nie może stać się ciałem&lt;br /&gt;jak poronione słowo&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;przecięte szosą wpół&lt;br /&gt;rozmazane w chaosie&lt;br /&gt;zdjęcie co z prześwietlonej kliszy&lt;br /&gt;nie umie się wykokosić&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;tandetne domki z gliny&lt;br /&gt;i słońce słońce słońce&lt;br /&gt;uliczki leniwo w miejscu&lt;br /&gt;bez pomysłu drepczące&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;bo wszystko stapia się w końcu&lt;br /&gt;w niemiłosiernym słońcu&lt;br /&gt;ludzie koty na murkach&lt;br /&gt;jak muchy w mazi brodzące&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;i tylko czasem miasteczko&lt;br /&gt;rozbłyśnie jak w kurzu szkiełko&lt;br /&gt;gdy przejdzie ulicą dziewczyna –&lt;br /&gt;czyste wcielenie formosy&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;przebudzi się handlarz melonów&lt;br /&gt;zatańczy przy straganie sambę&lt;br /&gt;Formosa na chwilę się ożywia&lt;br /&gt;przypomina sobie jak się nazywa&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;em&gt;Formosa – miasteczko w centralnej Brazylii; nazwa pochodzi od starego, portugalskiego slowa oznaczającego: ładny, piękny.&lt;br /&gt;&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Myśl przy wsysaniu się w owoc mango&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;dossać się do miąższu życia&lt;br /&gt;wyssać z niego&lt;br /&gt;smaki soki&lt;br /&gt;słodkości&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;śmierci pozostawić&lt;br /&gt;łupiny pestki&lt;br /&gt;kości&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;niech sobie na nich połamie&lt;br /&gt;zęby ze złości&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Orzeł w kurniku&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;rozmawiając z nimi&lt;br /&gt;poczuł się jak orzeł&lt;br /&gt;zapędzony do&lt;br /&gt;kurnika gdzie&lt;br /&gt;nikomu niepotrzebne&lt;br /&gt;jego wysokogórskie opowieści&lt;br /&gt;o lotach&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;bo tu pasjonują się&lt;br /&gt;przefruwaniem z grzędy na&lt;br /&gt;grzędę&lt;br /&gt;i stanowiskami zajmowanymi&lt;br /&gt;w hierarchii kurnika&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;jego odstające&lt;br /&gt;śmieszne skrzydła&lt;br /&gt;zawadzają tu tylko&lt;br /&gt;w kokoszeniu się na grzędzie&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;najlepiej gdyby je obciął&lt;br /&gt;i udawał że jest jednym z nich&lt;br /&gt;a grzebanie pazurami w ziemi&lt;br /&gt;jest mu bliższe od lotów&lt;br /&gt;po abstrakcyjnym Niebie&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Wybiegi&lt;br /&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;niektórzy wierzą&lt;br /&gt;że przyjdzie Ktoś&lt;br /&gt;i da im wolność:&lt;br /&gt;Napoleon Elvis Presley&lt;br /&gt;Jan Paweł II&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;nie wiedzą&lt;br /&gt;że z wolnością człowiek się rodzi&lt;br /&gt;lub nie&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;są tacy&lt;br /&gt;co nawet w więzieniu czują się wolni&lt;br /&gt;spuszczają linkę wyobraźni&lt;br /&gt;i mają wybieg na cały glob&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;i tacy&lt;br /&gt;co żyją na&lt;br /&gt;krótkim łańcuchu&lt;br /&gt;jak wiejski burek przy budzie:&lt;br /&gt;z kagańcem tresury&lt;br /&gt;kneblem konwencji&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;bo jednym nie wystarcza&lt;br /&gt;nawet wybieg&lt;br /&gt;stąd do księżyca&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;gdy drugim droga&lt;br /&gt;za las i z powrotem&lt;br /&gt;starcza za całe życie&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;w końcu i tak&lt;br /&gt;pogodzi wszystkich&lt;br /&gt;ciasny horyzont&lt;br /&gt;dwa na pół&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;(pod warunkiem&lt;br /&gt;iż jesteśmy jednowymiarowi&lt;br /&gt;i nie mamy duszy&lt;br /&gt;rozciągliwej&lt;br /&gt;Stąd-Do-Wieczności)&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3935343907532337425-7691919471296379521?l=krytykaliteracka.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/7691919471296379521'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/7691919471296379521'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://krytykaliteracka.blogspot.com/2011/10/jest-poezja-jozef-baran-wiersze.html' title='Jest Poezja! Józef Baran, wiersze najnowsze'/><author><name>____________________</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01758159771234876142</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3935343907532337425.post-8830492738409856612</id><published>2011-10-06T00:28:00.000-07:00</published><updated>2011-10-06T00:33:14.923-07:00</updated><title type='text'>Jest Poezja! Tomasz Sobieraj GRA, WOJNA KWIATÓW</title><content type='html'>&lt;strong&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Czternaście minut&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wiem&lt;br /&gt;Podróże kształcą&lt;br /&gt;Nawet bliskie&lt;br /&gt;Jak ta wycieczka do Chełmna&lt;br /&gt;Nad Nerem&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Szeroka dolina&lt;br /&gt;Na skarpie biały kościół&lt;br /&gt;„Stacja obnażenia”&lt;br /&gt;Matka Boska Częstochowska&lt;br /&gt;Na głównym ołtarzu&lt;br /&gt;Spogląda dobrotliwie&lt;br /&gt;Mały jar&lt;br /&gt;Oddziela świątynię&lt;br /&gt;Od miejsca zagłady&lt;br /&gt;Dwustu tysięcy&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Witano ich serdecznie&lt;br /&gt;Przed pałacem&lt;br /&gt;Później szatnia w sali balowej&lt;br /&gt;Wąski korytarz do łaźni&lt;br /&gt;Na ciężarówce&lt;br /&gt;Zgrzyt zamykanych drzwi&lt;br /&gt;Kierowca wyrzuca niedopałek papierosa&lt;br /&gt;Przekręca kluczyk&lt;br /&gt;Przestawia małą dźwignię&lt;br /&gt;Czternaście minut&lt;br /&gt;Kąpieli w spalinach&lt;br /&gt;I odchodach&lt;br /&gt;Czternaście minut&lt;br /&gt;Krzyków i torsji&lt;br /&gt;A potem spokój&lt;br /&gt;Już na zawsze&lt;br /&gt;W pobliskim lesie&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wieczorem&lt;br /&gt;Po ciężkim dniu pracy&lt;br /&gt;W Sonderkommando&lt;br /&gt;Piwo&lt;br /&gt;Śmiech i wspólna fotografia&lt;br /&gt;Na pamiątkę&lt;br /&gt;Normalnie&lt;br /&gt;Jak to&lt;br /&gt;Po robocie&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Ucieczka&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;em&gt;I stałem się sam ziemią jałową.&lt;br /&gt;&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;św. Augustyn, &lt;em&gt;Wyznania&lt;/em&gt; (II 10)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Od kiedy zabiłem Boga&lt;br /&gt;Uciekam przed sobą&lt;br /&gt;W drugiego człowieka&lt;br /&gt;Tak bardzo boję się wolności&lt;br /&gt;Uciekam przed sobą&lt;br /&gt;W drugą pustkę&lt;br /&gt;Płynę i zastygam&lt;br /&gt;Staję się i jestem&lt;br /&gt;Ale tylko&lt;br /&gt;Namiętnością&lt;br /&gt;Nienasyconą&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Katedra&lt;br /&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;Nie miałem na bilet&lt;br /&gt;Do świątyni&lt;br /&gt;Więc usiadłem u stóp&lt;br /&gt;Kamiennego Jezusa&lt;br /&gt;Wyjąłem nóż i chleb&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Patrzyliśmy&lt;br /&gt;Na radosny korowód&lt;br /&gt;Wychodzący z katedry&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A ona spała&lt;br /&gt;Pod strażą strzelistej wieży&lt;br /&gt;Wyniosła i silna&lt;br /&gt;Pusta&lt;br /&gt;Piękna forma&lt;br /&gt;Bez Boga&lt;br /&gt;I wiernych&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Finał&lt;br /&gt;Teatru&lt;br /&gt;Krzyża&lt;br /&gt;Dokonany&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Satori&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/strong&gt;Dopiero ta jesień&lt;br /&gt;Przyniosła zrozumienie&lt;br /&gt;Widok kropli wody&lt;br /&gt;Na żółtym liściu&lt;br /&gt;Uspokoił&lt;br /&gt;Już bez pośpiechu&lt;br /&gt;Żyłem dalej&lt;br /&gt;Jak obłok&lt;br /&gt;Odbity w wodzie jeziora&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Axios&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jaki jesteś piękny&lt;br /&gt;Gdy stoisz nagi&lt;br /&gt;Na brzegu Axios!&lt;br /&gt;Zazdroszczę&lt;br /&gt;Kroplom wody&lt;br /&gt;Liżącym twoje ciało&lt;br /&gt;Chciałbym chociaż&lt;br /&gt;Nałożyć ci chlamidę&lt;br /&gt;Którą zawsze nosisz&lt;br /&gt;Z taką&lt;br /&gt;Niedbałą elegancją&lt;br /&gt;Chciałbym tylko&lt;br /&gt;Dotknąć smukłych nóg&lt;br /&gt;I ramion&lt;br /&gt;Zanim Zefir&lt;br /&gt;Nagłym tchnieniem&lt;br /&gt;Zmieni lot&lt;br /&gt;Twojego dysku&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Łatwość&lt;br /&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;Jakie to łatwe!&lt;br /&gt;Chwyciłem krzywą&lt;br /&gt;Z gwiaździstego nieba&lt;br /&gt;Taką zwykłą&lt;br /&gt;y = ax2&lt;br /&gt;Zawieszoną bezpańsko&lt;br /&gt;Między Wenus&lt;br /&gt;A nosem Wielkiej Niedźwiedzicy&lt;br /&gt;I z gracją podzieliłem&lt;br /&gt;Na nieskończoną liczbę&lt;br /&gt;Zupełnie prostych odcinków&lt;br /&gt;Idealne pochodne&lt;br /&gt;Rozpierzchły się&lt;br /&gt;Po nieboskłonie&lt;br /&gt;Chichotały&lt;br /&gt;Jak małe dziewczynki&lt;br /&gt;Próbowałem je uporządkować&lt;br /&gt;Siłą rozumu i woli&lt;br /&gt;Ale tylko czasem&lt;br /&gt;Udało mi się stworzyć piękno&lt;br /&gt;Bryły o tysiącach ścian&lt;br /&gt;Niekiedy regularne wieloboki&lt;br /&gt;Jednak nic równie doskonałego&lt;br /&gt;Jak ta krzywa&lt;br /&gt;Nie powstało&lt;br /&gt;Nawet filozofia mi nie pomogła&lt;br /&gt;W tworzeniu&lt;br /&gt;Musiałem&lt;br /&gt;Poprosić Boga o pomoc&lt;br /&gt;A on&lt;br /&gt;Tylko skinął ręką&lt;br /&gt;I już...&lt;br /&gt;Wrócił porządek&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Gra&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/strong&gt;Na skale czarnej&lt;br /&gt;Przysiadły anioły&lt;br /&gt;Zwinęły skrzydła&lt;br /&gt;I wyjęły kanapki&lt;br /&gt;Z niebiańskich chlebaków&lt;br /&gt;Wesoło majtały nogami&lt;br /&gt;Śmiejąc się i zajadając&lt;br /&gt;Pszenne bułki z salcesonem&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dolina pod skałą&lt;br /&gt;Była szczęśliwa&lt;br /&gt;Żyzna ziemia rodziła kwiaty&lt;br /&gt;I rzadkie owoce&lt;br /&gt;Mężczyźni mieli silne ramiona&lt;br /&gt;Kobiety nosiły warkocze&lt;br /&gt;Właściwie&lt;br /&gt;Nie było niczego nadzwyczajnego&lt;br /&gt;W szczęśliwej dolinie&lt;br /&gt;Życiu ludzi&lt;br /&gt;Ani w nich samych&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Anioły wytarły usta obłokami&lt;br /&gt;(młodość nie zna dobrych manier)&lt;br /&gt;I dla zabawy zalały dolinę&lt;br /&gt;Wezbranymi wodami rzeki&lt;br /&gt;Pokładały się ze śmiechu&lt;br /&gt;Widząc jak ludzie walczą o życie&lt;br /&gt;Swoje i bliskich&lt;br /&gt;Żeby było zabawniej&lt;br /&gt;Dorzuciły jeszcze choroby&lt;br /&gt;I nieco ognia&lt;br /&gt;Ocalonym nie było łatwo&lt;br /&gt;Podnieść się z kolan&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Bóg odsłonił rąbek błękitu&lt;br /&gt;Sprytne chłopaki – powiedział&lt;br /&gt;Jutro pogracie z drugiej strony Ziemi&lt;br /&gt;W wybuchy wulkanów i huragany&lt;br /&gt;A w przyszłym tygodniu&lt;br /&gt;Zrobimy sobie jakąś wojenkę&lt;br /&gt;Rzeź Ormian albo holokaust&lt;br /&gt;Na dzisiaj wystarczy zabawy&lt;br /&gt;Chyba że chcecie powrzucać sobie&lt;br /&gt;Dusze do piekła&lt;br /&gt;Za to są dodatkowe punkty&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3935343907532337425-8830492738409856612?l=krytykaliteracka.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/8830492738409856612'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/8830492738409856612'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://krytykaliteracka.blogspot.com/2011/10/czternascie-minut-wiem-podroze-ksztaca.html' title='Jest Poezja! Tomasz Sobieraj GRA, WOJNA KWIATÓW'/><author><name>____________________</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01758159771234876142</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3935343907532337425.post-6028617514238986919</id><published>2011-10-06T00:24:00.000-07:00</published><updated>2011-10-06T00:27:40.372-07:00</updated><title type='text'>Jest Poezja! Roman Kaźmierski CIEŃ W CIEŃ</title><content type='html'>&lt;strong&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Ekloga z października&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jezioro, jedyne otwarte oko.&lt;br /&gt;Światło połyka przynętę,&lt;br /&gt;ale nie daje się złapać.&lt;br /&gt;Liśćmi zajmują się specjaliści&lt;br /&gt;od naprawy wspomnień.&lt;br /&gt;Listy udają, że nadchodzą&lt;br /&gt;z przyszłości. Ślina,&lt;br /&gt;którą przełyka wędkarz,&lt;br /&gt;ma smak kolacji. Na tapecie&lt;br /&gt;komar siedzi i nie siedzi.&lt;br /&gt;Opowiada się o sobie,&lt;br /&gt;choć nie umie mówić.&lt;br /&gt;Na drugim brzegu ktoś&lt;br /&gt;w niebieskiej wiatrówce&lt;br /&gt;wspina się ścieżką po zboczu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Wakacje na okrągło&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Długo spali, dom skurczył się w hotelowy pokój.&lt;br /&gt;Odtąd podróżują bezszelestnie jak czas&lt;br /&gt;w zegarku cyfrowym. Nowy kościół podobny&lt;br /&gt;do banku lub supermarketu, wiara siwieje.&lt;br /&gt;Od rana wieczór: odcinek serialu&lt;br /&gt;o życiu, jakim ma być albo nie być.&lt;br /&gt;Ona, on i automatyczne dziecko,&lt;br /&gt;które umie już marzyć. Wrzuca do morza&lt;br /&gt;prawie nienoszone buciki:&lt;br /&gt;niech sobie tańczą, niech tańczą.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Łaźnia w M.&lt;br /&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;Poniemieckie kafelki holenderskie, kościoły&lt;br /&gt;powielone, pacierze dróg, łąk i zagajników.&lt;br /&gt;Kamieniczki: mężczyźni w oparach, mgłach.&lt;br /&gt;Stać prosto, wciągnąć brzuch, osłonić genitalia.&lt;br /&gt;Stworzeni na podobieństwo, obraz&lt;br /&gt;radzi sobie sam. Z sitek woda, mydliny&lt;br /&gt;do ścieku, gęste jak w czasie uboju.&lt;br /&gt;Szarość tej krwi, biel tła,&lt;br /&gt;niebieskość ruchliwego pędzelka.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Czytając L.G. i G. A.*&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dzień rośnie w trawie.&lt;br /&gt;Życie nie ma końca,&lt;br /&gt;ani początku. W koronie&lt;br /&gt;starej lipy śpiew trzmieli.&lt;br /&gt;Jak wierni w kościele:&lt;br /&gt;bez słów, są zbyt znane.&lt;br /&gt;Lipa stoi samotnie,&lt;br /&gt;za nią ściana zarośli.&lt;br /&gt;Z gąszczu słychać kosi&lt;br /&gt;gwizdek pełen krwi.&lt;br /&gt;Właśnie tu miał być&lt;br /&gt;zbudowany dom.&lt;br /&gt;Zaczyna się i kończy&lt;br /&gt;z trudem jak budowa&lt;br /&gt;na czarno. Bez winy&lt;br /&gt;i kary miłosne przekręty.&lt;br /&gt;Zieleń po horyzont,&lt;br /&gt;trawa zarasta dzień.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;*Lars Gustafsson, Genadij Ajgi&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Odrostki&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Skryta wśród korzeni, nie wiesz nic o drewnie&lt;br /&gt;na opał, o deskach skrzyń i palet, o popiołach.&lt;br /&gt;Niedzielne popołudnie, a grunt pod nogami&lt;br /&gt;wciąż w ruchu, gadatliwe usta, wiatr.&lt;br /&gt;Nie usłyszysz, siostro krzemu i wapnia,&lt;br /&gt;żadnej odpowiedzi od pnia i konarów,&lt;br /&gt;od kruchych gałązek, śmieci u podnóża.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Słowa i muzyka&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;em&gt;Johann Sebastian Bach är min vän den bäste. Forr i världen&lt;br /&gt;älskade jag honom för att han aldrig grät...&lt;br /&gt;&lt;/em&gt;Eva Ström&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;(1)&lt;br /&gt;Swoim spojrzeniem bierzesz mnie&lt;br /&gt;w cudzysłów. Cytat. Autor i tytuł&lt;br /&gt;nieznany. Może to było z listu,&lt;br /&gt;ale zabrakło morza i butelki, gołębia,&lt;br /&gt;komputera. Jestem krótką frazą.&lt;br /&gt;Powtarzam się łatwo. Powtórz mnie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;(2)&lt;br /&gt;Prześladuje nas tajna straż, piosenka,&lt;br /&gt;którą nucą wszyscy. Trudno wytrzymać.&lt;br /&gt;Trzymaj mnie mocno między udami&lt;br /&gt;jak wiolonczelę, i graj coś.&lt;br /&gt;Na przykład drugą lub piątą&lt;br /&gt;suitę Bacha, z tych w moll.&lt;br /&gt;Proszę się przesuwać&lt;br /&gt;Władca metrów kwadratowych&lt;br /&gt;umiera truchcikiem.&lt;br /&gt;Wysyła bliskich daleko&lt;br /&gt;i błaga, żeby podeszła bliżej,&lt;br /&gt;jeszcze bliżej, aż jej włosy&lt;br /&gt;zakryją mu twarz.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3935343907532337425-6028617514238986919?l=krytykaliteracka.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/6028617514238986919'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/6028617514238986919'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://krytykaliteracka.blogspot.com/2011/10/jest-poezja-roman-kazmierski-cien-w.html' title='Jest Poezja! Roman Kaźmierski CIEŃ W CIEŃ'/><author><name>____________________</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01758159771234876142</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3935343907532337425.post-6163362612865796383</id><published>2011-10-06T00:17:00.000-07:00</published><updated>2011-10-06T01:49:04.114-07:00</updated><title type='text'>Jest Poezja! Zbigniew Joachimiak SEZON LOTÓW TRWA</title><content type='html'>&lt;strong&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Powrót do domu w Kentucky&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Skręciłem z autostrady ostrym zjazdem&lt;br /&gt;i nagle zalał mnie szeroki pas zapachu ciemnego&lt;br /&gt;- drażniącego śluzówki nosa -&lt;br /&gt;topiącego się asfaltu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po zjeździe w prawo sunąłem wyrzucany&lt;br /&gt;siłą odśrodkową w piaski domków&lt;br /&gt;jednorodzinnych i ich zielono-żółte ogródki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po tej stronie Ohio wszystkie zapachy&lt;br /&gt;zmieniały barwę.&lt;br /&gt;Zamiast czystej zieleni sałaty w pory skóry&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;wnikać mi zaczęły ciemne tonacje szpinaku,&lt;br /&gt;a pomiędzy napływającymi falami gorąca&lt;br /&gt;wpadały mi w oczy pieprze grubego piasku.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Niosło mnie wprost na ulicę Overview,&lt;br /&gt;tam moja córka rozraszała w powietrze&lt;br /&gt;mleko i zapach przetartych owoców.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W usta spływał mi pot słony i zarazem&lt;br /&gt;słodki od radości, że dzień nie jest stracony,&lt;br /&gt;że Sybilka, moja córka&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;podejdzie do mnie zmieniając niebieskie&lt;br /&gt;niebo w granatowe, a mnie w ciastko&lt;br /&gt;posmarowane grubo wczesnym miodem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;2005&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Umiera mi ojciec&lt;br /&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;Śpi prawie spokojnie, oddycha,&lt;br /&gt;w dzień złości się i głośno siorbie kawę.&lt;br /&gt;Nosi za sobą cewnik - cienką rurkę&lt;br /&gt;łączącą go z życiem.&lt;br /&gt;Chyba jest bledszy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Umiera mi ojciec&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;głośno stęka podnosząc się z fotela,&lt;br /&gt;słucha radia, telewizja jest zbyt głośna,&lt;br /&gt;waży się, ogląda skórę, ręce.&lt;br /&gt;Szepce coś do telefonu,&lt;br /&gt;pewnie, że wkrótce są święta.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Umiera mi ojciec&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- śmierć to będzie czyja?&lt;br /&gt;Jego, tego co odejdzie, czy moja&lt;br /&gt;dla zbliżenia tego, co będzie mi odjęte?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Umiera mi ojciec&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;czuję, że się od niego oddalam,&lt;br /&gt;a on z cewnikiem stoi w miejscu.&lt;br /&gt;O śmierci nie mówi.&lt;br /&gt;O śmierci on umiera.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Chickasaw Street&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Długa perspektywa z nagłym zeskokiem o kilkaset metrów&lt;br /&gt;w dół miasta. A na początku zapach małp.&lt;br /&gt;Tak się Chickasaw zaczyna.&lt;br /&gt;Niewielkie kapucynki krzyczą i smrodzą,&lt;br /&gt;gnijące banany czernieją, a wszystko ogarnia aromatyczny bez.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zapach bzu to tylko początek historii ulicy,&lt;br /&gt;bo już niżej panoszą się słupy podmurszałych domów&lt;br /&gt;niewielkich jednopiętrowych drewnianych budowli -&lt;br /&gt;w których, w porze kolacji, z każdego kąta&lt;br /&gt;roznosi się zapach grzanek, szynki i sera.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W moim mieszkaniu na piętrze pierwszym, zaraz przy wejściu,&lt;br /&gt;pachnie Sybilka mlekiem i kremem Johnson&amp;amp;Johnson.&lt;br /&gt;A półki przyciągnięte ze sklepu metalowego wciąż&lt;br /&gt;nie mogą uzgodnić, jak mają pachnieć książki z Polski:&lt;br /&gt;oliwą, hardweres storu, czy piaskiem z wrzeszczańskiej Zaspy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przez ścianę przebija się drobnymi skokami zapach chilli.&lt;br /&gt;Sąsiedzi - afroamerykańska rodzina - od rana przygotowują ingrediencje.&lt;br /&gt;W mojej kuchni też szał: rozlało się kwaśne kalifornijskie wino,&lt;br /&gt;herbata roznosi się we wszystkie strony, dzisiaj będą ruskie pierogi,&lt;br /&gt;na ogniu przygotowuje się farsz z podpiekaną cebulą.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie mogę odgadnąć czym pachnie wykładzina. Bo pachnie.&lt;br /&gt;Może tym, co zostało z pobytu poprzednich lokatorów.&lt;br /&gt;Pójdę teraz w dół ulicy, bliżej down town, tam rosną porzeczki.&lt;br /&gt;A i pokrzywy. Mieszka tam też rodzina skunksów, na które jest tylko&lt;br /&gt;jedna rada (zdradził mi ją Andrew Tietig):&lt;br /&gt;dużo, dużo aromatycznego soku z pomidorów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jest lato. Leniwe powietrze donosi do moich okien krzyk małp.&lt;br /&gt;I zapach ich śerści. I jeszcze coś, co mnie niepokoi: to rzeka Ohio?&lt;br /&gt;To rzeka miasta. Całego stanu. Całej krainy.&lt;br /&gt;Tu na skraju indiańskiej ulicy pachnie całym tym światem,&lt;br /&gt;który drgać będzie do końca mojej skóry. W zapachu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Jestem cicho, cichutko&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jestem cicho, cichutko,&lt;br /&gt;tak jak wtedy, gdy po raz pierwszy&lt;br /&gt;spostrzegłeś jasność i ciemność.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jestem jak wtedy, gdy przyniosłeś mi&lt;br /&gt;kwiaty i swój wiersz do szpitala&lt;br /&gt;i przestraszone oczy w młodzieńczej twarzy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jestem cicho, cichutko,&lt;br /&gt;gdy rano wstajesz do pracy&lt;br /&gt;i gdy wracasz, i podlewasz kwiaty.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jestem mała, twoja własna&lt;br /&gt;skała, opoka dnia codziennego.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jestem cicho, cichutko,&lt;br /&gt;biję bezdźwięcznie ci brawa&lt;br /&gt;i głaszczę po głowie, gdy upadasz w lęku.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jestem twoją mamą,&lt;br /&gt;od początku i poza koniec.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Cicho, cichutko&lt;br /&gt;umarła.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Potem&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;To tylko na początku wiersze są&lt;br /&gt;motylami, które licznie latają&lt;br /&gt;w naszych wiosennych ogrodach.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;To tylko, gdy po raz pierwszy stajesz&lt;br /&gt;na jeszcze nie zdeptanej ścieżce&lt;br /&gt;prowadzącej do tajemniczej owocarni...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;To tylko na początku wiersze mają&lt;br /&gt;skrzydła i pociagają cie do góry,&lt;br /&gt;do blasku i ptaków.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Potem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Potem słowa zaciskaja się w pięści,&lt;br /&gt;w zatrzaśniętej obolałej dłoni,&lt;br /&gt;w pocisku zawiniętych kostek.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Potem trzeba żmudnie odginać palec za palcem,&lt;br /&gt;podważać je dłutem zakute w milczeniu,&lt;br /&gt;powoli wydobywać upragnione słowa.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Trzeba mruczeć, szeptać i dreptać,&lt;br /&gt;płakać, trwać godzinami w trwodze,&lt;br /&gt;czekać, czy granat pięści się otworzy?&lt;br /&gt;I słowa trzeba wyciągać ostroznie i powoli,&lt;br /&gt;jedno, drugie, trzecie, jak ze słonecznika nasiona,&lt;br /&gt;w lipcowy dzień.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Może choć jedna z tych wyschniętych pestek&lt;br /&gt;pełna będzie nasieniem.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3935343907532337425-6163362612865796383?l=krytykaliteracka.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/6163362612865796383'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/6163362612865796383'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://krytykaliteracka.blogspot.com/2011/10/jest-poezja-zbigniew-joachimiak-sezon.html' title='Jest Poezja! Zbigniew Joachimiak SEZON LOTÓW TRWA'/><author><name>____________________</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01758159771234876142</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3935343907532337425.post-588967236616646072</id><published>2011-10-06T00:06:00.000-07:00</published><updated>2011-10-06T00:15:54.372-07:00</updated><title type='text'>Jest Poezja! Andrzej Tchórzewski, poème en prose</title><content type='html'>&lt;strong&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Domysł&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/strong&gt;Jeszcze nie wiesz co zostało w przeczuciu!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czy sowa śnieżna wzlatująca z odległych siedlisk nad łąki umorusane siąpiącym niespodziewanie&lt;br /&gt;o tej porze deszczem. Szukająca opustoszałych komnat mysiego królestwa. Bo może zawieruszyła się jakaś istota; chora albo słaba, niezaproszona do tańca na płytach stygnących kuchni, rozgrzanych fajerek oddających w mroku pożyczoną wieczorem czerwień.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czy – może - śmieszny owad nieporadnie zbłąkany w nieswoją porę roku. Gotów do zabicia jednym gestem ręki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie wiesz i wierzysz w szczególną aurę szarości. Byt nie lśni tęczami, dźwiga w sobie skończoność jak modlitwę, którą obarczy Boga.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Znów zaczną się jałowe dysputy, znów ten brak szacunku do milczenia; jazgot, słowo, które unicestwia siebie. A z niego chaos; nieodłączne konie nomadów, parlamenty śliny, step.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Cóż przeczucie, gdy pewność nie jest naszym królestwem, a jej zaprzeczenie rozchodzi się, jak mgła po łąkach i pustych polach.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Rozstaje&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Latem, zmęczony strumień dogorywa. I gdyby nie wilgoć omszałych kamieni, nierozpasanie wektorów promienia, byłby ustał.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Światło heraklitejskie nie mówi do nas, nie powierza nam swych skarbów oddanych w aporiach przez wędrownych filozofów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mają zdarte sandały i puste łysiejące głowy. Przypominają owady, których się boimy, bo według prognozy wkrótce zawładną światem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Naturalnie to nie jest nasz świat, ale i nie ich.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie wiemy dokąd prowadzą drogi strumieni, gdzie przetną się z ludzkimi, gdzie wzejdą przypadkowe siedliska i którędy pójdą karawany przenoszące nadmiar cierpliwości.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Ślimak&lt;br /&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;Natura uzewnętrznia swoje przeciwieństwa. Daje nam Biblię i Koran i tysiące ksiąg spisanych niedokładną ręką. Wymusza na nas przypowieści, moralitety, ale sama pozostaje baśnią własnych ogrodów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Śluz przykryty płytką. Pancerz i galaretka, żel ciągle używany przez wilgoć. Ciężar, który nas zgina, a jemu służy za schronienie. Dom wędrowny, cierpliwy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Patrzę, jak opustoszał i nawet nie potrafię się domyślić adresu właściciela. Może odszedł. Ogarnia mnie lęk jak w obliczu wspaniałych grobowców.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zapewne są już puste, ograbione. Nie słuchają szemrzących wód, ceramika odpada z nich&lt;br /&gt;i ślady zniczy przywodzą wspomnienie pamięci.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po ten jakoś nie sięga nikt. Chyba, że kazuar, który uciekł z zoo rozwaliłby dawną siedzibę ślimaka.&lt;br /&gt;Czy żyje? Dość pytań! Głupio, w swoim języku pytać o ślad lotki ciśnięty przez Tajemnicę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Okno&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zamknięty w szarości. Śledzisz krople bębniące w blachę parapetu. Gdzieś daleko - miliony lat świetlnych- jest Mauritius i Beniowski spowiadający się u Komendanta. Przypomnienie imperium, zarzut złych chęci wobec przegniłej Korony. Ponawiany, powtarzany z uporem, chociaż wszystkie imperia mijają.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Comte, comte.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ty, ta z wakacyjnej opowieści, jedziesz korytami wyschniętych rzek i spotykasz dzieci malgaskie, znające dobrze mechanizmy jeepa i radość fotografii.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Festiwal odrębny. Na karaibskich beczkach po ropie. Otwarty na ocean. Festiwal bosych pięt&lt;br /&gt;i rozognionej ziemi. „Zupełnie jak niedźwiedzie smorgońskie”. Ulubiona rozrywka arystokratów, strach politei podzielany przez Arystotelesa. Lęk, lęk!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A tu: monotonia. Blokowisko. Wytwór złej cywilizacji, produkt tablic demograficznych.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jak dobrze, że nie podchodzisz do okna. Mając je w sobie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Matura in vitro&lt;br /&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;Czytam i … nie przecieram oczu. Przywykła do wyskoków słowa. Przychodzą różni, nadając mu swoje znaczenia. Coraz bardziej wchodzimy w bezsens, w bezmiar nonsensu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mit wieży Babel sam się rozpowszechnia w sporych nakładach. Ludzie milczą lub plują (z lubością?)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„Matura in vitro i zapłodnienie z religii”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„Poprzestawiały Ci się wersety albo przyjęłaś starą technikę dadaistów” - mówi partner, który jeszcze nie tak dawno był całkiem zagorzałym kochankiem, wielbicielem tej mojej etcetera.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„Panuję nad wersetami,montaż słów odbywa się we mnie, voodo morfemu. Patrz, czym nas karmią. Sieczka, obrok.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tu, dwójka znanych w przededniu rozwodu, ona szuka mieszkania w eleganckiej dzielnicy - a może na odwrót - On jedzie na Bahamy - a może na odwrót - nie zaprzecza, że lubi windsurfing, a tam dwudziestoletnia matka wyskoczyła z okna prosto pod autobus. Z pewnością jeszcze żyła kiedy ją rozjechał”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„Coś trzeba włożyć do tego garnka”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Słowa nie zawsze kończą się myślą... Kto wie, może jesteśmy centaurami, wchłaniającymi ten bezduszny owies, rozciapaną Karmę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Polowanie na żmije&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przykucnąć i nie zrywać jagód. Wbrew Elżbiecie Barret. Szukać róż dzikich, niezgodnych ze Słowackim. Wnosić do tej wonnej świątyni ducha modlitw. Szperać w zakamarkach słów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A tam, pomiędzy paprociami przemknęła żmija. Las jej odszumiał na znak przyzwolenia. Rozścielił się wygodnym szlakiem; ucieczka. Przed rozdziawionym ze zdziwienia brezentowym workiem i rozdwojonym, kłamliwym kijem. Troska o potomstwo zostawione&lt;br /&gt;w komyszach. Lekka bryza łagodzi ostrza traw, prostuje źdźbła schylone ku prawu ciążenia. Wszystko jak w tej wieży, gdzie Tycho de Brache śledził lot komet.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Właśnie przelatuje włóknista zapowiedź zagłady. A tu SĄ znaki, trafnie odczytane; to ludzie łowią żmije dla pieniędzy. Z niezrozumiałych powodów. Gdyby wszystkie istoty stosowały swój kod, powstałby chaos.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na początku, więc, było przemykanie. Syk. Groźba. A później - pełnia chaosu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I bóg żmij ładu nie zaprowadził, scedował wszystko na człowieka. Popłoch.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A cóż on potrafi? Niszczyć tam, gdzie godzi się ocalać. Tęsknić za gramem jadu, pisać na korze brzozy sokiem wyciśniętym z jagód.&lt;br /&gt;Wznosić miasta, do których żmija nie ma dostępu, a zdrada - owszem.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3935343907532337425-588967236616646072?l=krytykaliteracka.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/588967236616646072'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/588967236616646072'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://krytykaliteracka.blogspot.com/2011/10/jest-poezja-andrzej-tchorzewski-poeme.html' title='Jest Poezja! Andrzej Tchórzewski, poème en prose'/><author><name>____________________</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01758159771234876142</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3935343907532337425.post-7156508233500745183</id><published>2011-09-06T00:58:00.000-07:00</published><updated>2011-09-06T01:03:08.242-07:00</updated><title type='text'>Pożegnania: Krzysztof Jurecki WSPOMNIENIE O ANDRZEJU URBANOWICZU</title><content type='html'>&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;Andrzej Urbanowicz był dla mnie bardzo ważnym artystą - niepokornym, poszukującym duchowości w neognozie i buddyzmie, związanej z uniwersalną prawdą o świecie. Każda rozmowa z nim była niesłychanym przeżyciem, każde Jego zdanie miało moc i siłę wyrazu. Miał w sobie coś z guru, choć w kwestii chrześcijaństwa się z Nim nie zgadzałem. W grudniu 2010 na prośbę Andrzeja napisałem krótki tekst o naszej znajomości w związku z przygotowywaną publikacją. Mieliśmy się spotkać w czerwcu 2011... Jak na razie jest artystą niedocenionym, ale jestem przekonany, że się to zmieni, gdyż stworzył wokół siebie nie tylko środowiskowo artystyczne, ale malował wyjątkowe obrazy od lat 60.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Żegnaj Przyjacielu! Twoja sztuka będzie wieczna, Twoja duchowość także.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Andrzeja Urbanowicza poznałem … nie pamiętam dokładnie w jaki sposób. Co dziwne wydaje mi, że odbyło się to bardzo dawno, choć faktycznie miało to miejsce z wraz przygotowywaniem wystawy Katowicki underground artystyczny po 1953 roku (2003). Do jej części fotograficznej zaprosił mnie prof. Janusz Zagrodzki, główny kurator tego udanego i potrzebnego pokazu. Czas, który jest pojęciem tak naprawdę względnym, jeśli nie podejrzanym, w moim życiu bardzo przyśpieszył po czterdziestym roku życia. Czy jest to smutne? Być może, ale zacierają się szybciej horyzonty wielu zdarzeń czy spotkań.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;1. Nasze relacje z Andrzejem&lt;br /&gt;Nasza współpraca przy organizacji wystawy o undergundzie udała się. Nie było żadnych problemów czy spięć. Przy okazji poznałem także Stasia Rukszę, który pracował w BWA. Następnie razem współpracowaliśmy przy bardzo dużej ekspozycji Jerzego Lewczyńskiego, który wielokrotnie już w latach 80. i 90. opowiadał mi o niezwykłej postaci Andrzeja – jego happeningach czy magii, wobec której Jurek nie wiedział, jak ma się ustosunkować. Nie mówiąc już o Zofii Rydet (z. 1997), która zdecydowanie bardziej podatna była na tego typu zabiegi hapeningowo-artystyczne, choć zdaję sobie sprawy z nieadekwatności tego określenia. Jerzy Lewczyński – wybitny polski artysta-fotograf - wielokrotnie potwierdzał i przyznawał wpływu filozofii bycia i twórczości Andrzeja. Niewielu artystów stać, aby przyznawać się do takich zależności, które tak naprawdę nie są niczym brzemiennym czy złym. Świadczą o zwykłej przyzwoitości określonego twórcy. Lewczyński też jest dla mnie autorytetem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pamiętam także nasz wspólny udział: Andrzeja, Jurka, także Adama Soboty na sesji teoretycznej o twórczości Beksińskiego w BWA Bielsu-Białej przy okazji jego wystawy fotograficznej tego ostatniego ze zbiorów Muzeum Narodowego we Wrocławiu. Pamiętam, jak Andrzej opowiadał o sile energetycznej czy duchowej rysunków Beksińskiego, które po przywiezieniu do Katowic w 1977 roku i ich rozpakowaniu spowodowały Jego niesamowity ból głowy. Mówił „ten ból pamiętam do tej pory”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Andrzej zaprosił mnie także, abym dwukrotnie zaprezentował katowickiej publiczności swoje przemyślenia o fotografii. Raz mówiłem o fotografii surrealistycznej i znaczeniu w niej Hansa Bellmera, drugim razem przy okazji otwarcia drugiej wystawy Bellmera, co było wielkim wydarzeniem w skali całego kraju mówiłem o znaczeniu artysty i poszukiwaniu „pisma ciała”. Drugi z tekstów opublikowałem w książce „Oblicza fotografii” (Września, 2009).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;2. Pracownia na ul. Piastowskiej&lt;br /&gt;Bardzo cenię sobie rozmowy z Andrzejem. Jest bardzo świadomy tego, co tworzy, wnika w atmosferę swych prac niczym dawny alchemik poszukujący złota. Pamiętam nasze dyskusje na temat surrealizmu, sztuki gejowskiej, którą poznał w Nowym Jorku czy galerii Krzywe Koło. Andrzej dla mnie autorytetem w sprawach artystycznych, lubię z nim rozmawiać. Żałuję tylko, że nie wytrwał w buddyzmie, który uprawiał i współtworzył w Polsce na początku lat 70., gdyż to mogłoby go zbliżyć do poznania i zrozumienia świata, a jestem pewien, że poprzez religię, w mniejszym stopniu filozofię i sztukę można to uczynić sposób mniej lub bardziej doskonały, choć nigdy wpełni doskonały. Oczywiście wpływ buddyzmu był wielokrotnie interpretowany w kilku tekstach o Jego twórczości.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czy pracownia jest tylko miejscem pracy? Pytanie banale. Odpowiedź brzmi nie! Jest i przez lata było, o czym też wielokrotnie pisano, miejscem, gdzie przyjeżdżali lub bywali czołowi czy wybitni intelektualiści polscy. Cenna jest biblioteka składająca się tysięcy książek i katalogów. Pewnie równie interesująca jest korespondencja.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ale najważniejsze są prace Andrzeja tworzone od końca lat 50. Pamiętam do dziś obraz o dużym formacie, jaki pokazywany był na początku lat 60. w Krzywym Kole Mariana Bogusza. Równie dobrze pamiętam test, w którym udało się artyście wyjść poza ograniczenia konstruktywizmu Władysława Strzemińskiego poprzez powrót do ikony i poglądów filozoficzno-estetycznych św. Dionizego Aeropagity. Szkoda, że tego nie potrafił „pociągnąć” dalej, gdyż wydaje mi się, że ten problem jest w dalszym ciągu do rozwiązania.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jednak przyszli historycy Jego tak ważnej dla mnie twórczości będą mieli problemy z interpretacją. W którym momencie buddyjskie symbole i znaki, a także wcześniejsze alchemiczne przestają znaczyć i stają się „znaczeniem pozbawionym znaczenia”, jak to miało miejsce w dojrzałej i późnej twórczości wspomnianego już Beksińskiego. Czy jest to już forma wyzuta znaczenia? Czy jest ona tylko ornamentem, ale wiemy też że sam ornament także może być znaczący, aby przywołać jego przejawy antyczne – groteskę czy manierystyczne – tzw. rollwerk.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3935343907532337425-7156508233500745183?l=krytykaliteracka.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/7156508233500745183'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/7156508233500745183'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://krytykaliteracka.blogspot.com/2011/09/pozegnania-krzysztof-jurecki.html' title='Pożegnania: Krzysztof Jurecki WSPOMNIENIE O ANDRZEJU URBANOWICZU'/><author><name>____________________</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01758159771234876142</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3935343907532337425.post-4749521778135892487</id><published>2011-09-06T00:54:00.000-07:00</published><updated>2011-09-06T00:57:04.461-07:00</updated><title type='text'>Sylwetki: Krzysztof Jurecki ANDRZEJ URBANOWICZ</title><content type='html'>&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;Malarz, grafik, twórca parateatralny. Urodził się w 1938 roku w Wilnie, zmarł 21 sierpnia 2011 roku w Szklarskiej Porębie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Studiował na ASP w Krakowie w latach 1956-1958, w latach 1958-1962 w filii macierzystej uczelni - w Katowicach. W latach 1972-1991 mieszkał w USA. Eseista, krytyk sztuki, a także organizator wystaw i sympozjów na temat sztuki Hansa Bellmera w Katowicach (1995, 2002). Wraz z Henrykiem Wańkiem współtwórca Stowarzyszenia Twórczego Bellmer.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Debiutował na wystawie indywidualnej w Galerii Krzywe Koło w Warszawie w 1963 roku, gdzie pokazał obrazy nawiązujące do idei Władysława Strzemińskiego, ale inspirowane także mistycyzmem zawartym w tekstach Pseudo-Dionizego (V/VI wiek). W tym czasie rozpoczął studia nad okultyzmem. Z awangardowej pogoni za niedoścignionym ideałem linearności świata wycofał się już w latach 60. Przestrzeń twórcza artysty zbudowana została na podstawie jego inspiracji duchowych - buddyzmu zen, neognozy, okultyzmu, do którego zwrócił się już w 1963 roku (obraz „Wielka Garota czyli Splendor Solis”). Symbolika solarna zawarta w jego twórczości łączyła się także z odniesieniami do mitologii egipskiej i przede wszystkim z motywem Ouroborosa (symbolem wiecznej przemiany i odwiecznego chaosu).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W tekście „Okazanie” (1999) Urbanowicz stwierdził: „Najdosłowniej jesteśmy dziećmi światła, choć nie zawsze o tym pamiętamy. Nawet, gdy jest go całkiem niewiele, ono jest najważniejsze. Posłańcem uczuć światła jest barwa”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wczesne obrazy Urbanowicza z końca lat 60. należy porównywać z formalną, ale przede wszystkim duchową, atmosferą twórczości Zbigniewa Makowskiego. Można w nich jednak odnaleźć także reminiscencje pop-artu w jego odmianie nazywanej psychodelic-art, uderzającej kontrastem kolorystycznym. Już w tym czasie Urbanowicz tworzył jednak zadziwiające i dojrzałe prace.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Najważniejsza część jego twórczości związana jest z działaniami katowickiej grupy Oneiron (1967-1978), do której należeli m.in. Urszula Broll, Zygmunt Stuchlik, Antoni Halor i Henryk Waniek. Artyści tej grupy w twórczy sposób zgłębiali teorię Carla Gustava Junga, w tym znaczenie marzeń sennych, oraz ikonografię sztuki Dalekiego Wschodu. Istotne okazały się ich interdyscyplinarne dokonania artystyczne, np. wspólne dzieło składające się z trzydziestu plansz, „Leksykon (Encyklopedia symbolu)”, pokazane po raz pierwszy w 1969 roku, o wysublimowanej strukturze rysunkowej penetrującej wewnętrzne pojęcie symbolu, a nawet kosmogonii świata z różnych kultur. Wyrażało ono bardziej formułę chaosu, za którą opowiedział się później Urbanowicz, niż kategorię prawdy, choć była ona zasadniczym celem w tej realizacji, odwołującej się do koncepcji sakralności świata, wyrażającej się przez zmienne kulturowo i historycznie symbole, w których silnie manifestował się erotyzm, rozumiany jako energia twórcza.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Interpretowana głównie jako psychodeliczna twórczość Urbanowicza i w mniejszym stopniu Henryka Wańka z lat 70. (np. wspólny obraz poświęcony Janowi Palachowi), otwarcie manifestujących postawę antykomunistyczną, może być określona mianem katowickiego undergroundu. W odróżnieniu od prac Wańka malarstwo Urbanowicza przesycone było już wtedy perwersyjną erotyką. W jego twórczości zaznaczyły się: metoda cytatu dawnej sztuki (np. Hansa Holbeina Młodszego), wykorzystywanie motywów fotograficznych (w tym z kręgu low art) oraz silny kontrast kolorystyczny.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Grupa Oneiron dla kultury polskiej odkryła wiele światów artystycznych, w tym mit czeskiej Pragi oraz alchemii i wiedzy tajemnej, choć podlegającej artystycznej racjonalizacji. Po raz pierwszy w Polsce dogłębnie zainteresowała się buddyzmem zen.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dla zrozumienia malarstwa Urbanowicza bardziej istotny jest jednak jego związek z życiem i poszukiwanie zrozumienia istoty świata. Wydatnie podkreślał wszelką biologiczność życia, w tym oczywiście człowieka, co było przedmiotem wielokrotnych penetracji artystycznych w XX wieku (np. Władysław Strzemiński). Widać to na przykładzie obrazu „Źrenica”, który mimo swej abstrakcyjnej pulsacyjnej formy traktuje o biologiczności życia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Istota malarstwa Urbanowicza uwidacznia uporczywe drążenie określonych problemów. Podstawowym jest poszukiwanie obsesyjnych, wężowatych splotów („Tęczowanie”, „Serpemanita”), ukazywanie wyobrażenia słońca oraz przenikającego wszystko erotyzmu - potężnej siły ożywiającej świat.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Poszukiwanie miłości, czasami z jej ciemnymi odmianami, związanymi ze skrywanym w podświadomości sadomasochizmem z pewnością było jednym z celów artystycznej działalności artysty. Miłości przynajmniej w podwójnym znaczeniu: ziemskim jak i boskim, choć odróżnienie jednego od drugiego tylko teoretycznie jest jednoznaczne. Artysta prezentował postawę afirmatywną wobec życia, którego zasadniczym składnikiem jest chaos. Poszukiwał nowego paradygmatu dla rozwoju kultury. Z pewnością nie był on nowy, ale też nie był popularny, gdyż w historii kultury europejskiej przeważał zracjonalizowany antropocentryzm.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jego obrazy to często wizualne buddyjskie koany przedstawiające różne historie, które mają w widzu wywołać określone uczucia, a przede wszystkim doprowadzić do otwarcia drzwi percepcji, zrozumienia lub przywołania określonego stanu psychicznego. Oczywiście nie jest to łatwe, ale artysta ma do takiego nauczania określone przygotowanie duchowe, będące wynikiem buddyjskich inicjacji i studiowania ezoterycznych pism. Jego sztuka jest ze swej natury głęboko symboliczna, ale podobnie jak w XIX wieku czyhają na nią różnego typu niebezpieczeństwa. Wielokrotnie jednak udawało się Urbanowiczowi poruszać dziwne stany rzeczywistości widzialnej oraz tej ukrytej, niedostrzeganej, ale odczuwanej, jak ma to miejsce np. w obrazach „Świecące” czy „Wschód”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Obrazy Urbanowicza powinny być tłumaczone w poetycki sposób, tak jak to znakomicie czyni Urszula Benka. Inny klucz, poza duchowym, mija się z istotą przesłania zawartego w jego sztuce.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Twórczość artysty była bardzo konsekwentna. Już w latach 60. słońce stanowiło jeden z głównych jej wątków. Później okazało się, że wszystko zostało mu podporządkowane, stało się dla artysty zasadniczą manifestacją istoty życia jak i emanacją energii (bóstwa). Pomimo witalności determinującego życie chaosu, w którym musimy istnieć, nad wszystkim wznosi się konstytuujące go, tworzące podstawową zasadę bytu, słońce.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W 1992 roku w Galerii Sztuki Współczesnej BWA w Katowicach miała miejsce retrospektywna wystawa prac Andrzeja Urbanowicza. W latach 1992-1994 działał jego Teatr Oneiron 2 (spektakl „Więzy”), a w 1996 roku - Teatr Oneiron 3. Wszystkie oparte były na wizyjności i swobodzie interpretacyjnej, łączące się z „poetyką rytualnej anarchii, zacierające granicę między ceremoniałem a wydarzeniem mistycznym, pomiędzy erotyką a kosmiczną wzniosłością”. Kolejna ważna wystawa artysty, „Andrzej Urbanowicz. Splendor Solis”, odbyła się w BWA w Katowicach na przełomie lat 1999/2000.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Prace artysty posiadają w swoich zbiorach: Muzeum Narodowe w Warszawie, Muzeum Narodowe w Poznaniu, Muzeum Śląskie w Katowicach, Muzeum Górnośląskie w Bytomiu, Muzeum Sztuki w Łodzi, Muzeum Ziemi Lubuskiej w Zielonej Górze, BWA Katowice, Muzeum Historii Katowic, Muzeum Okręgowe w Koszalinie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;(2004) &lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3935343907532337425-4749521778135892487?l=krytykaliteracka.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/4749521778135892487'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/4749521778135892487'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://krytykaliteracka.blogspot.com/2011/09/sylwetki-krzysztof-jurecki-andrzej.html' title='Sylwetki: Krzysztof Jurecki ANDRZEJ URBANOWICZ'/><author><name>____________________</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01758159771234876142</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3935343907532337425.post-822941660293624184</id><published>2011-09-06T00:48:00.000-07:00</published><updated>2011-09-06T00:53:45.588-07:00</updated><title type='text'>Recenzja: Stanisław Esden-Tempski ŁOWCA ORCHIDEI</title><content type='html'>&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Instrukcja obsługi dzieła literackiego.&lt;/strong&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;„Łowca orchidei” nie jest grzeczną książką to pewne! W pierwszym oglądzie rzucają się w oczy łajdackie tytuły rozdziałów. „Kiedy Sławkowi Baldowi robiło się niedobrze”, „Goła, dupa”, „Znów krocze tym razem Klemensa”, „Dziwna wielkość indyczych jaj”, „Nieprzyzwoita twarz Jacka”, „Opluty Jazon”... - można by długo cytować; do wyjątków należą tytuły, które można by bez tremy przeczytać w salonach literackich Warszawy czy Krakowa. Sto krótkich rozdziałów („pieśni”) pełnych smutnej treści opatrzonych tytułami pełnymi nonszalancji. Kogo lub co atakowałem tym estetycznym wyzwaniem?! W jakim celu tak wytrwale rozwijałem opisy tych wszystkich ludzkich „złych skłonności”?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mój zamiar więc był ściśle realistyczny, podobny do intencji Balzakowskich. Szybko jednak zauważyłem, że realistyczne jedynie podejście do opowieści o podróży do Ameryki zaprowadzi mnie na grzęzawiska banalności. Na dodatek mój Jazon - Sławek Łysy (Bald) - przybywał do dzisiejszej Kolchidy z zupełnie innej Utopii, w której wszyscy z założenia mieli wszystkiego pod dostatkiem, więc nie było potrzeby uganiać się za złotym runem. Polska na dodatek jest krajem katolickim. Setki i tysiące razy w kościołach swego wyznania słyszeliśmy – ja i mój Bohater, że „pierwej wielbłąd przejdzie przez ucho igielne, zaczym bogacz trafi do królestwa niebieskiego”. Temu przekonaniu towarzyszą inne zdania z Biblii – o ptakach co nie sieją i nie orzą, a mają. Sławek wychowywany był w pogardzie dla „karierowiczostwa”, w umiłowaniu cnotliwej biedy i bohaterstwie „czynów społecznych”. USA do kraj protestancki, którego filozofia selfmademana ma swe biblijne źródło w opowieści o ukrytych talentach.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A przecież obaj Baldowie, Sławek - prawnuk i Szymon – pradziad, porzucili domy rodzinne i pojechali szukać swego szczęścia na antypodach? Dlaczego? Pomijając już względy martyrologiczne, paradoks ich wyborów tworzy podstawowa sprzeczność właściwa dla całej diaspory wykształconej na greckich i rzymskich mitach. Starożytni Grecy, tworząc mity w gruncie rzeczy opisywali życie, chrześcijaństwo opisując życie tworzyło niedościgłe mity. Bald był z góry niechętny materialistycznej hucpie kolchidyjskiego społeczeństwa. Na samą myśl o wyjeździe do Ameryki Sławkowi Baldowi robi się niedobrze. Za oceanem jeżdżą obraźliwie eleganckie samochody. Bald znalazłszy się tam za morzami – umarłby z poniżenia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Sławek nie mogąc oddać się wyścigowi szczurów, gonitwie za szmalem na brudnych ulicach polskiego getta (ze względu na blokadę ideologiczną, którą zaszczepiło w nim chrześcijaństwo) musiał znaleźć sobie jakieś alibi. Wytłumaczenie dla swej abnegacji potrzebne mu było, aby czuć się (to zupełnie zapomniane słowo) g o d n i e . Spodziewał się, że znajdzie ową legitymację w książce swego pradziadka „The exile from Eldorado”. Książka ta miała pomóc mu odpowiedzieć sobie na pytanie, które także dręczyło historyków – dlaczego historyczny Bald, poszukiwacz złota i łowca orchidei, dokonał, jakbyśmy dzisiaj powiedzieli, aktu terrorystycznego, powodując wybuch w delcie rzeki San Juan (Nikaragua) i uniemożliwiając tym samym podróżowanie do Kalifornii. Dlaczego Szymon Bald uśmiercił gorączkę złota, Oto cała myślowa intryga mojej książki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Szymon Bald – pradziad jest postacią koherentną. Nie zadawał sobie pytania jaki jest jego dekalog. Ten system był dla niego niezagrożony, jak dzisiejsze intelektualne mody, trwał i wydawał się być niezmienialny. Szymon zrozumiał, że w pogoni za złotem kultury ludzkie będą się niebezpiecznie mieszać. Zagrozi to człowiekowi utratą swej niepowtarzalności, własnego imienia. Dlatego Szymon z takim spokojnym sumieniem decydował zatkać rzekę San Juan, jak byle kran z piwem. To był akt na miarę Herostratesa, Szymon zniszczył w swoim mniemaniu świątynię Złotego Cielca!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Chociaż Sławek Bald prawnuk i Szymon Bald pradziad realizują to samo fatum losu – są uchodźcami politycznymi i wyjeżdżają do Kolchidy, jak Jazon, a także obaj zakochują się w córkach Arestesa. Różnią się jednak zasadniczo. Szymon jest postacią poważną. Mimo, że „kurdupel”, budzi grozę i zaufanie współczesnych. Sławek niegodzien jest swego pradziada. Co dnia odczuwa swoją śmieszność. To jest jego podstawowa tragedia. Chciałby być taki dzielny i wielki jak jego pradziad, ale jest tylko żałosny.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Daniel Bourne w „Artful Dodge” pisze o Sławku Baldzie, że to „a figure who seems to have just stepped from the pages of Joseph Conrad novel”. Jak wprowadzić do tekstu taką właśnie postać w czasach zdychającego postmodernizmu? To był problem nas obu - autora i mego Bohatera. W promieniowaniu postmodernizmu byliśmy wszyscy. Leslie Fiedler pisał: „mięsista, realistyczna powieść o wyraźnej fabule, z wyraźnymi postaciami, plus przyjemne, wzniosłe myśli o małżeństwie i płci, o społeczeństwie i rodzaju ludzkim... – taka powieść umarła”. Czytywaliśmy książki Bartha, Pynchona, Vonneguta, Wszyscy byliśmy dziećmi epoki wstydu narracyjnego.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Sławka Balda mógł wyrazić jedynie bunt. Bunt nie liczący się z żadną Formą Ja, jako autor byłem jedynie medium informującym o samym procesie. Forma nie przystawała do tego, co działo się w getcie polskim w Chicago. Postanowiłem więc obrazić się na Formę i lekce sobie ją ważyć. Potraktowałem zwyczaj literacki jak żywą osobę i mściłem się na stereotypach literackich, torturowałem je, jakby to Kultura była odpowiedzialna osobiście za to, że żadnej Formy dla mojego bohatera nie można było znaleźć. Za motto wziąłem cytat z Don Juana Byrona:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Cervantes prześmiał rycerstwo Hiszpanii&lt;br /&gt;Jeden śmiech zdołał prawego pozbawić&lt;br /&gt;Naród ramienia. Odtąd niewidziani&lt;br /&gt;Tam bohaterzy. Aby powieść bawić&lt;br /&gt;Mogła, świat glebę przygotował dla niej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;By wyrazić bunt mego bohatera i mój własny musiałem rozprząc się w sposób możliwie najbardziej opanowany i artystycznie skuteczny. Zrobiłem to na kilka sposobów&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Powieść moja pozbawiona została narratora, jakbyśmy umówili się z moim bohaterem, że już żadnych osób trzecich między nami nie będzie. Trzeciosobowe formy gramatyczne są wynikiem założenia, iż Opowieść może się sama opowiedzieć - wystarczy popatrzyć i wszystko staje się jasne! W powieści więc przede wszystkim ważny jest obraz, ważniejszy od tego co się dzieje. Rolę oskarżyciela posiłkowego zagrały przymiotniki, niespodziewane związki syntaktyczne, metafory. To była nasza amunicja - Sławka i moja.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W rozdziale „Ebenezer Scrooge i jego śnieżna faktoria” podróż salesmana ogłoszeń jest podróżą przez Kulturę. Zwykły biznes kontraktorski jawi się nam jako biuro Ebenezera Scrooge’a wprost z prozy Dickensa. Mroczne cienie we wjeździe do hurtowni są rodem z gotyckiego zamku w Malborku, murarze są masonami i budowniczymi piramid, samo biuro staje się stacją bakunowego faktora (wprost z Bartha), opis ulicy jest echem zimowych widoków hanzeatyckiego Gdańska, na koniec słońce pojawiające się spomiędzy chmur jest jak kadr z serialu o gwiezdnych wojnach i wylania się niczym kolanko z nierdzewnej stali... Obrazy wirują i zmieniają się z szybkością montażu telewizyjnego. Taka jest bowiem świadomość Sławka, taki jest bałagan duchowy współczesnego człowieka. Dłużej psychika Sławka koncentruje się na zmyślonym liście Szymona Balda do brata. (Krąg V) To zrozumiałe – list opisuje czas miniony, koherentny i stabilny. Czas pożółkłych fotografii.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Powieść poprzez taką właśnie budowę siłą rzeczy przekształciła się w rodzaj poematu epickiego. Ta najstarsza, homerycka jeszcze forma podawcza była najwłaściwsza dla mitologicznych treści. Poemat ten jest jednak poematem „wkurwionym” na Formę, na czas, na okoliczności, Jest opisem świadomości człowieka wrzuconego w śmietnik współczesności („człowieka wpędzonego do raju”). Narracja staje się momentami wulgarna, jakbyśmy obaj – Sławek i ja, nie znieśli wreszcie czegoś, nie stawało nam opanowania Bo zasadniczym naszym konfliktem – jest walka realności z Mitem. Nabraliśmy w czasie tej podróży przez świat i Kulturę wrogiego stosunku do Formy w ogóle. Mój Sławek wędrując przez kręgi emigracyjnego Piekła poszukując wielkości (Tradycji) swego pradziada a także goniąc za cieniem swej Beatrycze, w istocie goni za cieniem, wymiarem ludzkiej godności.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W momencie, gdy Sławkowi prawie udaje się wejść do zaklętej dla niego Rzeczywistości, Forma poematu pęka, „załamuje się skutkiem zbyt silnych emocji i Bohater sam zabiera Głos w sprawie swego Romansu”. Stało się tak, bowiem Sławek tylko w niezgodzie z rzeczywistością mógł spełniać swe przeznaczenie: „Tacy jak ja mogą się utrzymać przy życiu tylko wówczas, gdy nikt nas nie chce” – mówił do stewardessy na lotnisku - Do życia potrzebne jest nam jakieś antypowietrze. Myślę, że to taka nasza przemijająca, motyla generacja... lecz póki tu jestem, taki jaki jestem, muszę sprawić, by wstręt, którym napełniam Amerykanów, nabrzmiał treścią. Przestał być tak głupio bezinteresowny? Poematy nie dają gotowych recept. Poezja nie jest od tego. Wystarczy głośno zadać pytanie! Choćby nawet Kultura nie miała uszu a w nosie nosiła złote kolczyki...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Stanisław Esden-Tempski, „Łowca orchidei”, Polnord - Wydawnictwo Oskar, Gdańsk 1994. &lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3935343907532337425-822941660293624184?l=krytykaliteracka.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/822941660293624184'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/822941660293624184'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://krytykaliteracka.blogspot.com/2011/09/recenzja-stanisaw-esden-tempski-owca.html' title='Recenzja: Stanisław Esden-Tempski ŁOWCA ORCHIDEI'/><author><name>____________________</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01758159771234876142</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3935343907532337425.post-8973195828041978291</id><published>2011-09-06T00:45:00.000-07:00</published><updated>2011-09-06T00:47:29.345-07:00</updated><title type='text'>Felieton: Igor Wieczorek NAJGROŹNIEJSZE ZWIERZĘ ŚWIATA</title><content type='html'>&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;„Bóg stworzył człowieka, ponieważ rozczarował się małpą. Z dalszych eksperymentów zrezygnował”, – zapewniał kiedyś Mark Twain. Bardzo możliwe, że miał rację. Jednak człowiek – w przeciwieństwie do Boga – nie potrafi zrezygnować z eksperymentów na małpach.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Według danych międzynarodowej organizacji Great Ape Project (Projekt Wielkich Małp) w samych tylko Stanach Zjednoczonych więzi się obecnie 3100 małp człekokształtnych, z czego 1280 poddawanych jest eksperymentom biomedycznym. Jeszcze gorzej wygląda sytuacja w Europie, w której każdego roku takim eksperymentom poddawanych jest ponad 10.000 małp. W tym niechlubnym procederze prowadzi Wielka Brytania, a tuż za nią plasują się Francja i Niemcy. I nie chodzi tu tylko o laboratoria, wykonujące testy dla koncernów farmaceutycznych czy kosmetycznych, lecz także o prestiżowe uczelnie, takie jak Oxford University.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Od wielu lat różne organizacje i środowiska europejskie apelują o wprowadzenie jakiejś nowej dyrektywy. Przy Komisji Europejskiej powstała nawet Akcja Dla Ochrony Zdrowia Zwierząt, której celem jest monitorowanie i propagowanie rozwoju alternatywnych metod badawczych. Już od dłuższego czasu Fundacja Dr.Hadwen prowadzi kampanię publiczną, mającą na celu wymuszenie na Unii Europejskiej przyśpieszenia prac nad nową dyrektywą. We wrześniu 2007 r. Parlament Europejski podpisał deklarację wprowadzenia całkowitego zakazu eksperymentów na naczelnych pozyskiwanych ze środowiska naturalnego, a w maju 2008 r. dr. Jane Godall, znana badaczka i miłośniczka szympansów, przedstawiła Komisji Europejskiej petycję podpisaną przez 150.000 obywateli Unii, którzy pragną jak najszybszego wprowadzenia nowej dyrektywy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Niestety wszystkie te akcje, deklaracje, apele i petycje okazały się nieskuteczne. W przemówieniu wygłoszonym 17 czerwca 2008 r., Stavros Dimas, Komisarz Unii Europejskiej ds. Środowiska, oświadczył, że „Rozwój nauki nie pozwala jeszcze na całkowity zakaz eksperymentów na naczelnych i użycie pewnej, ograniczonej liczby naczelnych, jest obecnie nieuniknione w wielu kluczowych problemach badawczych”. Aktywiści Projektu Wielkich Małp nie pozostawili na Stavrosie Dimasie suchej nitki, ale niczego to nie zmieniło.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Godnym uwagi głosem w tej dramatycznej dyskusji na temat naszych relacji z małpami okazał się amerykański film pt.„Geneza Planety Małp”, który w odróżnieniu od głośnej powieści Pierre’a Boulle’a i wszystkich jej filmowych adaptacji, dotyczy sedna problemu, a nie tylko jego niezwykłych, hipotetycznych następstw. Mimo że akcja filmu rozgrywa się we współczesnym San Francisco, gdzie grupa naukowców prowadzi zaawansowane badania genetyczne, w wyniku których dochodzi do narodzin rasy wybitnie inteligentnych małp i wybuchu wojny o ich dominację nad ludźmi, to jednak prawdziwym tematem filmu wydaje się odwieczny kompleks Homo Sapiens, który za żadne skarby nie chce pogodzić się ze swoją małpią naturą i gotów jest zrobić wszystko, aby tylko nie być tym, kim jest.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ewa Drab, autorka znakomitego szkicu krytycznego pt. „Z małpy powstałeś i w małpę się obrócisz” doszła do wniosku, że „Relacja człowiek-małpa przedstawiona w powieści Boulle’a mogłaby zostać odczytana w kategoriach każdej innej relacji społecznej, w której jedna grupa jest dyskryminowana, a druga wywiera nacisk społeczny, posługując się przy tym hasłem rzekomej wyższości”. To z całą pewnością prawda.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Warto jednak zauważyć, że w odróżnieniu od powieści Boulle’a i wszystkich jej ekranizacji, film Ruperta Wyatta kieruje naszą uwagę na niezwykle aktualne problemy, takie jak ryzyko związane z niekontrolowanym rozwojem bioinżynierii, niepotrzebne wykorzystywanie małp człekokształtnych w badaniach nad chorobami Alzheimera i Parkinsona, czy podporządkowanie badań naukowych interesom drapieżnych koncernów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„Istoty ludzkie to jedyny gatunek zwierząt, których sczerze się obawiam” – powiadał George Bernard Shaw. Wcale mu się nie dziwię. &lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3935343907532337425-8973195828041978291?l=krytykaliteracka.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/8973195828041978291'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/8973195828041978291'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://krytykaliteracka.blogspot.com/2011/09/felieton-igor-wieczorek-najgrozniejsze.html' title='Felieton: Igor Wieczorek NAJGROŹNIEJSZE ZWIERZĘ ŚWIATA'/><author><name>____________________</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01758159771234876142</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3935343907532337425.post-2885756201171073929</id><published>2011-09-06T00:40:00.000-07:00</published><updated>2011-09-06T00:44:51.159-07:00</updated><title type='text'>Esej: Stanley Devine OBOJĘTNI NA ŚMIERĆ... Z WYBORU</title><content type='html'>&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;Coraz więcej usłyszeć można o głodzie w Somalii. Temat ten niewątpliwie staje się dla mediów atrakcyjną i tanią „pożywką”. W końcu nie co dzień możemy obserwować żniwo śmierci i dostrzec jej oblicze na twarzy drugiego człowieka. Szokujące są więc w mym odczuciu słowa wypowiadane przez sporą grupę osób, z których wysnuć można następującą konkluzję: nie warto pomagać „czarnym”, bo to nie nasz problem w dobie biedy panującej również w Polsce.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Już nie tyle szokuje, co przeraża podejście wielu „artystów” - i tutaj pozwolę sobie słowo to umieścić w cudzysłowie, by zwrócić uwagę na pewien paradoks. Otóż artysta to człowiek z natury obdarzony nieprzeniknioną duszą, wrażliwością oraz talentem i szerokim oglądem wszelakich płaszczyzn świata. Każdy, kto uchodzi we własnym mniemaniu za artystę, tak zwykł o sobie myśleć. Jednakże artysta urzeczywistniony „musi koniecznie umieścić się na pograniczu, gdzie sztuka styka się z życiem, tam gdzie powstają niemiłe pytania” na co zwracał uwagę w swych „Dziennikach” Gombrowicz. Jeszcze dalej posuwa się wszechstronny literacko Witkiewicz, pisząc, iż „prawdziwy artysta, a nie przeintelektualizowany młynek mielący automatycznie wszystkie możliwe wariacje i permutacje, nie powinien bać się cierpienia”. Tymczasem prowadząc osobistą korespondencję z wieloma - nazwijmy ich więc rzemieślnikami - wyłonił się już - nie jak wcześniej obraz szokujący - a wręcz wstrząsający.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Otóż rzemieślnicy ci zamykają się w świecie wykreowanym na własne potrzeby egzystencjalne. Świat ich jest ograniczony, gdyż albo oddalają od siebie istnienie zła, cierpienia... lub też - co gorsze - mając pełną świadomość istnienia tychże zjawisk, nie opuszczają wygodnego świata iluzji, otaczając się pięknem poezji, muzyki. Obojętność? Nie. To przejaw - użyję mocnego słowa - odczłowieczenia. Bo jak inaczej nazwać kogoś, kto świadom głodu oraz udręk dotykających miliony niewinnych ludzi, usprawiedliwia się rzekomym „realizmem” i pozostaje bierny. Wszak nie jest tajemnicą, że człowieczeństwo winno znamionować człowieka w każdej przestrzeni jego bytu.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Gdzie więc wśród tych rzemieślników głoszona w starożytności stoicka idea braterstwa? Gdzie wzniosłe natchnienia wielkich twórców? I wreszcie - gdzie pamięć o słowach Wojtyły - kapłana, stanowiącego w Polsce obiekt kultu? Stwierdził on przecież - bardzo mądrze zresztą - że „za cierpienie oraz wojnę odpowiedzialni są nie tylko ci, którzy ją bezpośrednio wywołują, ale również ci, którzy nie czynią wszystkiego co leży w ich mocy, by przeszkodzić temu złu”.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Wobec powyższego nie przemawia do mnie argument wskazujący za przyczynę głodu w Somalii „tylko i wyłącznie tak zwaną politykę władz oraz struktur somalijskich i międzynarodowych w sensie instytucjonalnym”. Teza ta jest w dużej mierze trafna, gdy poddać ją analizie geopolitycznej, jednak nie może ona usprawiedliwiać bierności. Nie powinna usprawiedliwiać, bo jak widać - może. Zapytam przewrotnie: czy milczenie cywilizowanego świata nie stanowi kolejnego paradoksu? My oczekiwaliśmy pomocy w trudnych latach wojny. W XXI wieku - ten cywilizowany świat - potrafi ofiarować miliardy na wsparcie upadłych systemów gospodarczych państw europejskich. Darowizna w postaci żywności o wartości 200 mln dolarów, a kwotę taką Polska przekazała na pomoc pochłoniętej w kryzysie Islandii, to setki tysięcy pełnych brzuchów... na Czarnym Lądzie, tam gdzie wyciągnięta ręka żebrzącego dziecka prędzej uschnie, niż ugnie się pod ciężarem ochłapu cywilizowanej Europy.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Osobom znanym, cieszącym się autorytetem oraz uznaniem powierzona została misja przewodzenia społeczeństwem. Pod wpływem ich charyzmatycznych działań, przyśpieszać można pozytywne - ludzkie - reakcje na dużą skalę. Nieliczni tę misję wypełniają. Lecz jeśli jest szansa, by uratować choć jedno istnienie, zawsze odpowiedź moja będzie brzmiała - warto. Gdy śmierć zagości przed oczyma tych, którzy dziś wybierają świat iluzji i piękna, staną oni być może twarzą w twarz z zagłodzonym somalijskim człowiekiem. Twarz, której wyraz mówi i skrywa w sobie więcej, niż największe nawet dzieło sztuki. Tę głębię dostrzegą właśnie nieliczni. Ludzie. &lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3935343907532337425-2885756201171073929?l=krytykaliteracka.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/2885756201171073929'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/2885756201171073929'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://krytykaliteracka.blogspot.com/2011/09/esej-stanley-devine-obojetni-na-smierc.html' title='Esej: Stanley Devine OBOJĘTNI NA ŚMIERĆ... Z WYBORU'/><author><name>____________________</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01758159771234876142</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3935343907532337425.post-5093437186421713920</id><published>2011-09-06T00:30:00.000-07:00</published><updated>2011-09-06T00:39:31.054-07:00</updated><title type='text'>Rozmowa: Jan Siwmir, Tomasz Sobieraj JACEK DEHNEL</title><content type='html'>&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Jan Siwmir&lt;/strong&gt; – Leszek Bugajski w swoim artykule pisał, że „Fotoplastikon” Jacka Dehnela „sprawia wrażenie typowej książki ratunkowej, jaką pisarz publikuje, gdy wyczuwa, że już czas na potwierdzenie swojej obecności, a nie ma żadnego świeżego pomysłu na to, co mógłby napisać. Dehnel ładnie więc skomentował kolekcję starych fotografii oraz widokówek i tak powstał zbiór miniesejów, z których nic nie wynika. To seria prozatorskich wprawek napisanych nie wiadomo po co”. Tak było w 2009 roku. Niedawno Dehnel wydał kolejną, tym razem poetycką książkę, której niecierpliwie wyczekiwałem, katastrofalna bowiem zapaść w literaturze najbardziej widoczna jest w utworach poetyckich. Ryba psuje się od głowy, a przecież, co by nie mówić, na przestrzeni wieków to właśnie przede wszystkim poezja wytyczała kierunki w literaturze, będąc na szczycie hierarchii utworów literackich. Dlatego należy jak najwcześniej zepsuty łeb obciąć, rybę wypatroszyć, dopieprzyć, dosolić i dopiero potem decydować się jak ją przyrządzić.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Tomasz Sobieraj&lt;/strong&gt; – „Seria prozatorskich wprawek napisanych nie wiadomo po co” zastanawia się pan Bugajski nad „Fotoplastikonem”. A właśnie, że wiadomo – Dehnel dostał na napisanie tych wprawek pieniądze od Niemców, o czym uniżenie wieści w dziękczynnych słowach na końcu książki. A z kolei pewnie jakiś ich literat przyjechał sobie na stypendium do Polski. Mniej więcej tak to idzie: ulubieni przez reżim „zaczerniacze papieru” wymieniają się na luksusowych turnusach w kraju i za granicą, gdzie tłuką książeczki na zamówienie, wydawcy dostają dotacje na ich wydanie, ministrowie kultury i inni kierownicy podają sobie miękkie łapki i biorą diety; wszystko jest pięknie, tylko czytelnictwo sięga dna. Paradoks? Zastanawiające, że w tej powodzi wspaniałych pisarzy następuje katastrofalny spadek czytelnictwa... Więc Dehnel wykonał robotę, jak układacz kafelków czy hydraulik. Tylko ze takich kafelkarzy jest w Polsce mnóstwo. Trudno się jednak nie zgodzić z Leszkiem Bugajskim. Dehnelowi brak pomysłów, zresztą nigdy ich za wiele nie miał, i pewnie dlatego zdecydował się na noszenie pelisy i melonika – miały uwiarygodnić jego geniusz, którego najczystszym przejawem są rymowanki w stylu wierszyka „Przyjęcie”:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Stoją u okna strome ciemności,&lt;br /&gt;ciemność przychodzi do okien w gości.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A za ciemnością idą zwierzęta,&lt;br /&gt;żadne bestiarium ich nie spamięta.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Za zwierzętami śmierć biała kroczy,&lt;br /&gt;śmierć sześcioskrzydła, na skrzydłach oczy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Stają u okien. Patrzą do środka.&lt;br /&gt;Bardzo się zmieni, kto je napotka.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W środku tłum, meble, książki i szklanki,&lt;br /&gt;czyli szkło, drewno, papier i tkanki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W zasadzie cała jego twórczość poetycka sprzed „Ekranu kontrolnego” to zestaw takich śmiesznych wierszyków, ładniutkich niczym ze sztambucha pensjonarki albo dożynkowego spotkania sekcji poetyckiej koła gospodyń wiejskich. Oczywiście, że Dehnel jest zjawiskiem ciekawszym niż upozowani na Wojaczków półanalfabeci, bo przynajmniej umie pisać, ale – co już niejednokrotnie podkreślałem – nie ma o czym. Jest jak wydmuszka, łowicka wielkanocna pisanka, pokolorowany z zewnątrz, w środku pusty; to pozbawiony własnego poetyckiego języka dobry uczeń, ulubieniec starszych pań i nauczycielek, układacz gładkich zdań, który jednak potrafi być arogancki, gdy wyczuje zagrożenie w postaci kogoś od siebie lepszego – jakkolwiek pojęcie „lepszego” rozumieć.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Jan Siwmir&lt;/strong&gt; – Gdy czytasz wiersze Dehnela, to czy nie nasuwa Ci się skojarzenie z poezją Philipa Larkina? Dehnel momentami wydaje się być epigonem angielskiego poety, którego podobno nawet tłumaczył. Jest taki wiersz Larkina „Long lion days”, który zapewne wywarł na naszym młodym naśladowcy kolosalne wrażenie:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Long lion days&lt;br /&gt;Start with white haze.&lt;br /&gt;By midday you meet&lt;br /&gt;A hummer of heat –&lt;br /&gt;Whatever was sown&lt;br /&gt;Now fully grown (...)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;i tak dalej. Sporo tego typu rzeczy Larkin napisał; sporo też napisał rzeczy świetnych, nawet doskonałych, jednak Dehnela najwyraźniej zapłodniła kiczowata estetyka dla ciotek w krynolinach a nie na przykład „Heads in the women's ward” – poruszający wiersz o umierających w szpitalu samotnych kobietach.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Tomasz Sobieraj&lt;/strong&gt; – Te częstochowskie rymowanki Larkina i Dehnela zalatują mi też nieco Williamem Blake'em, który w pewnych kręgach robi od wielu lat pośmiertną karierę jako poeta metafizyczny. Osobiście nie gustuję w tego typu poetyce, którą Platon nazwał bełkotliwą niczym delficka przepowiednia, a która z metafizyką ma w istocie tyle samo wspólnego co haftowana makatka na ścianie kuchni wiejskiej chałupy z tekstem „Gdzie kucharek sześć, tam nie ma co jeść” albo „Zimna woda to dobra ochłoda”. Dla mnie to nie jest metafizyka. Szkoda, że nasz przebrany w paletko z futrzanym kołnierzykiem geniusz rodem z Trójmiasta nie zainspirował się inną poetyką Larkina, taką jak np. w wierszu „This Be The Verse”; to świetny utwór, ale zdecydowanie nie dla grzecznych chłopców, nie nadaje się też do recytowania u cioci na imieninach. Mówisz, że Dehnel tłumaczył Larkina? Sam? Ciekawe. Bardzo ciekawe. To on zna angielski? Szkoda więc, że nie wziął sobie do serca wiersza „Good for you, Gavin”, zaczynającego się od bardzo mądrych słów, które w tym miejscu dedykuję wszystkim młodym i aroganckim „poetom”, i w ogóle wszystkim chłopcom i dziewczynkom pretendującym do miana artystów:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;It's easy to write when you have nothing to write about&lt;br /&gt;(That is, when you are young)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;czyli:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Łatwo jest pisać, gdy nie masz o czym&lt;br /&gt;(Czyli wtedy, gdy jesteś młody)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I, właściwie, na tym moglibyśmy skończyć rozmowę o poecie Jacku Dehnelu, prozaiku Jacku Dehnelu, felietoniście i recenzencie Jacku Dehnelu, tłumaczu Jacku Dehnelu, malarzu Jacku Dehnelu, i odłożyć ją do roku np. 2030, kiedy być może nasz bohater będzie już mężczyzną, pozna życie, przeczyta parę książek więcej, najdą go jakieś refleksje, a może nawet porzuci zbieranie literackich rupieci i znajdzie swój własny pisarski styl. Bo jakiś tam skromny potencjał to on posiada, ale to trochę tak, jak z samochodem, który ma silnik, ale brak w nim benzyny, więc nie pojedzie, świata się nim nie zwiedzi, horyzont wyobraźni ciągle będzie ten sam, wąski, ograniczony przednią szybką. Dehnel to takie wyremontowane autko, ale bez paliwa.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Jan Siwmir&lt;/strong&gt; – Gdyby stosować terminologię Kobiety Pracującej z kultowego „Czterdziestolatka”, powinieneś powiedzieć „wypicowane” autko. Wracając do metafizyki – mam wrażenie, że jakaś pozaziemska siła zadziałała w przypadku Dehnela i uczyniła go laureatem nagród i beneficjentem stypendiów; za „Ekran kontrolny” dostał nominację do Nike 2010. Przed trzydziestką zgarnął wiele ważnych laurów, jest tłumaczony na obce języki, popularny...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Tomasz Sobieraj&lt;/strong&gt; – ...popularna jest też Katarzyna Cichopek, Violetta Villas, bracia Mroczek, Mr. Muscle, Vanish, Żanet Kaleta, maść na hemoroidy, chrupki kartoflane. Jeden brat Mroczek zdobył nawet laurkę za pląsy a Villas robiła karierę za granicą. I co z tego? Laury, drogi Janie, szybko więdną, jak zauważył św. Augustyn, który też był za młodu poetą i nawet brał udział w poetyckich turniejach; uważny czytelnik jego „Wyznań” z pewnością znajdzie fragment, w którym przyszły Ojciec Kościoła i filozof uświadamia sobie, że te konkursy i nagrody to lipa, bo nie liczy się jakość utworu tylko coś zupełnie innego... a tak przy okazji Nike i pozaartystycznych mechanizmów nagradzania sztuki – w 2010 nagroda ta przypadła nie Dehnelowi, tylko dramatowi Tadeusza Słobodzianka „Nasza klasa” – książce powstałej jakby na zamówienie, pisanej na fali modnej polonofobii. Modnej szczególnie na Zachodzie, który tchórzliwą postawą wobec Hitlera i kolaboracją z nim przyczynił się do holokaustu. Tam każdy sygnał o okrucieństwie Polaków wobec Żydów jest odbierany z satysfakcją i medialnie rozdmuchiwany, bo zagłusza ich wyrzuty sumienia... to tyle o Nike... szczęśliwie Nobla dostał w tym roku Llosa, co nieco rehabilituje tę wielokrotnie ośmieszoną w przeszłości nagrodę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Jan Siwmir&lt;/strong&gt; – Oj, narażasz się Tomaszu wielu ludziom... ale rzeczywiście, kłopot z tymi honorami jest od zawsze. Boy-Zeleński w jednej z recenzji pisał, że niejaki hrabia de Latour-Latour wszedł do Akademii Francuskiej za pierwszym razem, a Wiktor Hugo dopiero za czwartym. A kto dzisiaj wie o jakimś Latour?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Tomasz Sobieraj&lt;/strong&gt; – A o Boyu-Żeleńskim...? Natomiast tacy „przeciętni” pisarze jak Balzac, Stendahl, Baudelaire, Flaubert, Mallarme nigdy się do Akademii nie dostali. Podobnie przecież z nagrodą Nobla, której paru świetnych ludzi pióra nie otrzymało, a paru miernych owszem. Nagrody niczego nie dowodzą, poza koneksjami, a popularność nie idzie w parze z wielkością, wręcz ją wyklucza. Dlatego nie przejmowałbym się śmiesznym spektaklem pod tytułem „nagroda Nike” czy jakimkolwiek artystycznym wyróżnieniem, bo to historia rozstrzyga o wielkości i znaczeniu artysty a nie grupka opłaconych przez fundatora i pozbawionych własnego zdania jurorów. Cała ta hucpa z nagrodami w Polsce, i często na świecie, przypomina mi „Narrenschiff” – statek szaleńców. Statki szaleńców pływały po rzekach Europy u schyłku średniowiecza i na początku epoki klasycyzmu; ładowano na nie ludzi niespełna rozumu i powierzano ich opiece marynarzy; pływali tak od miasta do miasta, nikt ich nie chciał przyjąć; czasem uciekali z pokładu, łapano ich i z powrotem na łajbę. Brant napisał o tym w roku 1497 cykl pieśni a Bosch namalował obraz. Tak mi się ten statek kojarzy ze współczesną literaturą, całą sztuką właściwie, coraz bardziej przypominającą wyczyny szaleńców, których nikt, poza garstką opłaconych niby-specjalistów, nie chce oglądać.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Jan Siwmir&lt;/strong&gt; – Tak, coś w tym jest... w korowodzie głupców Erazma jest wiele miejsca dla ludzi nauki... po gramatykach idą poeci, retorzy, pisarze, prawnicy, filozofowie..., jak pisał Michel Foucault „obłęd jest pokaraniem nauki rozprzężonej i nieużytecznej”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Tomasz Sobieraj&lt;/strong&gt; – Miał na myśli oczywiście nauki humanistyczne, a nie nauki konkretne, potrzebne, czyli matematyczno-przyrodnicze i medyczne. No i tak sobie siedzą na koszt pracującego społeczeństwa wszyscy ci artyści i humaniści na tych stateczkach, bezkarnie bredzą trzy po trzy, bo przecież konsekwencji bredzenia się nie ponosi, marynarze ich pilnują, żeby sobie krzywdy nie zrobili, a życie toczy się na brzegu rzeki; na brzegu powstają miasta i prawdziwa sztuka, katedry, obrazy, poematy. Ale mieliśmy mówić o Dehnelu, a tu widzę, że lekko zbaczamy z tematu...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Jan Siwmir&lt;/strong&gt; – jest teoria, która mówi, że nic nie jest przypadkowe, nawet użycie takiego słowa jak „zbaczamy”... Ale, ale, wydaje mi się, że uważasz „Ekran kontrolny” za jakiś przełom w wierszoklectwie Dehnela.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Tomasz Sobieraj&lt;/strong&gt; – Nie przełom, raczej przejaw zmiany kierunku, powolnego dojrzewania, samokształcenia a nawet dostrzegania własnych słabości. Pojawiają się tutaj wiersze noszące znamiona szczerości, mocno zawoalowanej, ale zawsze to progresja u takiego megalomana. Dla mnie wiersz otwierający ten zbiór jest utworem programowym Dehnela po liftingu; mam na myśli „Piosenkę o garstkach”:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wychodzi Piotruś na dwuletnich nogach,&lt;br /&gt;piach się rozpycha i droży się droga.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po lewej mama a po prawej tata,&lt;br /&gt;pomiędzy nimi duszny środek lata.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Idzie i idzie, rozrywka to nowa,&lt;br /&gt;bardzo przydatna, łatwiejsza niż słowa.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A dookoła – świat. I świetne cuda.&lt;br /&gt;Szyszka, patyczek, piórko, kamyk, huba,&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;wszystkiego w garstki. I zaraz zrozumie,&lt;br /&gt;że garstki pełne, a chce brać; nie umie&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;odłożyć tego, zostawić tamtego,&lt;br /&gt;wielkie żądanie stawia superego (...)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Piotruś to nasz poeta, który nie może się zdecydować, kogo teraz będzie udawał, kto mu się najbardziej podoba; chciałby być Szymborską i Zagajewskim, Larkinem i Puszkinem, Herbertem, Eliotem – ba, mam wrażenie, że nawet Sobierajem, a wnoszę to po dostrzeżeniu rzeczy dla mnie istotnych i w mojej poezji obecnych: przyrody, sztuki, historii, erudycyjnych aluzjach i śladach; nawet po przypisach w jego „Ekranie kontrolnym”, które ja stosuję od czasu „Wojny Kwiatów” (wyd. Editions sur Ner, luty 2009) po to, by czytelnik nie poszedł błędnym tropem i zrozumiał, że dobra poezja nie jest przypadkiem, wytworem młodopolskiego natchnienia czy pijackim skojarzeniem, ale skutkiem pracy i talentu, dziełem wiedzy i myśli. No i ten narcyzm, który tak mnie i Jacka łączy, to absolutne uwielbienie siebie przetransponowane na lirykę...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Jan Siwmir&lt;/strong&gt; – ...coś tu jest na rzeczy, chociaż w przypadku Twojego narcyzmu podejrzewam maskę, z którą się zrosłeś... jednak Dehnelowi brakuje twojej swobody i wyobraźni, on ciągle mówi przez zaciśnięte usteczka. Wracając do jego nominowanej do Nike książeczki – mam wrażenie, że „Ekran kontrolny” to literacki antykwariat, zbiór tekstów odtwórczych, przypadkowych, wygrzebanych z literackiego panoptikonu, że to taka sama tratwa ratunkowa jak „Fotoplastikon”. W dodatku, o zgrozo, tak jawnie pasożytujący na uznanych pisarzach, że już po pierwszych paru wierszach zamarło we mnie życie wewnątrzjelitowe, a ręce, bez mojego w tym udziału, same otworzyły tomik wierszy Szymborskiej. Porównajmy:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;O, drogi człekokształtny, z kółkiem od kluczyków&lt;br /&gt;na przeciwstawnym kciuku i z potrójnym paskiem&lt;br /&gt;wzdłuż pionowej postawy! Spojrzenie na kraski,&lt;br /&gt;delfiny, antylopy przypomina zaraz...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;(J. Dehnel)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;(...) łatwy do utopienia w łyżce oceanu,&lt;br /&gt;za mało nawet śmieszny, żeby pustkę śmieszyć&lt;br /&gt;(...)&lt;br /&gt;A jest – zawzięty.&lt;br /&gt;Zawzięty, trzeba przyznać, bardzo.&lt;br /&gt;Z tym kółkiem w nosie, w tej todze, w tym swetrze...&lt;br /&gt;(W. Szymborska)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dokąd idziesz, chłopczyku,&lt;br /&gt;w czapeczce w szkocką kratę,&lt;br /&gt;w ubranku z darów,&lt;br /&gt;w wyblakłych kolorach...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;(J. Dehnel)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dziewczynka, która byłam -&lt;br /&gt;znam ją oczywiście.&lt;br /&gt;Mam kilka fotografii&lt;br /&gt;z jej krótkiego życia.&lt;br /&gt;(...)&lt;br /&gt;Idź sobie, nie mam czasu.&lt;br /&gt;No przecież widzisz&lt;br /&gt;że światło zgaszone...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;(W. Szymborska)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Takich przykładów jest więcej. Nie chodzi o to, że frazy się powtarzają, to byłby plagiat. Ale rytm, sposób ujęcia tematu, podobieństwo tematyki, niektóre wyliczanki (rys charakterystyczny p. Wisławy), sposób zwracania się nie tyle do czytelnika, ile bezpośrednio do bohatera ... nawet istnienie prozy poetyckiej à la przypowieść! Wygląda to tak, jakby Dehnel szedł krok w krok za Szymborską i malował na płótnie niby własne obrazy, ale po uprzednim naszkicowaniu konturów przez naszą noblistkę i po kilku lekcjach na temat: w jaki sposób należy trzymać pędzel i jak skomponować kadr. Nie we wszystkich wierszach, rzecz jasna. Zaledwie 59 stron, a mamy jeszcze Larkina, Puszkina czy Herberta albo Zagajewskiego etc. a nawet Dyckiego (ach te pieśni z motywem przewodnim ekranu kontrolnego) czy... Mickiewicza!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W oddali znać strukturę: kopuła Blue City,&lt;br /&gt;bloki, szyby, anteny. Lecz z tej strony kolej&lt;br /&gt;wchodzi w miasto szerokim klinem, dzikim polem,&lt;br /&gt;porosłym szczawiem, perzem i krzewami, wbitym&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;w Dworzec Zachodni. Węzły torów jak rozeta&lt;br /&gt;industrialnej katedry. Dojeżdżamy – widać&lt;br /&gt;betonowe perony, z których się dziewczyna&lt;br /&gt;rzuciła pod kolejkę w jakiś grudzień. Trzeba&lt;br /&gt;(...)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dehnel miota się, chcąc uzasadnić swój byt na literackiej mapie, ale tkwi w sieci własnych niemożności i plącze się coraz bardziej, traci siły, tonie, zamiast spokojnie napiąć mięśnie i zdobyć się na mocny, autonomiczny gest. Dlatego, z powodu paniki i słabości autora, zamiast spójnej książki dostajemy coś w rodzaju bigosu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Tomasz Sobieraj&lt;/strong&gt; – Czy może raczej poetyckiej zupy śmieciowej. Na przednówku wygłodzeni chłopi pańszczyźniani wrzucali do garnka wszystko, co im wpadło w ręce – to ziemniaczka, to korzonek, to cebulę, tu dodali jakiś zapomniany skwareczek, nieostrożną, otumanioną pierwszym na przedwiośniu deszczem dżdżownicę albo nawet zwinięty z pańskiego stołu ochłap wędzonego boczku czy serwetkę dla zagęszczenia. Efekt w sumie podobno bywał niezły, chociaż przypadkowy. Nie inaczej może być w poezji. Ale w „Ekranie kontrolnym”, tworze właśnie przypadkowym, pośpiesznym i ratunkowym, oprócz naiwnych i nieporadnych śmiesznostek jest kilka przyzwoitych wierszy, niektóre całkiem dobre; są pojedyncze frazy urzekające i doskonałe, a to niemało. W tej zupie znajdują się naprawdę pyszne kąski, pływają w niej tłuste smakowite skwarki i, szczerze mówiąc, uważam, że potrawę sporządzoną przez Dehnela dzieli intelektualna przepaść od wyrobów przytłaczającej większości innych poetów, szczególnie od tych nagradzanych, brylujących na salonach, sramach, domokulturowych wieczorkach i w literackich pisemkach. Oni tkwią na dnie Rowu Mariańskiego, w pełnych ciemnościach, przekonani, że to Parnas, a tymczasem Dehnel już dopływa do powierzchni Oceanu Spokojnego, kto wie, może nawet widzi wyspę Guam? Na szczyty droga jeszcze daleka, jeszcze go mogą wciągnąć niespokojne fale, nasiąknięta wodą pelisa ciąży, ale jest w jego przypadku jakaś nadzieja na istotne dzieło, której nie ma u tych literackich tandetnych paszteciarzy, których nazwisk przez litość nie wymienię. To, że Dehnel nie mówi jeszcze własnym głosem, że w poezji Dehnela prawie nie ma Dehnela, to jeszcze nic takiego, na to – mam nadzieję – nadejdzie czas. On teraz się uczy, i to od najlepszych, podczas gdy jego koledzy po piórze – także ci dużo starsi koledzy – puszczają bąki twierdząc, że to sztuka i najprzedniejsze ewaporaty głębokiej myśli.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Jan Siwmir&lt;/strong&gt; – Jeżeli to zatem tylko wprawki kopiujące innych pisarzy, to może bardziej adekwatny byłby tytuł „Echo”, a nie „Ekran kontrolny”? Przy okazji, aż mnie korci, żebyś podał mi natychmiast, teraz i tutaj, twoją listę literackich paszteciarzy nadymających się i puszczających bąki na dnie Rowu Mariańskiego, ale jak rozumiem, wstrzymasz się do końca naszego cyklu...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Tomasz Sobieraj&lt;/strong&gt; – ...moja lista będzie dosyć podobna do listy Marka Trojanowskiego – jednego z niewielu w tym kraju krytyków, którzy mają szare komórki, i to we właściwym miejscu. Różnimy się z Markiem w szczegółowym podejściu do poezji, ale w ogólnym często myślimy dosyć podobnie. Polecam wszystkim jego genialną „Etykę i poetykę”. Ale jeśli chcesz, to mogę wymienić trzech najlepszych współczesnych polskich poetów...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Jan Siwmir&lt;/strong&gt; – ...jeśli żyjących, to proszę. Zatem, jaka jest kolejność?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Tomasz Sobieraj&lt;/strong&gt; – Ja, Adam Zagajewski i ja.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Jan Siwmir&lt;/strong&gt; – Jakoś nie jestem zdziwiony... Może jednak zmitygujesz się Waść trochę i przestaniesz używać ironii, szyderstwa i autoszyderstwa w ilościach, których nawet papier nie chce przyjąć? Zważ, że podczas pisania nie słychać tonu wypowiedzi, pozawerbalne sygnały nie istnieją, a przekaz do większości ludzi musi być jasny, jednoznaczny i na poziomie trzylatka. Prawa rozwoju są nieubłagane, jeśli trzylatkowi powiesz „no, pięknie, pięknie”, gdy nabroi, to utrwali się w nim przekonanie, że rzeczywiście pięknie zrobił i będzie tak czynił dalej. Nasz rodzimy parnas nie przekracza w porywach lat czterech, co oznacza wyłącznie samodzielne wytarcie chusteczką nosa. Poczucie humoru literatów także przypomina chudopachołka wbitego w pożyczony garnitur i starającego się o rękę córki sołtysa. Natomiast dziwią mnie twoje pienia nad „Ekranem kontrolnym”. Dehnel zapłacił ci za nie? Napisał list pochwalny o twojej ostatniej książce? Zaprosił cię do kina? Rewanżujesz mu się za coś? Przecież takich jak on poetów w każdym powiatowym mieście znajdzie się na pęczki, a pewnie do tego co najmniej kilku lepszych, tyle, że oni się nigdzie nie pchają, nie rozpychają się łokciami, nie puszą się i nie gdaczą, nie mają koneksji, nie należą do fanklubu Jerzego Illga, tylko spokojnie, po cichu, tworzą poezję, bo poezja, nie popularność, jest dla nich istotą życia. Dehnel jest przeciętny w swojej kategorii „klasycystów”, która to kategoria – tu się z tobą zgadzam – jest usytuowana znacznie wyżej niż taplający się w kaczym dole tak zwani awangardziści czy bardziej ogólnie i bliżej prawdy – półanalfabeci i tani prowokatorzy. To samo, co powiedziałem o jego poezji, dotyczy również prozy Dehnela i zapewne innych jego hobby, jak malowanie farbkami – ty Tomaszu pewnie możesz coś o tym powiedzieć, bo grzebiesz się w teorii i historii sztuki. Dehnel – pisarz, to paw, epigon i bufon, który sam jeszcze niczego nie zrobił, bo wszystko mu podano, wszystko robi się za niego samo. To taki „Golden Boy”, jak ten pusty dzieciak z jego wiersza o słynnej fotografii Watsona, tylko brzydszy. I niestety starszy. Idąc dalej rzekłbym, że Dehnel jest jak piłkarz polskiej reprezentacji: powszechnie znany, odszykowany i przebrany jak stróż w Boże Ciało albo Jacyków, ma kontrakt, kolegów, chodzi na panienki, nie musi nawet pracować, ale jak przychodzi do meczu, to gra jak patałach, ostatni szmaciarz i pierwszy lepszy zawodnik z gminnego klubu okazuje się od niego lepszy, i to taki zawodnik, który zwyczajnie pracuje w biurze czy fabryce, a popołudniami trenuje i gra, bo, po prostu to lubi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Tomasz Sobieraj&lt;/strong&gt; – O, przepraszam, Dehnel nie chodzi na panienki. Proszę bez takich tu wstrętnych insynuacji. Widziałem w telewizorze jak prowadza się po ekranie z niejakim Tymańskim, innym geniuszem, i z jakimś jeszcze niezidentyfikowanym osobnikiem o fizjonomii smutnej ryjówki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Jan Siwmir&lt;/strong&gt; – No fakt, przesadziłem, heteroseksualizm jest niemodny w kręgach artystycznych i skazuje na artystyczny niebyt. Artysta z rodziną, dziećmi, tak zwyczajnie? Tfu! Ohyda! Wrócę na chwilę do Jerzego Illga, podobno poety i redaktora „Znaku”. Myślisz, że miał jakiś wpływ na rozwój kariery Dehnela?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Tomasz Sobieraj&lt;/strong&gt; – Zacytuję w tym miejscu mojego ulubionego krytyka, wybitnego znawcę poezji i ludzkiej natury, doktora nauk humanistycznych Marka Trojanowskiego: „Jak to się stało, że zapracowany i śmiertelnie zmęczony pod koniec swojego żywota Czesław Miłosz znalazł czas by przeczytać kilka wierszyków Jacka Dehnela i napisać o nich trzy zdania, które stały się przepustką do kariery autora »Lali«? Czy w promocji młodego talentu miał swój udział Jurek Illg – człowiek, który ma ten unikalny dar, że rozpoznaje bezbłędnie własny talent literacki dzięki czemu kultura polski doczekała się kolejnego filaru w postaci »Wierszy z Marcówki«. Czy to on podsunął dzieła młodego poety umierającemu Czesławowi? (...) Na temat tych i podobnych mechanizmów rządzących karierami poetyckimi młodych chłopców i dziewczynek można snuć najróżniejsze i najbardziej egzotyczne przypuszczenia”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Jan Siwmir&lt;/strong&gt; – A my znowu zboczyliśmy z tematu. W końcu czy to istotne, kto, komu i dlaczego?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Tomasz Sobieraj&lt;/strong&gt; – Właśnie o tym rozmawiamy. Kto, komu i dlaczego. Nie powiesz mi przecież, że rozmawiamy o talencie, którego to słowa nasz rodzimy parnasik używa na wyrost.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Jan Siwmir&lt;/strong&gt; – Istotnie, polscy pisarze, szczególnie poeci a osobliwie krytycy literaccy nie rozpoznaliby prawdziwego talentu, nawet gdyby rzeczony talent ugryzł ich w tylną część ciała. Wróćmy zatem po raz kolejny do „Ekranu kontrolnego”. Gdzie niby miałyby się znaleźć te tłuste skwarki? W zlepku wielojęzycznego ściemniania, w próbach uwiarygodnienia, że jest się poetą współczesnym za pomocą zapisu rodem z forum on-line? A może podoba Ci się wciśnięcie na siłę jakiejś gwary? O ile jest to zabieg przez niektórych wymagany w przypadku prozy, o tyle w poezji trzeba dla takich zabiegów naprawdę dobrego uzasadnienia. Na pierwszym planie przewaga formy nad treścią, potem długo, długo nic, w końcu parę trywialnych prawd typu: „Wszędzie, gdzie pójdziesz, będzie gorzej” albo „Nie masz słów na tę boleść, której nie przeżyłeś”. Jedynie coś w rodzaju fraszki udało się Dehnelowi:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Początek maja&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Od siódmej rano pod samym oknem&lt;br /&gt;dwaj z kosiarkami z Zieleni Miejskiej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Do ósmej jestem trawą z uszami,&lt;br /&gt;wrośniętą w pościel. Spylajcie trzmiele.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przyznam się, że jak sobie wyobraziłem autora w postaci trawy z uszami, to spadłem z krzesła i jeszcze tarzam się ze śmiechu. Inna sprawa, że do tego tomiku podobny wiersz pasuje niczym pasiak łowicki do jednorożca albo pole kaktusów do spadającej z drzewa małpy. I stanowczo nie wystarczy do lansowania całego zbioru wierszy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Tomasz Sobieraj&lt;/strong&gt; – Może i masz trochę racji. W sumie, Dehnel to taka współczesna Halina Auderska – tylko czekać, aż zostanie posłem na Sejm, a pierś ozdobią mu ordery. Pomyślałem sobie, że gdyby tak zebrać dzieła Jacka Dehnela w jednym tomie, powstałoby coś w rodzaju „Ruhnamy” – zbioru poezji, prozy i mądrości niedawno zmarłego genialnego przywódcy Turkmenistanu, Ojca Turkmenów Saparmurata Nijazowa. Księgę tę przetłumaczono, podobnie jak dzieła Dehnela i Haliny Auderskiej, na wiele języków, a jej trzykrotne przeczytanie otwiera bramy raju. Co więcej, historycy turkmeńscy bezspornie udowodnili, że Nijazow pochodził w prostej linii od Aleksandra Wielkiego. Cóż, niektórzy nasi krytycy są jak turkmeńscy badacze dziejów – też wiele potrafią udowodnić. Tylko czy ktoś jeszcze poważnie traktuje ich brednie? No i co otwiera trzykrotne przeczytanie dzieł Dehnela? Furtkę do ogródka jordanowskiego? I na koniec jeszcze jedno spostrzeżenie: oglądałem filmik z Jackiem Dehnelem w roli głównej, wyświetlany podczas gali rozdania Nike – jako jedyny z nominowanych ani słowem nie zająknął się o swojej książce. Czyżby nie miał o niej nic do powiedzenia? Zastanawiające. Mówił natomiast dużo o swojej pasji kolekcjonerskiej, która wyrosła zapewne z chłopięcego zbierania resoraków, misiów i bohaterów kreskówek. Nazywał siebie kolekcjonerem. Twierdził, że teraz zbiera książki. Ja książek nie zbieram – ja je czytam. Może i on w końcu zacznie, zamiast tracić czas na internetową autopromocję i odkurzanie kolekcji meloników. Niemniej uznaję „Ekran kontrolny” za książkę ważną dla Dehnela – bo to jego pierwszy, chociaż niesamodzielny krok w stronę poezji, i ważną dla naszej współczesnej literatury – jako kolejny inhibitor wszechobecnej rynsztokowej produkcji. Dlatego biorę ją na półkę. A ty?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Jan Siwmir&lt;/strong&gt; – Zdecydowanie do poczekalni. Obok Dąbrowskiego. Pewnie jeszcze kogoś do tych panów uda nam się znaleźć i będą mogli zawrzeć Triumwirat. A wtedy drżyjcie gwałcone lasy, uciekajcie Hiperborejczycy! Nic nas już nie uratuje.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Tekst ukazał się w numerze 1 (30) 2011 kwartalnika „Migotania” i jest rozdziałem przygotowywanej książki „Dwaj Panowie S - rozmowy o literaturze i nie tylko”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;KOMENTARZ REDAKCJI &lt;em&gt;KRYTYKI LITERACKIEJ&lt;br /&gt;&lt;/em&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;Od tej rozmowy minął ponad rok. W tym czasie Jacek Dehnel, wyraźnie zauroczony stachanowskim współzawodnictwem pracy z czasów towarzysza Bieruta, w pocie czoła i niezdrowym pośpiechu napisał kolejny rozdział do swojej „Ruhnamy” - obszerne wypracowanie zatytułowane „Saturn”. Po wnikliwej lekturze i głębokiej analizie tej książeczki (skąd neo-neoromantyczny Geniusz w Tużurku miał pieniądze na jej wydanie i promocję - nie wiemy, a nie wierzymy, by jakikolwiek wydawca pozostający przy zdrowych zmysłach zaryzykował kolejną publikację, która pójdzie na przemiał) stwierdzamy, że nie odbiega ona poziomem od poprzednich, naiwno-anestezjologicznych i sentymentalnych wypocin „Dody literatury”, jak Jacka Dehnela nazywają niektórzy sympatycy. Polecamy natomiast tę książkę jako lekturę obowiązkową dla psychologów &lt;em&gt;in spe&lt;/em&gt; i praktykujących, bowiem przedstawiona w niej historia jest niemal klinicznym przykładem konsekwencji wynikających z trudnych relacji rodzinnych, opisanych z zastanawiającym znawstwem. &lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3935343907532337425-5093437186421713920?l=krytykaliteracka.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/5093437186421713920'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/5093437186421713920'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://krytykaliteracka.blogspot.com/2011/09/rozmowa-jan-siwmir-tomasz-sobieraj.html' title='Rozmowa: Jan Siwmir, Tomasz Sobieraj JACEK DEHNEL'/><author><name>____________________</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01758159771234876142</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3935343907532337425.post-1082994531381639471</id><published>2011-08-04T03:39:00.000-07:00</published><updated>2011-08-04T03:41:00.393-07:00</updated><title type='text'>Felieton:Igor Wieczorek SZCZĘŚCIE LUB POTĘPIENIE</title><content type='html'>&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;Z satysfakcją, ale bez entuzjazmu przeczytałem najnowszy bestseller Janusza Głowackiego. Cechą charakterystyczną bestsellerów są dobrze brzmiące tytuły, intrygujące tematy i efektowne okładki. Czasami zdarza się również, że za tą potrójną fasadą czai się jakaś głębsza, godna uwagi treść. Wiele wskazuje na to, że taka bardzo głęboka, godna uwagi treść czai się w bestsellerze, który wyszedł spod pióra pracowitego „Głowy”. Problem polega na tym, że ta przyczajona treść jest trudna i niepokojąca, a „Głowa” to celebryta, globtrotter i sprawozdawca, a nie przenikliwy krytyk.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jego pisarstwo jest mocne, barwne, soczyste, odważne, ale nad wyraz rozwlekłe i dziwnie bezrefleksyjne. Ten autor wiele nie myśli. Ten autor po prostu pisze. Pisze o tym i owym, głównie o Nowym Jorku i swoich licznych znajomych.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Teoretycznie rzecz biorąc, jednym z głównych tematów powieści „Good night Dżersi” jest życie Jerzego Kosińskiego, ale praktycznie rzecz biorąc, ten temat jest tylko pretekstem do opisania świata, w którym nic nie jest łatwe, dobre i oczywiste. Fascynujący opis.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Sądziłem, że ten bestseller rzuca jakieś nowe światło na przyczyny samobójczej śmierci Kosińskiego, ale wcale tak nie jest. To światło jest bardzo stare, ma już dwadzieścia lat i pada na smugę cienia. A jednak warto pomyśleć o przyczynach samobójstwa Dżersiego w świetle przydługiej powieści, którą napisał Dżanus.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W tym świetle widać wyraźnie, że życie wielu mieszkańców dumnej „stolicy świata” upływa pod znakiem niewiary w ucieczkę z wyścigu szczurów, a słynne „american dreams” już dawno straciły swój blask i siłę oddziaływania. W tej dusznej i opresyjnej atmosferze niemocy, cynizmu i amoralności Dżersi szukał wytchnienia po długich latach wojennej i totalitarnej niewoli. Z podziwu godną zręcznością wspinał się po drabinie społecznego sukcesu, a kiedy dotarł wysoko, naprawdę bardzo wysoko, spojrzał w dół i zobaczył, że świat jest rozległym więzieniem, a wszystkie szczeble drabiny są ulepione ze złudzeń. Wtedy zeskoczył z drabiny i poszybował ku niebu, w którego cudowność nie wierzył, bo miał ku temu powody, nie byle jakie powody. Taki mniej więcej obraz wyłania się z bardzo rzetelnej, choć nieco nudnej powieści, którą uraczył nas „Głowa”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W znakomitym eseju pt. „Skazani na radość” francuski pisarz, Pascal Bruckner, stawia ciekawą tezę, że współczesna kultura zachodnia opiera się na przymusie radości. Już nawet nie na kulcie szczęścia, ale na przymusie radości.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;– „Smutek jest chorobą społeczeństwa, które z dobrego samopoczucia uczyniło obowiązek i które karze nieudaczników. Szczęście przestało być szansą czy darem niebios, rzadką łaską, która opromienia monotonne dni. Jesteśmy je winni sobie, mamy je okazywać wszem i wobec,” – zauważa posępnie P.Bruckner, a potem dochodzi do wniosku, że „ zachodni kult szczęścia to naprawdę dziwna przypadłość, coś jak zbiorowe zaczadzenie. Pozorując wyzwolenie, zamienia on piękny ideał w jego przeciwieństwo. Skazani na szczęście musimy być szczęśliwi pod groźbą utraty pozycji społecznej. Zmieniła się nasza koncepcja szczęścia – jesteśmy chyba pierwszą społecznością w dziejach unieszczęśliwiającą za to, że nie jest się szczęśliwym.”&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jeżeli ta smutna diagnoza jest chociaż częściowo prawdziwa, a myślę, że tak właśnie jest, to trudno nie dojść do wniosku, że samobójstwo Dżersiego było efektem tyranii, jakiejś bezosobowej, kulturowej tyranii. Ten człowiek miał być wesoły, bo był powołany do szczęścia..W bacznie śledzących go oczach krytyków i wielbicieli stał się symbolem sukcesu – nie tylko artystycznego, ale też osobistego i społecznego sukcesu. Szczęśliwie uniknął śmierci z rąk hitlerowskich bandytów i równie szczęśliwie przekroczył żelazną kurtynę. Szczęśliwie wspiął się na szczyty amerykańskiej kariery. Był zdolny, zdrowy, zamożny, sławny i kontrowersyjny. Niczego mu nie brakowało .Dlaczego tak często narzekał? Dlaczego bał się krytyków? Dlaczego nie był szczęśliwy? A może był ponurakiem, który w przebraniu jakiegoś egzotycznego artysty próbował zepsuć cudowną, amerykańską zabawę? Jedno wydaje się pewne – jego ponure grymasy szybko przestały być trendy, a tego się nie wybacza. &lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3935343907532337425-1082994531381639471?l=krytykaliteracka.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/1082994531381639471'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/1082994531381639471'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://krytykaliteracka.blogspot.com/2011/08/felietonigor-wieczorek-szczescie-lub.html' title='Felieton:Igor Wieczorek SZCZĘŚCIE LUB POTĘPIENIE'/><author><name>____________________</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01758159771234876142</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3935343907532337425.post-5312558770425126429</id><published>2011-08-04T03:15:00.000-07:00</published><updated>2011-08-04T03:38:50.668-07:00</updated><title type='text'>Galeria: Krzysztof Jurecki KEYMO - ARTYSTKA KOŃCA EPOKI</title><content type='html'>&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;Autorka skrywająca się pod pseudonimem Keymo działa na polu fotografii portretowej, malarstwa i rysunku. Jest absolwentką ASP w Krakowie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pozostawmy na razie jej dokonania z zakresu tradycyjnych technik i zastanówmy się nad fotografią. Jaki uprawia styl? Dlaczego jest tak blisko fotografii mody, czego nie potrafię do końca zrozumieć. Chyba, że pragnie pokazać prawdziwe oblicze tego środowiska, jeśli jest to możliwe. Jej fotografia jest bardzo sugestywna i przypomina mi perwersyjną ekspresję w stylu Egona Schielego – wielkiego artysty ciała, który musiał zaistnieć, aby powstała twórczość Hansa Bellmera.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jest to jednocześnie rodzaj narcystycznego fotografowania, w którym znajdziemy kilka wzajemnie uzupełniających się konwencji. Jest to trochę styl zbliżony do „lekkiego” („soft”) antyfeminizmu Helmuta Newtona. Kiedy indziej zbliża się do dokonań: Nobuyoshi Arakiego („znęcanie” się nad kobietą), ekshibicjonizmu Nan Goldin, amatorskości "prawdziwego" ujęcia Juergena Tellera. Jeszcze innym razem do surrealistki Claude Cahun, przełamującej dominujący schemat płci. Jest to także sugestywna fotografia portretowa o charakterze fetyszu, mocno erotyczna i niezwykle silnie przesiąknięta seksualnością. Niektórych widzów może odrzucać wątek sadomasochistyczny i perwersyjny. Całość wydaje się być na razie mocno eklektyczna i manieryczna, ale żyjemy w takich czasach. Czyżby była to dekadencka wersja końca pewnej epoki?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jednak zdjęcia, szczególnie barwne, dzięki wykorzystaniu analogowych materiałów posiadają określoną temperaturę uczuciową i wielki potencjał malarskości, w tym tradycji Witolda Wojtkiewicza. Jestem pod ich wrażeniem! Wszystko to dzięki Rafałowi Piekarzowi - kuratorowi wystawy zbiorowej Pink Cube w krakowskiej Galerii Olympia (...).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Oto fragment maila Keymo do mnie (01.11.2010) na temat „pesymistycznej” według mnie wymowy jej prac: „Perwersja obecna w mojej fotografii nie jest pesymistyczna, to pewna estetyka ciała, która dla mnie pozostaje najciekawsza.... perwersja pozwala wydusić z ciała prawdziwe piękno, to trochę jak z owocem, trzeba go zgnieść, żeby uwolnić soki, poczuć zapach miąższ....tradycyjne akty patrzą na ciało, jakby głodny zaglądał przez witrynę do sklepu pełnego żarcia... a ja staram się raczej wejść do sklepu i coś podpierdolić :)”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mam jednak nadzieję, że ten czar szybko nie pryśnie. Ale muszę zaznaczyć, że przeszkadza mi w tych pracach pesymistyczne przesłanie. W latach 90., w podobnym „stanie” wizualnym powstawały zdjęcia Sławka Beliny, który praktycznie przestał już tworzyć. Czasami stać go tylko na żart. Ale to za mało, aby na dłużej przetrwać w ludzkiej pamięci! &lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3935343907532337425-5312558770425126429?l=krytykaliteracka.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/5312558770425126429'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/5312558770425126429'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://krytykaliteracka.blogspot.com/2011/08/galeria-krzysztof-jurecki-keymo.html' title='Galeria: Krzysztof Jurecki KEYMO - ARTYSTKA KOŃCA EPOKI'/><author><name>____________________</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01758159771234876142</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3935343907532337425.post-2324521092849683442</id><published>2011-08-04T03:12:00.000-07:00</published><updated>2011-08-04T03:14:50.623-07:00</updated><title type='text'>Recenzja: Adam Zagajewski LEKKA PRZESADA</title><content type='html'>&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;Autor: Joanna Mieszkowicz&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;Zazdroszczę starszym pokoleniom umiejętności wyważonego spojrzenia na otaczającą nas rzeczywistość. Rozmawiając ostatnio z jednym starszym panem o życiu i o czasach, w których przyszło jemu i mi żyć, zauważyłam różnicę w naszych spojrzeniach. On już się nie łudzi, nie próbuje naprawiać świata, wie, że pewnych mechanizmów nie da się ze świata wyeliminować. Ja wciąż się łudzę, że jednak warto walczyć o uczciwość, sprawiedliwość i lojalność wobec drugiego człowieka, o ponadczasowe wartości świadczące o dobrej naturze człowieka. Łudzę się i co jakiś czas ponoszę osobistą, sromotną klęskę. Dostrzegam nieprawidłowości i wciąż się nimi irytuję. Mój rozmówca powiedział mi, że niszczę w ten sposób swoje wnętrze, że mój upór, moja kontestacja, to piękne cechy, ale świat nie lubi takich ludzi. Rewolucjoniści nigdy nie byli w cenie. Historia pokazuje, jak marnie kończyli.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Dlatego zazdroszczę osobom z pokolenia, które powoli odchodzi z tego świata. Bije z nich olbrzymia pokora, spokój, akceptacja życia. Wędrują pamięcią do czasów dzieciństwa, młodości, jakby tamte, odległe czasy, miały jakiś inny zapach i kolor, dziś już niespotykany. Tęsknią za autentycznością, za naturalnym pięknem, czystym i niezniszczonym przez cyniczną cywilizację popkultury.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Czytając „Lekką przesadę” Adama Zagajewskiego czułam, jakbym dotykała innego świata, bardziej nastawionego na przeżycia duchowe. Świata, który już nie istnieje, został pożary przez czas. Został uwieczniony jedynie na fotografiach już nieco pożółkłych i w zdaniach, z których aż bije umiłowanie do pięknej składni i eleganckich figur retorycznych. Poeci starszego pokolenia są chyba stworzeni z innej gliny, bardziej szlachetnej. Im się wybacza poczucie wyjątkowości, dystyngowanie i pewną nonszalancję. Im się wybacza sentymentalizm i melancholię.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Adam Zagajewski w swojej najnowszej książce, na którą składają się krótkie refleksyjne eseje, układające się w obraz świata człowieka spełnionego, daje wyraz szalenie inteligentnym rozważaniom o naturze człowieka, o życiu, o sobie samym. Miałam wrażenie, że tą książkę napisał bardziej dla siebie, a dla czytelników przy okazji. Ale to właśnie czytelnikom zrobił przyjemność pozwalając poznać swoją rodzinę, mieszkająca przed drugą wojną światową we Lwowie. Lwów zresztą jest tu magiczną krainą, niemal symboliczną i istniejącą w wymiarze bardziej metafizycznym.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;„Lekka przesada” jest bardzo intymna, stonowana, pełna zadumy, błyskotliwie drocząca się z czytelnikiem. Powoli odkrywa swoje uroki. Adam Zagajewski nie szokuje i nie polemizuje, on z mądrością prawdziwego poety mówi o tym, co ważne, i mówi to w taki sposób, że zaczęłam się zastanawiać, czy czegoś przypadkiem w życiu nie przegapiam. Bo we mnie wciąż tli się natura wojowniczki... Ale jeśli książka skłania mnie to osobistych rachunków sumienia, to chyba powinnam być usatysfakcjonowana. A jednak mam żal do samej siebie. Że wciąż się buntuję. Że wciąż nadstawiam karku. Że nie potrafię okiełznać swojego języka.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Jest w „Lekkiej przesadzie” pierwiastek poezji, choć książka nie jest tomikiem poezji. Poeta bierze na warsztat, o ile wolno mi użyć tak dosadnego porównania, poezję i sztukę w ogóle, a także przeszłość swojej rodziny, która nie będąc rodziną literatów wydała na świat poetę. I ta przypadłość, znów użyję może niezbyt fortunnego określenia, stała się łaską i niełaską. Łaską, ponieważ poeta inaczej odczuwa świat, dotyka tych sfer, które zwykłym szaraczkom są niedostępne. Niełaską, ponieważ jest to bagaż, który z biegiem lat staje się coraz większy. Zagajewski ma spory bagaż doświadczeń, tych swoich własnych, ale i ludzi, których na licznych ścieżkach życia spotykał. Stąd w „Lekkiej przesadzie” wspomnienia wielu poetów, filozofów, muzyków, którzy swoją sztuką wywarli trwały ślad w osobowości autora.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;„Nie jestem wysiedlonym, ale od kiedy zrozumiałem, że moje drzewo genealogiczne jest drzewem wysiedlonych, zrozumiałem też, że to ziarno nierzeczywistości, na które nieraz natrafiam, właśnie stąd się bierze, z wędrówek, z niepewności jutra, z walizek o wielkich, otwartych, łakomych ustach.”&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;I tak myślę o Adamie Zagajewskim: jest on, mimo wszystko, obarczony tą łakomością świata. Jednakże nie o zwykły świat chodzi, nie o ten zwyczajny, dostępny każdemu. Ogromnie spodobał mi się fragment o pobycie w muzeum w Bolonii, w którym to nie obrazy wielkich mistrzów przykuły jego uwagę, lecz najzwyklejsze okno wychodzące na pobliskie domy. Podglądał życie ludzi i wtedy przyszło mu do głowy zdanie: „Oni tylko żyją”. A on czuł się kimś innym.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;„Przez krótką chwilę czułem się solidarny bardziej z błyszczącymi płótnami, zabalsamowanymi w swojej muzealnej nieśmiertelności niż z żywymi ludźmi po drugiej stronie wąskiej ulicy”.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;I mnie czasem nachodzą takie myśli… Że jestem elementem innej rzeczywistości. Że nie pasuję do tego pościgu, w którym biorę udział, wbrew swojej woli. Ja jednak nie potrafię tak pięknie pisać o życiu.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Jak już wspomniałam Zagajewski poświęca sporo miejsca poezji, jej znaczeniu, jej oddziaływaniu na człowieka. Mówi, że „poezja jest mistyką dla początkujących”. Zwraca też uwagę na sam proces pisania.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;„Pisać – w najlepszych dniach pisanie, pełne energii, radości, jest nieomal stwarzaniem samego siebie, daje niezwykłe uczucie władzy nad własnym życiem, definiowaniem się od nowa, jakby prawie nic godnego uwagi dotąd nie istniało, jakbyśmy wytyczali zupełnie nową przyszłość dla siebie. W dniach nieco słabszych pisanie jest walką z depresją. W dniach zupełnie trudnych jest już tylko próbą ratowania siebie”.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Obok wielce refleksyjnych rozważań w „Lekkiej przesadzie” znajdziemy też fragmenty budzące radość, co potwierdza fakt, że poeta ma fantastyczne poczucie humoru, momentami nieco wyniosłe, ale też pobłażliwe w stosunku do samego siebie, do własnych błędów młodości, do dziwacznych pomysłów rodziny. Mój szeroki uśmiech wywołało przyznanie się do tematu pracy, bodajże magisterskiej, z filozofii: „O poznawaniu własnego ciała”. Temat budzący ironiczne uśmiechy, nieprawdaż?&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Przytaczanie wszystkich nazwisk poetów/pisarzy, z którymi Zagajewski miał kontakt, czy muzyki „poważnej”, bez której poeta nie wyobraża sobie swojego istnienia, nie ma najmniejszego sensu. Ale z tego intymnego pamiętnika, jakim z pewnością jest „Lekka przesada”, wyłania się obraz człowieka doskonale wykształconego, traktującego sztukę, jako nieodłączny element życia. To się czuje. Niemal każdy krótki szkic jest odzwierciedleniem tego, co gra w duszy poety. I nie ma znaczenia, czy mówi o swojej rodzinie, czy o sobie samym, jego rozważania są naznaczone obecnością pierwiastka metafizycznego.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Sporo refleksji dotyczy podróży, jakie autor odbywał. Z nostalgią wspomina Paryż, Włochy, pobyt w USA. Ale i swój sentyment wyraża w opisach Krakowa czy Gliwic, do których trafiła wysiedlona ze Lwowa jego rodzina.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Jest też „Lekka przesada” pewnego rodzaju hołdem złożonym ojcu Adama Zagajewskiego, który powoli odchodził, leżąc w chorobie bez kontaktu z otaczającą go rzeczywistością. To zresztą ojciec Zagajewskiego jest autorem słów, które zostały użyte w tytule książki. Lekką przesadą nazywał ojciec poety poezję. Takie podejście mają tylko umysły ścisłe, pragmatyczne. Ale zastanawiając się nad nimi Adam Zagajewski odkrywa w nich prawdę i definiuje nimi poezję.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;„Lekka przesada - to właściwie bardzo dobra definicja poezji. Doskonała definicja poezji na dni chłodne i mgliste, dni, kiedy poranek wstaje późno i na próżno obiecuje obecność słońca. Jest lekką przesadą, póki się w niej nie zadomowimy. Wtedy staje się prawdą. A potem, kiedy ponownie z niej wyjdziemy - bo nikt nie potrafi w niej zamieszkać na stałe - znowu staje się lekką przesadą”. &lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3935343907532337425-2324521092849683442?l=krytykaliteracka.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/2324521092849683442'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/2324521092849683442'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://krytykaliteracka.blogspot.com/2011/08/recenzja-adam-zagajewski-lekka-przesada.html' title='Recenzja: Adam Zagajewski LEKKA PRZESADA'/><author><name>____________________</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01758159771234876142</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3935343907532337425.post-8325588054315610256</id><published>2011-07-07T08:48:00.000-07:00</published><updated>2011-07-07T08:52:01.900-07:00</updated><title type='text'>Esej: Marcin Królik GDY STARE I NOWE SIĘ MIESZA</title><content type='html'>&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;W czwartek przyjechał do mnie przyjaciel humanista. Ponieważ jest dziennikarzem w jednym z ważniejszych obecnie tytułów, trochę sobie poplotkowaliśmy o matriksowych kulisach władzy, tudzież robienia medialnych niusów. Aż palce świerzbią, żeby co bardziej mięsiste kawałeczki tutaj posprzedawać, ale groziłoby to spaleniem źródła informacji, że o zerwaniu pięknej przyjaźni nie wspomnę. Zmęczeni brudem życia publicznego, na który i tak za wiele nie zaradzimy – przynajmniej nie w duecie – wybraliśmy się na sentymentalny spacer po Mińsku. Krążąc wśród niskich pokomunistycznych bloków, zaglądając do pałacu Dernałowiczów i podziwiając nieliczne rozsypujące się relikty epoki, gdy Mińsk był prawie wsią, doszliśmy do wniosku, że my, humaniści, jesteśmy genetycznie obciążeni słodką niewolą melancholii. Wciąż obsesyjnie poszukujemy śladów minionego pod połyskliwą skórą nowoczesności.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Taki, dajmy na to, inżynier czy architekt – pragmatyk. Widzi starą drewnianą ruderę z powybijanymi oknami, grożącą zawaleniem i myśli sobie: ile cennej przestrzeni pod inwestycje można by uzyskać, jakby się to siedlisko pleśni zburzyło! Widzący tę samą ruinę humanista pomyśli: Ech, czas, ta wiecznie płynąca rzeka i my wszyscy w niej, z pozoru tak różni, oderwani, a przecież tak z siebie wyrastający jak młode konary ze starych pni, jak pędy z nasion rozsiewanych po ziemi przez kapryśny wiatr historii.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Jakoś tak się porobiło, że oprócz wędrówki po zakątkach mojego dzieciństwa, gadaliśmy głównie o Żydach. Wszystkiemu winna powieść, nad którą teraz pracuje, i moje związane z tym swoiste zaczadzenie tematem. O, tu było getto! Tu, gdzie teraz biegnie asfalt, po jego likwidacji pewnie leżały ciała zastrzelonych. I my jakby trochę po nich depczemy. A tam, przy Nadrzecznej, stał dwór cadyka. W czasach swej świetności jedyny murowany budynek w mieście. Teraz sklep z asortymentem dziecięcym. No i te brylaste blokowiska. Jak czytam o dawnej niewiarygodnie gęstej zabudowie, o tym kotłującym się wśród niej tyglu gojów i żydów, w który pogrom z 1936 roku wszedł jak nóż w zjełczałe masło, doznaję poczucia melancholijno architektonicznej winy. Te malujące mityczny pejzaż moich dziecinnych lat dwuklatkowe klocki tak naprawdę są tu ciałami obcymi, znakiem triumfu niepamięci. Żydzi zostali wymazani zarówno z krajobrazu, jak i z głów. A jeśli nawet stare kobiety obsiadające ławki przez całe letnie dni aż do zmierzchu coś pamiętały, nie mówiły o tym. Dziś nawet już i ten świat blaknie. Ławki wymontowane, drzewa wycięte, drzwi mieszkań – kiedyś pootwierane na oścież – szczelnie zaryglowane. A dokoła żelazny płot, że trzeba kluczyć opłotkami. Wspólnota mieszkaniowa tworzy sobie getto na własne życzenie. Pusty śmiech.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Publikacja na blogu i na Liternecie fragmentu powieści okazała się klęską. W najlepszym razie chwalono, że piszę jak Segal, a w najgorszym miano do mnie żal, że już nie piszę o fryzjerach. A ja przecież pisałem tam o wiecznym niszczeniu Utopii, a zarazem o ustawicznym do niej dążeniu. Fakt, że nie mam semickich korzeni, co według jednej z moich sieciowych czytelniczek ogranicza, jeśli całkowicie nie neguje, moje prawo do zajmowania się tematyką żydowską. Ale ja nigdy bym w nią nie wszedł, gdybym nie odnalazł tam czegoś istotnego dla siebie. Wcale nie na poziomie historycznym, lecz w wymiarze alegorii. Zaginione światy opętują mnie jak rój dybuków. Nigdy się nie nadziwię, że całą kulturę, cały wszechświat, można tak po prostu wykasować z ludzkiej świadomości. Jak plik z komputera.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Tylko, że ślad zawsze zostaje. Nawet po hekatombie. Są specjaliści zajmujący się odzyskiwaniem utraconych danych. Usługa ponoć piekielnie droga. W przypadku zdeletowanego losu koszt – pieniężny również – ponosi przede wszystkim szaleniec podejmujący się karkołomnego dzieła rekonstrukcji. A minione zawsze gdzieś tam się czai, zawsze wywiera wpływ.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Widać to choćby w sieciowych polemikach. Tak łatwo zaszczuć człowieka z frazesami o wolności na klawiaturze. Wedle najlepszych ubeckich metod. Aż przeraża, jak bezproblemowo polskim internautom przychodzi stosowanie wielkich kwantyfikatorów w rodzaju „faszysta” czy „bandyta”. Tylko, gdzie leży ten trudno uchwytny punkt, za którym bezkompromisowa walka o lepszy świat, o uniwersalne wartości przeradza się w strzykanie jadem? To przecież też piętno historii – stygmat po zaborach, po okupacji, po komunie. Mamy wdrukowany ten skrypt, wypalony w zwojach mózgowych jak odruch chwytania.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Znów nachodzi mnie apetyt na stare filmy. I na stare książki. Czytam „Haunting of the Hill House” Shirley Jackson. Kiedy to pisała, motyw nawiedzonego domu nie był jeszcze do cna wyeksploatowany przez popkulturę. Dało się jeszcze coś za jego pomocą powiedzieć. Jackson użyła go do wykrzyczenia dramatu zaszczutej dziewczyny, która swoją ziemską przystań znalazła dopiero w upiornej posiadłości. Oto do czego inni mogą nas doprowadzić. A przecież na pewno nie chcieli źle. Ale po prostu tak zostali ukształtowani. I nie przeskoczą tego. Niż przyznać się do błędu, znacznie wygodniej (i bezpieczniej) jest utrzymywać fikcję, że się jest prześladowanym. Nieważne, że przy okazji wysyła się kogoś do nawiedzonego domu. A ja być może niebawem pokuszę się o sprawdzenie, czy z tej konwencji aby na pewno nie da się już nic wycisnąć.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Mój przyjaciel humanista opowiadał mi o pasjonacie dawnych dziejów ze swojego rodzinnego miasta. Staruszek wykopywał jakieś poniemieckie bunkry na prywatnych posesjach i pod hotelem. Wciągnął w to nawet gości hotelowych. Własnoręcznie porobił tabliczki informacyjne i uprzykrzał się lokalnym dziennikarzom, żeby pisali artykuły. A komendanta posterunku policji nagabywał o tablicę pamiątkową ku czci jakiegoś mundurowego zastrzelonego przez Niemców. Komendant – jakiś prosty facet po szkole w Szczytnie – pewnie łamał sobie głowę, skąd wziąć na paliwo do radiowozów, a tu ten dziadek jęczy o krawężnika sprzed lat. Chyba każde miasto i miasteczko ma takiego dziadunia. Śmieszni oni z jednej strony, a z drugiej budzą mój najgłębszy podziw.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Wieczorne słońce oślepiło mnie dziś tak, że nie mogłem dostrzec światła na przejściu. Ząb mi się kolebał, aż w końcu się ukruszył. Już nie odrośnie. Coś znów się zamknęło, odleciało w mrok przeszłości. Czas płynie. Czy o nas też kiedyś upomni się dziadek na rozklekotanym rowerze i z łopatą? Dopóki oni są, trwa ciągłość. &lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3935343907532337425-8325588054315610256?l=krytykaliteracka.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/8325588054315610256'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/8325588054315610256'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://krytykaliteracka.blogspot.com/2011/07/esej-marcin-krolik-gdy-stare-i-nowe-sie.html' title='Esej: Marcin Królik GDY STARE I NOWE SIĘ MIESZA'/><author><name>____________________</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01758159771234876142</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3935343907532337425.post-2094481443826576703</id><published>2011-07-07T08:20:00.000-07:00</published><updated>2011-07-07T08:46:08.237-07:00</updated><title type='text'>Opowiadanie: Krzysztof Niemczycki KRÓLOWA W KORONIE Z IGUANY</title><content type='html'>&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;DZIEŃ. Żyjemy w hotelu na godziny. Ja i Maite. Maite i ja. Ja i „Ja” – w zapisie karcianym Maite podpisuje się ,,Ja". Siedzi oparta o ścianę wpatrując się w leżące przed nią karty, z których stara się odgadnąć naszą przyszłość. Starannie układa klocki znaczeń tworząc mnogość kombinacji, zestawień i zależności, w tej grze, w której przeszłość utrzymana jest w kolorze czerwieni, przyszłość zaś w zieleni, a między nimi znajdują się bezbarwne obrazy teraźniejszości: życia ponad stan w chwilach niekłamanego szczęścia, sączącego się wina, rytualnych gestów – fatamorgany tworzone na przekór rzeczywistości.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Żyjemy w hotelu na godziny – powtarza podczas siódmego rozłożenia. Ten układ słów wynika z tych trzech kart, które są już tak wytarte, iż tworzą poukładany z kawałków zielony prostokąt, w którym tylko ona może jeszcze coś zauważyć.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Żyjemy w hotelu na godziny, na które składa się sześćdziesiąt minut, pięć dni albo jedna noc – mówi cicho i wydaje się, że otwiera usta, nie po to, aby opowiadać o hotelu, dniach, upływającym czasie, lecz by zaśpiewać właśnie ten fragment „The Empty Bad Blues”: „I need you. Please stay near me”.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Fale głosowe przebijają się przez gęste, lepkie powietrze. Kuleczka uderza w kuleczkę, albo na niższym poziomie atom o atom, sylaba o sylabę – niczym w doświadczeniu szkolnym.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Kalekie atomy, kalekie sylaby, nocne plany z entuzjazmem do nich roztapiającym się w południowym słońcu i na dodatek „Please, stay near me" i to szerokie łóżko kupione w sklepie ze starzyzną przy Avenida de la Liberation. Łóżko, w którym kładąc się po raz pierwszy czuliśmy się dziwnie zagubieni i spłoszeni tak wielkim obszarem wolności, do którego należało przywyknąć.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Ten sam intymny ścisk, to samo oczekiwanie i takie same kuleczki zderzające się ze sobą: I-need-you-please-stay-near-me.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Żyjemy w hotelu na godziny, na które składa się sześćdziesiąt minut, pięć dni albo jedna noc. W hotelu, w którym chronimy się przed bezradnością w stosunku do siebie.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Jak choćby teraz wśród kropelek snu, kropelek mroku i wciąż mniejszych miast nanizanych na nitki coraz gorszych dróg – La Paz, Quito, Leoncion, Maladeo. We wnętrzu nowej chwilowej stabilizacji. Spokojnej frazy zmieszanej z powolnymi przyspieszeniami pełnymi niepokoju. Wśród sennych dni i bezsennych nocy, prób wydobycia się poza siebie, uwolnienia od ograniczeń dźwięków, barw i zdarzeń poukładanych w określone wzory, kody genetyczne przyzwyczajeń i upodobań lub upodobań i przyzwyczajeń, bo trudno jest rozstrzygnąć, co jest pierwsze. Uwikłani w oniryzm.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;A między tym wszystkim spokojne nawroty muzyki albo nagłe, drapieżne „Every man wants a woman" – krótkie rwane dźwięki, rozchylone wilgotne usta, lepki ustnik trąbki, six, sax, sex i nowe powtórzenia. „Every man wants a woman and every woman wants a man". Duszne noce i nagie ciała, kropelki potu i takie samo lub zupełnie inne szerokie łóżko. Spokojne synkopy, onieśmielenie, nieśmiałe dotykanie, poszukiwanie zapomnianego ciepła i nagły wybuch zwierzęcego pragnienia. Zwolnione z uwięzi baloniki pożądania. Eksplozja panspermii tego mikrokosmosu.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;A potem&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;powrót poza granicę osamotnienia. Słuchanie starych płyt Pink Floydów lub Theloniousa Monka i wyłapywanie nocnych głosów miasta, poddawanie się kodom i wzorom, bez walki spokojnie – sex, sax, six – wraz z wielką samotnością tej chwili wynikającą z prostej względności przestrzeni i czasu. Wśród spokojnych nawrotów muzyki.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;La Paz, Quito, Leontion, Maladeo, ciepłe światła zachodu, tramwaje przeciskające się w stronę placu Rewolucji, placu Campos lub Piątej Avenue.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Parno. Lepki, duszny mrok.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;1. Kiedy przypłynął do Maladeo dom wydał mu się mały, w porównaniu z tymi, które znał z San Jose, czy choćby z Leoncion. Jednak poza tym jednym szczegółem wszystko inne było takie same. Ten sam intymny ścisk ocierających się o siebie ciał, te same niezrozumiałe dźwięki i ten duszny, lepki mrok, w którym wyczuwało się niepokój kogutów oczekujących na swoją kolej.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Walki rozpoczynały się tuż po zachodzie słońca, lecz tak na prawdę ważnym momentem był ten, po którym ptaki stały już naprzeciw siebie z nisko opuszczonymi głowami i piórami nastroszonymi wokół szyi. Dopiero wtedy, zdecydowane na wszystko zaczynały na dobre. Znajdowały się na cienkiej nitce teraźniejszości, na której zawieszono ten jeszcze bezbarwny obraz zapełniając go kolorami i skomplikowanymi wzorami, z których tylko jeden miał jakiekolwiek znaczenie. Atakowały nagle i równie nagle odskakiwał od siebie powtarzając ten manewr za każdym razem z tą samą gwałtownością.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Wszystkie walki były podobne do siebie. Rozpoczynały się rytuałem wyzwalania agresji a kończyły prawie niewidocznym uderzeniem. Przegrywający nawet go nie dostrzegał. Kiedy upadał po raz ostatni, strużka krwi wsiąkająca w piasek tworzyła nową linie, którą bał się przekroczyć zwycięzca. Cienką linie odgradzającą wygraną od przegranej, optymizm od pesymizmu, świat kobiet od świata mężczyzn.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Już po pierwszej walce, jeszcze w San Jose, wiedział, że walki kogutów należą do zamkniętego, rządzącego się własnymi prawami świata mężczyzn. Są bardziej męskie aniżeli walki byków. W tej ocenie chodziło nie o to, że nie wpuszczano na nie kobiet, lecz o tę wszechistniejącą przegraną. O to, że matadorowi wchodzącemu na arenę dawano szansę, może tylko dlatego, że był człowiekiem, kogutowi zaś od początku przypisywano przegraną. Tak było w San Jose, Leoncion i tutaj, w Maladeo.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Kiedy wspominano koguty mówiono jedynie o tych, które przegrały. Te, które wygrały oceniano z punktu widzenia przegranej, w którejś z kolejnych walk. Od początku przegrana była im przypisana, bo poza nią nie było niczego. Wszyscy zdawali sobie sprawę, że kogut stojący na arenie nie ma przed sobą przyszłości, a każde jego zwycięstwo jest odwlekaniem tego, co i tak zostało już przesądzone. Wierzono, że ptaki nie giną, dopełniają jedynie swojego losu – przeznaczenia, przed którym nie ma ucieczki. Wierzono, że świat jest żeński, zarodkowojajowaty, a jedynym jego przeciwieństwem jest kogut – Gallus gallus spadiceus.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Jeżeli prawdą było, że świat jest żeński, to tylko ptak mający w sobie coś z kobiety miał szansę na wygraną. Jeżeli istniał jakiś inny sposób na zwycięstwo, nie znał go. Wszystko do tej pory opierało się na tej dziwnej pewności, założeniu, które nie zawodziło.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Podobnie było z bokserami. Dziwiły go dłonie Romera, zbyt delikatne i subtelne, nie pasujące do zwalistej sylwetki boksera wagi półciężkiej. Romero wygrał jednak 75 walk. Walczył powoli, oszczędnie jakby zmagazynowana w nim energia miała wystarczyć na następne 75, z których żadnej nie może przegrać.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Do Maladeo przypłynął 12 stycznia, na trzy dnia przed rozpoczęciem karnawału.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;2. Walki były przyczyną, którą można zastąpić każdą inną. Stanowiły raczej usprawiedliwienie bądź wytłumaczenie stworzone po fakcie aniżeli rzeczywisty powód. O tym, że przyjechał właśnie tu zdecydowała czerwona ciężarówka, która zatrzymała się za Atension i do której postanowił wsiąść, choć przez swoją barwę należała już do przeszłości. Do przeszłości należał także pierwszy ptak, na którego postawił. Wszystko prędzej czy później było przez nią przygarniane i dlatego wybrał właśnie tego czerwonego Dodge’a, rocznik 1978.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Z ciężarówki przesiadł się na prom przez Iguaranę. W San Luce kupił koguta i na pokładzie długo mu się przyglądał, lecz nie mógł przypomnieć sobie tego jednego szczegółu, który zdecydował, że wybrał właśnie tego. Może chodziło o żółte plamy za oczami nadające mu jakiegoś demonicznego wyrazu albo coś zupełnie innego, jak choćby wtedy w Cristobal, kiedy zdecydował się na najmniejszego i dziwnie przestraszonego.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Wszystko było tak jak być powinno. Podobnie jak w filmie, który obejrzał w przeddzień wyjazdu w małym dusznym kinie ze zrywającą się taśmą i przeżywanymi po kilkakroć scenami pożegnań i powrotów. Hotel z niezbyt skrupulatnie sprawdzanymi kartami meldunkowymi, uwiarygodnianymi przez kilka banknotów opłacających pokój na kilka dni z góry, ciężarówka przewożąca coca-colę na trasie Jacurbina - Manteneiri, bocznokołowy prom przez Iguaranę i gdzieś w środku tej wyliczanki dorodny ptak, dla którego nie wymyślił jeszcze imienia.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Gdy pracował w ogrodzie zoologicznym wszystkim zwierzętom narodzonym w jednym roku nadawano imiona na taką samą literę. L – 1983, R – 1958. Praca ta była czymś przelotnym, pozostało po niej jednak przyzwyczajenie z nazwami, nieco zmodyfikowane, przystosowane do sytuacji. Imiona rozpoczynały się od pierwszych liter nazwy miasta. Zgodnie z tą regułą parkinson powinien nazywać się na „M" – Mesjusz, Mich, Marco. Na żadne z nich nie mógł się zdecydować, bo wydawało mu się, że nie pasują do tego silnego koguta.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Wcześniej, gdy nie interesował się walkami nie potrafił odróżnić gatunków, jedynie chińskie kurki nie sprawiały mu kłopotu. Wtedy zadowoliłoby go „Maria" – coś pośredniego między imieniem żeńskim a męskim. Teraz jednak nazywał go Parkinsonem.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Kogut leżał spokojnie w wiklinowej klatce i przyglądał się ziarenkom pszenicy pozostałym po poprzednikach. Niekiedy dziobał je śmiesznie wykrzywiając łeb, gdy któregoś nie mógł dosięgnąć. Stanowił dobry materiał wyjściowy. Należało go tylko nauczyć zadziorności, zapalczywości i nieustępliwości, reszta zależała od szczęścia, znajdował się poza nim, w sferze zupełnie innych sił, na które nie miał wpływu.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Robiło się coraz ciszej. Z okna pokoju widział Iguaranę. Prom zbliżał się do przystani. Nadbrzeżne ptaki uspokajały się i słychać było jedynie cichy szum wody ocierającej się o burty statku. Od czasu do czasu od strony portu napływał duszny zapach butwiejących roślin. Zmierzchało. Iguarana zaczynała płonąć. Prom wpływał w te wyspy ognia, zanurzał się w nie a po chwili pozostawiał za sobą rozcięte białą linią kilwateru. Był prawie pusty. Jedynie na górnym pokładzie stała młoda kobieta. Miała takie same, jak Maite, kruczoczarne włosy i tak samo zadziwiająco smutnie uśmiechnęła się do niego, kiedy zobaczyła go w oknie. Była ubrana w cienką bawełnianą sukienkę, przez którą prześwitywało słońce i dla tego wydawała się naga. Podnosiła się z ławki falując w rozgrzanym powietrzu, rozpadając się na fragmenty, by po chwili powrócić do swego kształtu kilka centymetrów wyżej, opuszczając żagiel sukienki na uda.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Spokojnie pijąc wino obserwował ten rozpad-wznoszenie zdeformowany kulistością kielicha. Przypominała mu dziewczynę z placu Campos w Leoncion, opartą o rozgrzany mur, od którego starały się odpędzić ją podstarzałe kobiety, które, jeżeli im się to udało, przytulały się do kamieni wciągając w siebie całe zmagazynowane w nich ciepło. Przypominała Maite. Ćmy uderzały wytrwale w siatki wstawione w okna, na ulicach pojawiły się psy, kogut leżał spokojnie zmęczony wydłubywaniem ziarenek pszenicy.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Zamknął okno, przykrył klatkę lnianym workiem i wyszedł z hotelu. Miał trochę czasu. Walki zaczynały się dopiero za kilkanaście minut. Pod tym względem wszystkie domy były podobne do siebie. Od dnia, w którym zginął pierwszy kogut wszystkie rządziły się tymi samymi prawami.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Nie liczył na wielkie wygrane - takie zdarzały się w San Jose albo w innym dużym mieście, gdy fala podniecenia ogarniała wystarczająco dużo ludzi przekonanych o zwycięstwie swojego wybrańca. Nie zależało to od wielkości miasta, lecz od koguta, ale te najlepsze pojawiały się tam, gdzie można było najwięcej zyskać. Zamykało się samonapędzające koło, loteria bez pustych losów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;DZIEŃ. Odwracasz się i cicho mówisz: „powiedz mi coś miłego", a mnie do głowy przychodzi tylko ten fragment „Raju" Lezama Limy: „masz wrodzony talent i kiedy widzisz, że twoje siostry podglądają cię zza zasłony zapalasz papierosa w hołdzie jakimś bożkom".&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Twoje siostry – Meche, Aleida i Ty siedzicie naprzeciw siebie w trzech rogach pokoju wyłożonego ciepłym, miękkim mrokiem i bawicie się ulatującym z uchylonych ust dymem. Pozwalacie wypalać się słowom. Dopalacie je do końca, powoli odpalając jedno od drugiego, starając się coś sobie nawzajem wytłumaczyć, na przykład różnicę w zapachach perfum. Dziś jest piątek. Różnicę pomiędzy Chanel a Blase, ignorując mężczyzn pojawiających się na chwilę jako wspomnienia, argumenty, przyszłość, tak samo nierzeczywistych, pozbawionych ciała, włosów, dłoni, ust, słów („powiedz mi coś miłego") jak butelka coca-coli, pierwszy papieros wypalony przez Meche w wieku siedemnastu lat czy huragan w maju 1967 roku.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Jestem zupełnie zignorowany – czwarty kąt pokoju.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;3. W tej układance brakowało mu jeszcze jednego elementu. Ostatniego ogniwa w łańcuchu napędzającym tę maszynę – kogutów, które przegrały. Wraz z ostatnią walką wszystko kończyło się. Z wielkiego balona jakim był dom ulatywało powietrze a w raz z nim nocne podniecenie nie pozostawiając po sobie żadnego śladu.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Nigdy wcześniej nie zastanawiał się, co dzieje się z ptakami, które przegrały. Co prawda w Leoncion widział Bosego sprzedającego kapłony, lecz nie skojarzył ich z walkami. Dopiero tutaj zauważył, że te, które nie zostały zabrane przez właścicieli wyrzucano nocą na plac za domem, gdzie padały łupem wygłodniałych psów. W ciągu dnia zaduch placu wypełniał cały Dom i nie było przed nim ucieczki. Plac był niewielki. Nocą stawał się jeszcze mniejszy, jakby kurczył się a okalające ulice zbliżały do siebie, wysysały go albo też on wysysał je, tak że stojąc na środku wydawało się, że całkowicie nikną a jednocześnie, że nie ma nic innego: ulic Carmintos, Palivarda, Kordanga, całego Maladeo, jest jedynie czarna powierzchnia i psy wyczekujące na ciche skrzypnięcie drzwi. Psy, które traktowano jak zło konieczne, coś z czym nie da się walczyć, tak jak z mrówkami i muchami rządzącymi tym miejscem w ciągu dnia.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Na plac przyszedł, gdy było już ciemno. Psy ocierały się o jego nogi walcząc między sobą o lepsze kąski. Choć wzrok przyzwyczaił mu się do mroku, nie widział ich. Słyszał jedynie chrzęst przegryzanych kości i groźne warknięcia. Wydawało mu się, że przybywają wciąż nowe, że nie ma już skrawka ziemi. Jest jedynie dywan z ich sierści, kości, ścięgien, mięśni, w którym jakąś warstwą, grunt pod właściwy wzór tworzą koguty, którym się nie udało. Plac rósł, pęczniał, zaczynał żyć własnym życiem, niezależnym od okrzyków dochodzących z domu, mogących być jękiem zawodu lub radości, przegranej bądź rozkoszy. Zatapiał się w mrok, tracił dzienne szczegóły, rządził się własnymi prawami.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Kogutów nie wyrzucano wiele - dwa, trzy w ciągu nocy. Psy jednak przychodziły całymi stadami. Ściągały z przedmieści suki w okresie rui ze zniecierpliwionymi psami nieodstępującymi ich na krok. Inne psy i inne suki, cała menażeria.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Nie musiał tu przychodzić, aby się o tym przekonać.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Pomiędzy psami i kogutami istniała silna zażyłość, zażyłość na odległość, zażyłość strachu, twierdzenia połączone znakiem „wynika że”, w których koguty, psy i plac tworzyły logiczną całość. Jak niewierny Tomasz wkładał rękę w ranę, dotykał ciepłych, parujących w nocnym chłodzie ciał. Nie musiał pilnować tylnych drzwi, przynosić z sobą grubego kija i bić nim te, które znalazły się dostatecznie blisko. Nie musiał, bo było to tak samo bezsensowne jak wygładzanie zmarszczek na starzejącej się twarzy. Psy i tak nie reagowały na jego uderzenia. Odskakiwały z ostrzegawczym warknięciem, lecz na ich miejsce przychodziły nowe, zamykała się dziura powstała na chwilę i znów nie było ulic Carmintos, Palivarda, Kordanga tylko ten podrygujący, ciepły dywan o zmieniających się wzorach.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Kiedy zaczęło świtać same odeszły wyczuwając, że ich czas się kończy. Pozostało jedynie kilka wynędzniałych, które dopiero teraz mogły zdobyć coś dla siebie. Plac przypominał wysypisko śmieci w najnędzniejszej dzielnicy. Psy były wychudłe, poranione i nieufne. Omijały się z daleka a ich długi cienie wyłaniały się z ostatnich zakamarków mroku, mieszały się ze światłem i po chwili powracały do niego znajdując w mroku bezpieczne schronienie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;DZIEŃ. Tę historię znam dopiero od momentu, po którym rozebrałaś się i umyłaś a mokre ciało i mokre włosy powiedziały ci, że nie jesteś już dziewczynką.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Zamknęłaś drzwi na klucz. Pierwszy raz przyszło ci to do głowy i od razu to zrobiłaś.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Woda miała słonawy smak i zapach rozfalowanego morza: zielonej trawy, krabów chowających się w piasku, drobnych rybek uciekających przed każdym zbliżającym się do nich cieniem i ostryg lekko skropionych cytryną, które jadłaś w barze niedaleko portu.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Bar „La Salsa", szklaneczka białego wina i perłowe miseczki otwierane specjalnym nożem.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Bar „La Salsa" i małe ośmiorniczki jeszcze nie do końca pogodzone z swoim losem.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Woda miała słonawy smak, taki sam jak skóra, której dotykały delikatne palce słońca, a ty nie czułaś przed nimi wstydu i nie byłaś już małą dziewczynką.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;4. Wrócił do pokoju. We wnętrzu było dziwnie cicho. Całe miasto zasypiało na kilka godzin w poobiedniej sjeście, lecz w tej ciszy było coś niepokojącego. Słońce przeświecało przez nieszczelne żaluzje tworząc prążkowany wzór na wytartym bezbarwnym dywanie. Szybko podszedł do drzwi łazienki. Na chwilę zatrzymał się przed nimi nasłuchując czy może oczekując na jakiś dobrze znany odgłos. Kiedy je otworzył do łazienki wtargnęło słońce odbijając się na kremowych płytkach. Kafelki zachlapane były małymi, już zakrzepłymi kroplami krwi. Kogut leżał na środku, pomiędzy porozrzucanymi stertami karmy i jakimiś innymi przedmiotami, które w dziwny sposób dotarły aż tu. Zmęczony, ciężko dyszał. Nie potrzebował długo zastanawiać się, by dojść do wniosku, że kogut zaatakował sam siebie. Początkowo walczył ze swoim cieniem, a gdy nie mógł dostatecznie zbliżyć się do niego, zadowolił się ogonem. Musiał walczyć dość długo, bo opadł z sił i teraz leżał prawie całkowicie wycieńczony wśród rozsypanej pszenicy i jakiegoś proszku śmierdzącego piżmem. Niewielkie pióra nadal przyklejone miał wokół dzioba. Cień atakował ostrogami. Świadczyły o tym podziurawione papierowe pudełka stojące na podłodze. Do ogona użył dzioba. Kręcił się wokół wyrywając pióra, aż upadł całkowicie wyczerpany. Widział to już kilka razy. Koguty szkolone zbyt długo i trzymane w odosobnieniu prędzej czy później obracały się przeciw sobie. Atakowały zapalczywie nic sobie nie robiąc z zadawanego bólu. Niektóre były tak zdesperowane, że ta walka okazywała się ich ostatnią.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Wsadził koguta do wiklinowej klatki i przykrył ją lnianym workiem. Od dłuższego czasu, krok po kroku, uczył go różnych sztuczek i wiedział, że jest dostatecznie silny, by to przetrzymać.&lt;br /&gt;Teraz musiał postarać się o drugiego ptaka. Nieważne jakiego. Potrzebował, aby ten drugi znajdował się wszędzie tam gdzie Parkinson, robił to samo co on, irytował go zmuszając do ciągłej uwagi. Drugiego koguta żyjącego własnym życiem, do którego pierwszy nie mógł się zbliżyć, oddzielony przezroczystą szybą rozgradzającą te dwa światy. Niezniszczalną cezurą wzmagającą apetyt, pobudzającą jakieś reakcje biochemiczne, krążenie krwi, uśpione hormony i ciągłe niezadowolenie, które rozładować mogła jedynie walka.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;W jednej z książek przeczytał opis doświadczenia Karola Merlinga. Książkę kupiła Maite zaintrygowana tytułem. „Miłość i nienawiść" Irenausa Eib-Eibesfeldta leżała podczas każdej przeprowadzki na wierzchu walizki lub worka, w które pakowała najważniejsze rzeczy. Na wierzchu tratwy ratunkowej, z której po kilku minutach poszukiwań potrafiła wyciągnąć porcelanowy kubek, by w nim zaparzyć kawę dla przyjaciela zjawiającego się, by „zobaczyć nowe śmieci", nowe mieszkanie, w którym nie zapuściło się jeszcze korzeni i nie odnalazło ulubionych miejsc. Funkcjonujące, lecz na razie na pół gwizdka, zawalone kartonami pełnymi rzeczy, dla których przeprowadzka się jeszcze nie zakończyła. Wyjmowała porcelanowy kubek i obok niego kładła książkę Ebestrasa powoli przekształcającą się w notatnik z telefonami znajomych, towarzyską biblię, w której rozdziały wczytywała się z takim samym zapałem jak w opisy doświadczeń.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Mariku opisywał koguty bojowe. Służyły mu one do udowodnienia jakiejś tezy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;DZIEŃ. Czas przecieka nam przez palce delikatnie łaskocząc przemijającymi dniami. Nurt rozdziela się tworząc wiry, zakola, płycizny: maj 1983, czerwiec 1995, zima 1993, nowy dom Alberto, smukłe ciało Maite – łachy piasku, odsypy, hieroglify, w których paleogeografowie odnajdują szczątki nieistniejących już krajobrazów. Pamięć. Wspomnienia.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Czas przecieka nam przez palce. Maite bawi się nim. Buduje nietrwałe tamy, na każdym zdjęciu, które wpadnie jej w ręce kaligrafując nazwy miast i daty, lecz delikatne łaskotanie nie ustaje. Uśmiecha się wtedy zrezygnowana, pogodzona z przegraną powtarzając: „żyjemy w hotelu na godziny” i bezradnie wpatrując się w płynące Iguaraną wianki rzucone w noc św. Jana, łączące się gdzieś z innymi wiankami...&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;W takie dni, jak ten, karty pozostawia w spokoju. Zieleń miesza się z czerwienią a ona...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;5. To, że przyjechał właśnie tutaj nie było przypadkiem. Królowa w koronie z iguany od momentu, gdy zobaczył ją po raz pierwszy na fotografii Gracielii Iturbide, szła obok niego. Czuł jej ciepło, tak jak czuł ciepło ciała Maite nawet wtedy, gdy była daleko. Szła obok niego wraz z innymi kobietami z fotografii Iturbide – kobietami spokojnie skubiącymi koguty, opowiadającymi sobie najprzeróżniejsze historie w takt kołyszących się łbów i metodycznie wyrywanych piór; wraz z obrazami, normalnego miasta, pod skórą, którego żyły nadal obrzędy Indian Zapotec, żyły nie wiadomo czy dzięki potędze tej wiary, bezwładowi przyzwyczajeń czy też dla zwabienia turystów, którzy wpadając w tę, pułapkę zostawiali w niej kilka dolarów w kiosku Sancheza handlującego pamiątkami, albo w supermarkecie oferującym zimną coca-cole i małe buteleczki tequili.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Szły obok niego obrazy Maladeo, niedużego miasta przypominającego plaster miodu rzucony na niewielką wypukłość, spływającego ze wzgórza dzięki sile ciężkości, ciekawości ludzi i niższym cenom działek w dolinie. Miasta, o którym w pierwszej encyklopedii nie znalazł żadnej informacji i może nigdy by się o nim nie dowiedział, gdyby nie wystawa w San Francisco Museum of Modern Arts i katalog, który jakimś dziwnym trafem, dzięki prawu przechodniości, dotarł do niego i z którego spojrzała na niego królowa w koronie z iguany. Królowa Maladeo, o którym w przewodniku Bargesa przeczytać można, że to małe miasto zatopione w starych wierzeniach, rządzone przez kobiety, co Iturbide podsumowała jednym tylko zdaniem „robią to, na co mają ochotę”; kobiety o okrągłych indiańskich twarzach skubiące koguty bez żadnej zawiści, znęcania się czy brania odwetu.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Do Maladeo prędzej czy później i tak by przyjechał. Pewnego dnia usłyszał tę nazwę i od tamtej pory świszczało mu w uszach i nic nie pomagało przełykanie śliny dla wyrównani ciśnienia. Maite, Maladeo, musiał, matriarchat, miłość – M odbijające się w stojących naprzeciw siebie lustrach, powielane w nieskończoność, przenikające się bez wyraźnych granic tak, że nie wie się, czy oznacza ono Maite czy może Maladeo, na pierwszy rzut oka normalne miasto położone w pół drogi między górami i oceanem, w kotlinie spływającej wraz z Iguaraną w kierunku morza. M jak morze albo Maite lub musiał. Koguta nazwał Mefisto. Delikatnie wyjął go z klatki. Trzymając skrzydła ramieniem zaczął nakładać mu stalowe ostrogi.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Ptak był dziwnie spokojny, bez sprzeciwu znosząc wszelkie zabiegi, jakby długi trening przygotował go do każdej sytuacji i nic już nie mogło go zdziwić. Ostrogi nie pasowały do tego wielkiego parkinsona, ale na lepsze nie wystarczyło pieniędzy. Gdy uporał się z nimi wyjął duży czysty lniany worek i wsadził go do środka. Kogut był gotów.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Gdzieś we wnętrzu tej łamigłówki, puzzli, które wydają się łatwe, gdy jeszcze nie zabrało się do nich, znajdował się dom z niezamkniętymi drzwiami. Opustoszały, bez śladów mroku, balon, z którego uciekło powietrze, z wielką dziurą areny wysypanej czystym piskiem, zagrabionej i przygotowanej do nowych walk.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Ostatnie pieniądze jakie pozostały po kupieniu ostróg dał stróżowi, by wpuścił go do środka i zostawił samego. We wnętrzu, zanim wyjął koguta z worka, narysował cienką linię dzielącą arenę na dwie części. Pozostał na jednej drugą oddając Mefistofelesowi. Rzucił go w powietrze, tak, aby upadł właśnie tam, poza cienką nitką, którą w dziecięcych grach w poprzek ścieżki rysowała Juanita. Kogut zanim tam się znalazł zatrzymał się w powietrzu, jakby ktoś włączył olbrzymią stop-klatkę, a później zaczął powoli opadać, co przypomniało mu dziewczynę, którą widział na placu Campos w Leoncion. Co przypomniało mu, że walki były uświadomioną albo nieuświadomioną przyczyną, czymś do czego prędzej czy później i tak by doszedł. Co przypomniało mu....&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Zrozumiał to, gdy zauważył ten moment, po którym wszystko było już wiadome, lecz kogut ostatkiem sił próbował jeszcze coś zmienić. Zrozumiał, że są jedynie kolejną odmianą gry Juanity, w której zawsze wybierał czerwień i przeszłość, gdzie jedynie ta niegłęboka bruzda na ścieżce utrzymywała go w tutaj-teraz-byciu, tworząc te dwa wzajemnie wykluczające i jednocześnie uzupełniające się światy, jego świat przeszłości i jej przyszłości. Opiłki żelaza układające się wzdłuż linii sił pola albo kolorowe szkiełka w kalejdoskopie mód.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Po pierwszym uderzeniu słaniał się na nogach, lecz szybko odzyskał siły. Po co tu przyjechał? Po co pozwolił kogutowi na to, co robi? Dlaczego fascynowały go walki? Nigdy nie chciał o tym rozmawiać, tak jak nigdy nie chciał wdawać się w dyskusje na temat polowań z biurkowymi intelektualistami, lub odpowiadać Maite na pytanie, czy ją kocha.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Czuł duszny mrok i każdy skurcz serca popychającego gęstą, oporną krew mieszającą się z tak samo gęstym powietrzem, tworzącą mikroeksplozje, niewielkie wiry wypełnione ciepłymi oddechami kogutów – wszystkich kogutów, które kiedykolwiek znajdowały się na środku areny.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Czuł bezsens tego co robi, lecz jednocześnie upajającą rozkosz nie pozwalającą zatrzymać się w pół kroku.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3935343907532337425-2094481443826576703?l=krytykaliteracka.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/2094481443826576703'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/2094481443826576703'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://krytykaliteracka.blogspot.com/2011/07/opowiadanie-krzysztof-niemczycki_07.html' title='Opowiadanie: Krzysztof Niemczycki KRÓLOWA W KORONIE Z IGUANY'/><author><name>____________________</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01758159771234876142</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3935343907532337425.post-4579616832590889569</id><published>2011-07-07T07:42:00.000-07:00</published><updated>2011-07-07T08:53:50.171-07:00</updated><title type='text'>Esej: Igor Wieczorek DIABEŁ TKWI W SZCZEGÓŁACH</title><content type='html'>&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;„Diabeł tkwi w szczegółach” – głosi polskie przysłowie, którego głęboka mądrość polega, między innymi, na tym, że nie można go jednoznacznie odczytać. Jeśli bowiem to, co z pozoru wydaje się jasne i proste, w gruncie rzeczy wcale takie nie jest, to skąd właściwie wiadomo, że diabeł jest taki zły, na jakiego wygląda?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jednym z najpopularniejszych polskich wierszy dla dzieci jest „Murzynek Bambo” Juliana Tuwima. Przez kilkadziesiąt lat całe rzesze krytyków podkreślały wyjątkowo humanistyczny, antyrasistowski charakter tego wiersza. Jednak w ostatnim czasie sprawy wzięły zły obrót i wielu krytyków uważa, że ta bajeczka ma wyraźnie rasistowski charakter.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Autorzy opublikowanego w ramach programu Fundacji Edukacji dla Demokracji podręcznika pt. „Jak mówić polskim dzieciom o dzieciach Afryki” twierdzą, że „Murzynek Bambo” to bajka wysoce szkodliwa chociażby z tego powodu, że w uszach większości czarnoskórych mieszkańców świata słowo „Murzyn” brzmi obelżywie. Ten problem jest bardzo złożony i warto się nad nim pochylić.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Niektórzy badacze sądzą, że polskie słowo „Murzyn” pochodzi od staropolskiego czasownika „murzać”, czyli „brudzić”. Jeśli rzeczywiście tak jest, to znaczy, że słowo „Murzyn” jest synonimem słowa „Brudas”. A jeśli nawet tak nie jest, to i tak nie jest dobrze, bo pozostałe dwie teorie na temat pochodzenia tego słowa też mają złe konotacje. Według pierwszej teorii słowo „Murzyn” pochodzi od łacińskiego słowa „Niger” i powszechnie uchodzi za obraźliwe, bo kojarzy się z niewolnictwem. Według drugiej teorii słowo „Murzyn” pochodzi od łacińskiego słowa „Maurus”, które za sprawą Portugalczyków stało się synonimem zniewolonego muzułmanina.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tak więc, niezależnie od tego, jaka jest etymologia słowa „Murzyn”, z punktu widzenia człowieka, którego się nim określa, jest ono jawną obelgą.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Są jeszcze inne powody, dla których wierszyk Tuwima budzi gwałtowne sprzeciwy. Aktywiści Fundacji Afryka Inaczej są przekonani o tym, że ta bajka zawiera rasistowskie stereotypy, bo dziki Murzynek Bambo nie chce się myć, wchodzi na drzewo, boi się mleka i - najogólniej rzecz biorąc - robi wrażenie głuptasa.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Natomiast Patrycja Piróg, autorka znakomitego eseju pt. „ Murzynek Bambo w Afryce mieszka”, czyli jak polska kultura stworzyła swojego Murzyna” doszła do wniosku, że „szkoła, kąpiel i mleko są symbolami cywilizacji, zmycia tego, co nieczyste i nieprzystające do wyższej kultury, do jej bieli i czystości. Bambo instynktownie przed tym ucieka. Podporządkowanie się zasadom Zachodu równa się utracie własnej tożsamości. Koleżka oznacza niedojrzałość kulturową i cywilizacyjną. Bambo charakteryzowany jest jako dobry, wesoły, czarny – oświeceniowy mit dobrego dzikusa, tworzy opozycję do białego i rozumnego”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Możemy spierać się o to, czy krytycy bajki Tuwima nie są przewrażliwieni. Możemy bronić poglądu, że pejoratywne znaczenie staropolskiego słowa jest rezultatem pochopnej i nieuprawnionej projekcji z gruntu niepolskich problemów na obszar naszej kultury. Możemy bronić honoru, prawdy i literatury, ale musimy przestrzegać europejskich standardów, co nie zawsze przychodzi nam łatwo. Najlepszym tego przykładem są ordynarne wybryki Kuby Wojewódzkiego. W wyemitowanej 25-ego maja porannej audycji radia Eska Rock ten popularny showman zatelefonował do ciemnoskórego Alvina Gajadhura, rzecznika Głównego Inspektoratu Transportu Drogowego, i poinformował go o tym, że audycja radia Eska Rock sponsorowana jest przez warszawski oddział Ku Klux Klanu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Rada Etyki Mediów bardzo słusznie uznała ten jawny przejaw rasizmu za pogwałcenie zasady szacunku i tolerancji zapisanej w Karcie Etycznej Mediów, ale Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego oświadczył, że Kuba Wojewódzki należy do osób „niezwykle otwartych, niezwykle życzliwych, szanujących wrażliwość inność ludzi”. Jeśli rasistowski bełkot Kuby Wojewódzkiego rzeczywiście był przejawem szacunku dla wrażliwości Alvina Gajadhura, to sposób działania Ministra Kultury Bogdana Zdrojewskiego można śmiało porównać do sposobu działania Murzynka Bambo, który „Uczy się pilnie przez całe ranki ze swej murzyńskiej Pierwszej czytanki. A gdy do domu ze szkoły wraca, psoci, figluje – to jego praca”. &lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3935343907532337425-4579616832590889569?l=krytykaliteracka.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/4579616832590889569'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/4579616832590889569'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://krytykaliteracka.blogspot.com/2011/07/esej-igor-wieczorek-diabe-tkwi-w.html' title='Esej: Igor Wieczorek DIABEŁ TKWI W SZCZEGÓŁACH'/><author><name>____________________</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01758159771234876142</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3935343907532337425.post-6158275177053678862</id><published>2011-07-07T07:31:00.000-07:00</published><updated>2011-07-07T10:23:45.966-07:00</updated><title type='text'>Felieton: Krzysztof Jurecki KUPIONA NIEZALEŻNOŚĆ</title><content type='html'>&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;Problem niezależności, połączony z finansowaniem prywatnych galerii przez państwo polskie w dalszym ciągu należy do najbardziej dyskutowanych. Dlatego zdecydowałem się zamieścić swój archiwalny tekst z 2000 roku. Bardzo nie spodobał się on niektórym decydentom ówczesnej artystycznej sceny gdańskiej, którzy w dalszym ciągu starają się eliminować z niej Marka Rogulskiego i jego galerię. A więc mój artykuł sprzed jedenastu lat w dalszym ciągu jest aktualny.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;KUPIONA NIEZALEŻNOŚĆ&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Grzegorz Klaman jako kurator wystawy pt. Forum galerii i innych miejsc sztuki w Polsce, która odbyła się w X – XI 2000 roku w Gdańsku w Centrum Sztuki Współczesnej Łaźnia i Galerii Wyspa po raz kolejny w latach 90. poruszył temat niezależności. Można stawiać różne diagnozy i próbować rozwiązywać ten problem w oparciu o różne modele teoretyczne. W postmodernistycznej rozgrywce liczą się zupełnie inne kategorie rezygnujące z pojęcia niezależności i alternatywności ze względu na ich utopijność.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Ale w każdym pluralistycznym państwie potrzebni są artyści dworscy służący określonej władzy (prawicowej, lewicowej) za określone pieniądze. Dlatego potrzeba dodatkowych dowodów bycia niezależnym i alternatywnym, aby działać pod protektoratem nie tylko uczelni, ale i Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego i państwowych Urzędów .&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Galeria Wyspa jest w takim samym stopniu niezależna jak np. warszawski Foksal, a Centrum Sztuki Współczesnej Łaźnia jak Zachęta, z tą różnicą, że Zachęta decyduje co jest ważne w najnowszej twórczości polskiej, a Łaźnia później to upowszechnia (potwierdziła ten fakt wystawa Negocjatorzy Sztuki).&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Galeria Koło z Gdańska jest w takim samym stopniu niezależna jak krakowski Zderzak, który na tej wystawie został pominięty. Koło często pokazuje tych samych artystów co Zderzak, z tą różnicą, że to właśnie galeria krakowska wylansowała ich w II połowie lat 80. Przy okazji chciałbym zaznaczyć, że malarstwo Krzysztofa Gliszczyńskiego jest jednym z najważniejszych dokonań lat 90. w Polsce.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Łódzka Galeria Wymiany jest od lat galerią o charakterze konceptualnym (w latach 90. nie odbyły się w niej żadne wystawy), lansującą wygodną dla siebie teorię o „niepodległym ruchu artystycznym”. Owszem, prezentuje ważny zbiór kolekcjonerski (jakich nie brakuje w Łodzi) oraz dwoje artystów prowadzących obecnie tę placówkę. Jest ona w takim samym stopniu niezależna, jak np. Galeria FF czy Galeria Manhattan, które w latach 90. zorganizowały po kilkadziesiąt wystaw.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Takich wątpliwości i pytań można było znaleźć dużo więcej. Nasuwa się pytanie o wartości samej ekspozycji? Ciekawie, „demokratycznie” zaprezentowała się poznańska Galeria AT, z interesującymi realizacjami Piotra Kurki i Leszka Knaflewskiego. To samo można powiedzieć o konsekwentnej twórczości (dla niektórych będzie ona nudna) Jacka Mrozowicza z łódzkiego Muzeum Artystów, wiernej koncepcji Kazimierza Malewicza i Ad Reinhardta oraz Tomka Matuszaka z Galerii Wschodniej, próbującego być bliżej życia, ale używającego form minimal-artowskich.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Od wielu lat okazuje swą wrażliwość działając małymi, kruchymi formami Jan Gryka (Galeria Biała z Lublina). Największe wrażenie zrobiło na mnie malarstwo Doroty Podlaskiej, reprezentującej bydgoską Wieżę Ciśnień. Jest to rodzaj malarstwa wywodzącego się od Nowosielskiego, ale mówiącego wiele nt. religijności w ogóle. Prace fotograficzne Jacka Markiewicza są, co najwyżej bardzo kiepską formą artystyczną recepcji Jeffa Koonsa, w przeciwieństwie do rzeźby Pawła Althammera i studenckich aktów Katarzyny Kozyry. Markiewicz jest niestety epigonem w zakresie pornograficzności, podobnie jak nieudolne echo Toscaniego — Bruno Tode (szczecińska Amfilada), który w odpowiednim czasie przestał być „nowym dzikim” na rzecz kolejnej polskiej mody ukazującej problem wzwodu członka. Powstaje pytanie czy opisywana wystawa była aż tak zła? Nie, gdyż nie różniła się niczym in minus od ogólnego polskiego stanu wystawienniczego. Zresztą to prowadzący poszczególne galerie decydowali, co pokazać, a nie Klaman. Mało tego — ekspozycja prezentowała szereg nazwisk od lat obecnych na polskiej scenie artystycznej.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Na koniec zaznaczę, że ze zrozumiałych względów nie dano możliwości prezentacji, czyli nie zaproszono do omawianej wystawy gdańskiej Galerii Spiż 7 Marka Rogulskiego, która jest jedyną znaną mi galerią rzeczywiście niezależną, tj. działającą poza strukturami uczelni, układów towarzyskich i mecenatem miasta. Poza tym prowadzona jest za własne pieniądze artysty. Właśnie o nie, zgodnie z zasadami rynkowymi (a one już obowiązują) toczy się gra. Pojęcie alternatywności jest nie tyle anachroniczne, co zupełnie nieadekwatne do modelu artystycznego lat 90. jaki dominuje w Polsce. Warto dodać, że Galeria Wyspa wydała kolejny numer „Żywej Galerii” za... pieniądze MKiDN, poświęcony galeriom biorącym udział w tej wystawie.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;Prezentowane były następujące galerie: Wyspa (Gdańsk), Amfilada (Szczecin), a.r.t. (Płock), AT (Poznań), Biała (Lublin), Entropia (Wrocław), Fort Sztuki (Kraków), Koło (Gdańsk), Moje Archiwum (Koszalin), Muzeum Artystów (Łódź), Otwarta Pracownia (Kraków), ON (Poznań), Potocka (Kraków), Prowincjonalna (Słubice), Wymiany (Łódź), Wieża Ciśnień (Bydgoszcz), Wschodnia (Łódź) i QQ (Kraków). &lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3935343907532337425-6158275177053678862?l=krytykaliteracka.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/6158275177053678862'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/6158275177053678862'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://krytykaliteracka.blogspot.com/2011/07/felieton-krzysztof-jurecki-kupiona.html' title='Felieton: Krzysztof Jurecki KUPIONA NIEZALEŻNOŚĆ'/><author><name>____________________</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01758159771234876142</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3935343907532337425.post-5357778327725443415</id><published>2011-07-07T07:20:00.000-07:00</published><updated>2011-07-07T10:34:01.482-07:00</updated><title type='text'>Recenzja: Tomasz Bocheński WITKACY I RESZTA ŚWIATA</title><content type='html'>&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;Autorka: Joanna Mieszkowicz&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;„Lepiej jednak skończyć nawet w pięknym szaleństwie niż w szarej, nudnej banalności i marazmie."&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;S.I. Witkiewicz&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;Kim był Witkacy? Książka „Witkacy i reszta świata” Tomasza Bocheńskiego, cenionego literaturoznawcy, witkacologa, odpowiada na to pytanie w sposób wyczerpujący. Autor przybliża sylwetkę Witkacego i dotyka tych sfer życia, które kształtowały osobowość twórcy teorii Czystej Formy. Witkacy jawi się nam jako człowiek o nieprzeciętnej inteligencji, jako badacz i poszukiwacz metafizycznych stron życia. Jawi się również jako człowiek dostrzegający pospolitość czasów, w których przyszło mu żyć. Niezaspokojony tropiciel Tajemnicy Istnienia, którego życie rozczarowało.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Pierwsza, najdłuższa część tej publikacji skupia się na życiu Stanisława Ignacego Witkiewicza. Swoją opowieść Bocheński rozpoczyna od przybliżenia czytelnikowi rodziny Witkacego i jej wpływu na jego dorosłe życie. Nad rozwojem artystycznym syna czuwał ojciec, Stanisław Witkiewicz, malarz, pisarz i architekt, jeden z największych popularyzatorów stylu zakopiańskiego. W Stanisławie Ignacym widział zaspokojenie własnych ambicji artystycznych, jednakże, jak życie pokazało, syn wkroczył na odmienną ścieżkę i odnalazł się w zupełnie innej koncepcji sztuki. Choć wcale nie jest prosta odpowiedź na pytanie, czy odnalazł się w życiu i w sztuce... Jak wspomina w swojej książce Tomasz Bocheński, Witkacym „zawładnęły potwory” i „realność nadzwyczajna”. A te „pasje” nie mogły i nie pozwoliły Witkacemu na kontynuowanie koncepcji artystycznych ojca.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Dojrzały Witkacy narodził się w Rosji, gdzie służył w Armii Carskiej. Podczas I wojny światowej ten „ostatni wielki romantyk” opowiedział się po stronie Rosji. Nieobce były mu problemy natury politycznej i w wielkim ruchu społecznym upatrywał ustanowienia nowego ładu społecznego. Mierziła go rzeczywistość i istniejący porządek na arenie politycznej. Podziwiał Piłsudskiego. Był przeciwny niesprawiedliwości społecznej, nierówności klasowej, miernocie i stagnacji. Raziła go pospolitość. Rozpoczął poszukiwania Tajemnicy Istnienia, którą widział w stopieniu się ze światem, kosmosem. Dostrzegał Dziwność Istnienia, o czym wielokrotnie pisał w swoich rozprawach filozoficznych.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;A więc był Witkacy filozofem. Badał „znikomość ludzkiego życia w nieskończoności wszechświata”. Ubolewał nad intelektualnymi ograniczeniami człowieka. Postanowił swoją sztukę traktować, jako broń w walce z „odtajemniczeniem”. Przeżywał notoryczny metafizyczny wstrząs. Dziwność Istnienia i Tajemnica Istnienia to pojęcia, które zawładnęły jego twórczością. Poszukiwał dróg, które wyzwolą człowieka z jarzma niedoskonałości. Odczuwał „potworność samotnego istnienia” twierdząc, że jedynym rozwiązaniem jest poczucie „jedności w wielości”. W sztuce widział złoty środek zbliżający człowieka do absolutu, do metafizycznego (albo i mistycznego) wstrząsu, który objawiłby sens życia.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Tomasz Bocheński przedstawia Mistrza również jako człowieka drwiącego z rzeczywistości, ze sztuki, z języka. Witkacy był autoironistą doskonałym, przytłoczonym ambicjami, by teoria Czystej Formy zyskała na znaczeniu. Wiedział on, że przez autoironię człowiek dąży do samodyscypliny; swoje ironiczne życie artysty zamienił w życie człowieka tragicznego. Bo jego celem było zostać dobroczyńcą ludzkości. Brzmi to szyderczo, ale w twórczości Witkacego, szczególnie tej wczesnej, tego typu wątki pojawiają się często. Ironia to odpowiedź na zawód, jaki spotkał go w życiu. Czując się jednostką wybitną, nie potrafił wykorzystać swoich umiejętności, by stać się tym dobroczyńcą ludzkości. Owa porażka, dość szybko uzmysłowiona, wpłynęła na dalsze życie twórcy „Szewców”.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Życie osobiste Stanisława Ignacego było wyjątkowo bujne. Liczne przyjaciółki/kochanki wypełniały mu czas pomiędzy malowaniem, portretowaniem, pisaniem i filozofowaniem. Aż dziw bierze, że żona Jadwiga wytrzymywała tę sytuację i przyzwalała na nią. Tak tolerancyjnej kobiety nie mógł Witkacy nie kochać. Z jego „Listów do żony” wyłania się bardzo interesujący obraz artysty. Już sam fakt, że Witkacy zaczął pisać regulamin małżeństwa budzi ciekawość i zdziwienie. Z pewnością nie traktował on małżeństwa jak obowiązku. Tomasz Bocheński w swej książce jedynie zaznacza ten osobliwy temat, odsyłając do źródła – książki, która ukazała się w 2007 roku.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Bocheński wprost pisze o tym, że Witkacy nie wierzył ani w Boga ani w piekło, choć to właśnie piekło staje się częstym tematem jego literackich wędrówek. Swoich bohaterów ubierał w kostiumy rodem z piekielnych otchłani. Pisze Bocheński również o amuzji Witkacego, który przecież wykształcenie muzyczne uzyskał od własnej matki i będąc młodym chłopcem komponował różne lepsze lub gorsze utwory. Muzyka w pewnym momencie życia zaczęła go drażnić, szczególnie popularny jazz i radiowe hity oscylujące wokół sentymentalnych tematów.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Witkacy był również wielkim polemizatorem, mówiąc potocznie „czepiającym się” sobie współczesnych artystów: Chwistka czy Boya-Żeleńskiego. Swoje osamotnienie celebrował, skupiając się na wyższych celach życia. Nie przeszkadzało mu jednak, by bohaterowie jego dzieł pojedynkowali się, jakby w jego imieniu.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Część drugą swojej książki poświęca Tomasz Bocheński trzem największym witkacologom, bez których poznanie Witkacego nie byłoby możliwe. Poświęca trzy rozdziały Konstantemu Puzynie, Janowi Błońskiemu i Januszowi Deglerowi. Omawiając ich wkład w historię literatury i opracowane przez nich dzieła poświęcone życiu i twórczości Witkacego, Bocheński składa im niejako hołd. Co bardziej zainteresowanych czytelników należy znów odesłać bezpośrednio do tekstów w/w postaci, bo te trzy szkice są jedynie wstępem. Ich lektura pozwala spojrzeć na Witkacego z różnych perspektyw. Co dla jednego w życiu Witkacego jest ważne, inny zupełnie pomija, lub konfrontuje opinie z własnymi spostrzeżeniami.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Trzecia część „Witkacego i reszty świata” dotyczy właśnie tej reszty świata, a ściślej mówiąc, trzech wielkich nazwisk polskiej literatury XX wieku: Aleksandra Wata, Bolesława Leśmiana i Zbigniewa Herberta. Tomasz Bocheński analizuje utwory wspomnianych literatów: „Ja z jednej strony i Ja z drugiej strony mego mopsożelaznego piecyka” A. Wata, wiersz B. Leśmiana o Don Żuanie oglądającym własny pogrzeb, tegoż „Dziejbę leśną” oraz eseje Zbigniewa Herberta.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Mamy tu rozważania nad szczęściem, śmiercią i nicością, nad ludzką niemożnością poznania Boga. Odniesienia do surrealizmu, szamańskich podróży do nieba, śmierci za życia. Bezradności poznania zaświatów (Wat, Leśmian). Czytamy o zachwycie Herberta nad malarstwem Piera Della Franceski oraz odkrywaniem muzeum, jako miejsca gromadzącego sztukę. Pozornie ta „reszta świata” nie ma związku z Witkacym, jednakże, gdy się dokładniej przyjrzymy, dostrzegamy pewne cech wspólne. Poszukiwania odpowiedniej formy w sztuce, tematyka dotykająca tych samych obszarów życia (i śmierci). I zauważamy, że Witkacy nie był odosobniony, choć swoją sztukę przeżywał inaczej.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Część czwarta książki Tomasza Bocheńskiego to jego osobisty ukłon w stronę Andrzeja Nowickiego, artysty drzeworytnika. Autor skupiając się na wystawie, która miała miejsce w 2009 roku w Muzeum Historii Miasta Łodzi, przybliża niezwykły warsztat Andrzeja Nowickiego, który w każdym swoim drzeworycie „pieczętuje swój głęboki, cielesny związek ze światem”. Dopiero ten krótki tekst pozwala dostrzec piękno i zrozumieć sens drzeworytów zdobiących strony tytułowe poszczególnych rozdziałów książki. Książkę zdobi również rozkładana ilustracja zamieszczona na końcu publikacji – drzeworyt Nowickiego „Łódzki tramwaj regionalny”. Dziewięć postaci stojących i siedzących w tramwaju nie patrzy w naszą stronę. Postaci wydają się groteskowe, nawet chimeryczne. Gdzie jadą, dokąd się udają? Każdy ma jakieś przeznaczenie. Nie nam zgadywać, co z nimi będzie…&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Książka Tomasza Bocheńskiego jest kompendium wiedzy o Witkacym. Jest tym ciekawsza i warta polecenia, iż jest to publikacja wszechstronna. Można ją odczytać, jako lekturę naukową, bo poświęconą znakomitemu artyście. Ale uwagę zwraca nie tylko akademicki ton. Wśród tekstów książki znajdują się przecież szkice dotyczące innych poetów, jest też recenzja z wystawy drzeworytów. Po jej lekturze można się zastanawiać nad prekursorstwem Witkacego, nad kontynuatorami jego „dziwności”. Ale tak naprawdę sztuka w swojej wielowymiarowości i wielogatunkowości dotyka wciąż tego samego. Sensu życia i poszukiwaniu ukojenia w absolucie. A estetyczne doznania są jedynym właściwym środkiem, który w tych poszukiwaniach ma nam pomóc. &lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3935343907532337425-5357778327725443415?l=krytykaliteracka.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/5357778327725443415'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3935343907532337425/posts/default/5357778327725443415'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://krytykaliteracka.blogspot.com/2011/07/recenzja-tomasz-bochenski-witkacy-i.html' title='Recenzja: Tomasz Bocheński WITKACY I RESZTA ŚWIATA'/><author><name>____________________</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01758159771234876142</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3935343907532337425.post-8892537028813556063</id><published>2011-07-07T07:17:00.000-07:00</published><updated>2011-07-07T10:35:47.805-07:00</updated><title type='text'>Opowiadanie: Tomasz Sobieraj OGÓLNA TEORIA JESIENI</title><content type='html'>&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;And sit once more alone with sprawling papers,&lt;br /&gt;Bitten-up letters, boxes of photographs,&lt;br /&gt;And the case of butterflies so rich it looks&lt;br /&gt;As if all summer settled there and died.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Philip Larkin, &lt;em&gt;Autumn&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Jesień jest dobra. To pora unoszącej się w powietrzu egzaltacji zapachów, roślinnych i owocowych ewaporatów, połączonych z anarchistyczną nonszalancją, która, jak wiadomo, przystoi jedynie bogom, i naturze. Jesień to czas burzenia skostniałych porządków, czas, gdy barwne liście, ci nadrzewni heretycy, odstępcy od zielonej, monotonnej dyktatury lata, występują otwarcie przeciwko jego pospolitej urodzie, zadziwiając niespożytą energią w odkrywaniu kolorów i zapierając dech tylko im właściwą swobodą lotów, dzięki której mieszają się w powietrzu i wymijają, zderzają i splatają w ekstazie, spoczywając w końcu na szmaragdowych trawnikach, sycąc się sobą i wprawiając w zdumienie tymi gorszącymi scenami zwierzęta, przyzwyczajone do bardziej konwencjonalnych zachowań w królestwie roślin.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jesień wcale nie jest końcem – przeciwnie, jest początkiem, co łatwo sprawdzić, przyglądając się bezlistnym już drzewom i krzewom, które, wyposażone w gotowe do wystrzelenia pąki liści, czekają całą zimę niecierpliwie, jak dziewczynki marzące o dorosłości, by tak jak one, we właściwej chwili zaiskrzyć skrywaną urodą, zaskoczyć jasnozieloną młodzieńczą uwerturą, a po niej wprawić w oszołomienie radosną, wiosenną symfonią kwiatów, niepostrzeżenie zamieniającą się w porywającą, perwersyjną orgię z owadami. Niestety, trwa to krótko. Kolory i zapachy wiosny odchodzą jak kobiety – nagle i nieodwołalnie, zostawiając tylko bolesne wspomnienie i nudę prostackiego lata, z której wyzwala dopiero jesień.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W wierszu Philipa Larkina pudełko fotografii to jeden ze smaków odchodzącego lata, jego nostalgiczne residuum, podobnie jak spreparowane okazy motyli w gablocie czy nieuporządkowane notatki na luźnych kartkach papieru. U niego jesień jest złą siostrą jeszcze gorszej zimy. Tak to widać z okien biblioteki, zza grubych szkieł okularów, gdzieś w wilgotnym, wiecznie pochmurnym zakątku Albion
